Dodaj do ulubionych

Ko.ściół Katolicki Sp z o.o. (cz. 2)

    • edico Papieskie wyścigi 02.07.08, 12:40
      Łomża, Gdańsk… Kolejka się ustawia. Rozpoczął się wyścig o to, kto będzie
      postrzegany jako bardziej oddany Rzymowi. Padają kolejne zaproszenia dla
      papieża, który miałby znowu nawiedzić Polskę.

      Jako drugi w kolejce ustawił się Gdańsk, a raczej metropolita gdański abp Sławoj
      Leszek Głódź. „Archidiecezja gdańska zaprasza” – powiedział po niedzielnej mszy
      w watykańskiej bazylice papieżowi. Okazją do kolejnej lotniczej „pielgrzymki”
      miałyby być obchody 30. rocznicy narodzin „Solidarności”: „Mówiłem papieżowi, że
      >>Solidarność<< pozdrawia i zaprasza” – zdradził Głódź po powrocie do Polski.
      Korzenie „Solidarności” jako związku zawodowego sięgają 1980 roku. Obchody
      rocznicowe miałyby się więc odbyć w 2010 roku i wówczas Gdańsk miałby zostać
      nawiedzony przez Benedykta XVI. Głódź nie omieszkał przy okazji ustawiać
      dziennikarzy w szeregu, twierdząc, że nierzetelnie pracują. Nie spodobały mu się
      artykuły sugerujące, iż jako nowy metropolita gdański będzie szkodził temu
      regionowi.

      Benedykt XVI może mieć twardy orzech do zgryzienia. Nie dalej jak dwa tygodnie
      temu do nawiedzenia Łomży namawiali papieża działacze podlaskiego Prawa i
      Sprawiedliwości. To z okazji lokalnych uroczystości religijnych. Chcą do tej
      sprawy przekonywać zarówno Episkopat, jak i rządzącą Platformę Obywatelską.
      Rzecz jednak w tym, że łomżyńskie święto wypada w 2009 roku. Jak więc pogodzić
      Gdańsk i Łomżę?

      MW
      faktyimity.pl/
    • edico Życie seksualne papieży 02.07.08, 18:04
      legaba.6te.net/seks.htm
    • edico Odcienie współczesnej ewangelizacji 02.07.08, 22:55
      Nauczyciel wypalał znak krzyża na rękach uczniów

      Myśleliście, że Roman Giertych i Tadeusz Rydzyk to oszołomy? No to poznajcie
      pewnego nauczyciela z zaściankowej Ameryki!

      John Freshwater, nauczyciel ze szkoły publicznej w Mount Vernon w stanie Ohio
      jest człowiekiem głęboko wierzącym. Jak na porządnego chrześcijanina przystało,
      wiarę swą szerzy na wszelkie możliwe sposoby. Mimo że w Stanach Zjednoczonych w
      państwowych szkołach nie ma miejsca dla religii ani symboli religijnych,
      Freshwater prowadził ewangelizację wśród uczniów.

      Szeroko zakrojoną ewangelizację, dodajmy. Trzymał w klasie Biblię, nauczał
      dzieci kreacjonizmu, a żeby nauka nie poszła w las wypalał im krzyże na
      przedramionach. Wszystko to działo się mimo protestów innych nauczycieli.

      Sprawa trafiła do organów śledczych dopiero kiedy rodzice jednego z uczniów
      poskarżyli się, że dziecko przyszło do domu z wypalonym krzyżem na ręce. Jak się
      okazało, zajmujący się naukami ścisłymi nauczyciel znakował uczniów za pomocą
      specjalnego generatora z laboratorium. Krzyże po paru godzinach znikały. Trudno
      więc traktować ten proceder jako coś gorszego niż bicie dzieci linijką za PRL-u.

      Belfra ewangelisty z 21-letnim stażem bronią jego przyjaciele, mówiąc że
      przecież on tylko nauczał dzieci wartości, które są bliskie mieszkańcom Mount
      Vernon. Z krzyżem może troszkę przesadził, ale poza tym nie można mu nic
      zarzucić. Tymczasem krzyże to nie wszystko. Na jaw wychodzą kolejne sprawki
      nauczyciela, takie jak zaprzeczanie teorii ewolucji.

      W tym jednym człowieku zgromadził się pełen repertuar wierzeń zaściankowej
      Ameryki. Tej, której obcy są Obama i Clinton, a nawet McCain. I która Romana
      Giertycha uznałaby za swojego. Garstka oszołomów? Tak. Jeśli miliony ludzi to
      garstka.
      www.pardon.pl/artykul/5323/nauczyciel_wypalal_znak_krzyza_na_rekach_uczniow
    • edico Głębia wiary katolickiej 04.07.08, 19:08
      Przeor klasztoru kradł dla kobiety:
      www.tvn24.pl/0,1555997,wiadomosc.html
    • edico Dekalog od pasa w górę - Wstęp 06.07.08, 10:27
      Dobro od zła odróżniamy wcale nie dzięki objawieniu danemu od Boga. Moralność
      jest owocem ewolucji, a pojęcie Boga skonstruowaliśmy, by wytłumaczyć sobie
      nasze normy etyczne.

      Trwa wojna. Z rodziną i sąsiadami ukrywasz się w piwnicy przed grupą uzbrojonych
      i pijanych żołnierzy. Nad głowami słyszycie ich kroki. Są blisko. Trzymasz na
      ręku niemowlę. Dziecko jest chore, kaszle, krztusi się i płacze. Jego krzyki
      pewnie was zdradzą. Próbujesz je uciszyć, ale gdy zakrywasz mocno jego twarz
      dłonią, noworodek dusi się i sinieje. Własnoręczne zabicie dziecka jest czynem
      nieludzkim, wbrew najgłębszym instynktom. Ale jeżeli nie zadusisz dziecka, ono i
      tak zginie, a wraz z nim wszyscy inni. Co robisz?

      Ten wojenny przykład jest odległy od naszych doświadczeń. Ale bodaj czy nie
      przed trudniejszym dylematem stała para brytyjskich rodziców zaledwie dwa lata
      temu. Ich synek urodził się z anencephalią. Było jasne, że za kilka dni umrze -
      niedorozwinięty mózg nie był w stanie nawet obsługiwać ciała na tyle, by dziecko
      wiodło żywot rośliny - jadło i oddychało. Ian i Carol chcieli, by organy dziecka
      uratowały życie innym chorym niemowlętom. By tak się stało, musiały zostać
      pobrane jak najszybciej, zanim zostaną uszkodzone w wyniku "braku zarządzania"
      przez mózg. Czy można zabić dziecko (skazane i tak na śmierć), by jego tkanki
      uratowały życie i zdrowie innych niemowląt?

      Trudne wybory moralne są nieodłączną częścią praktyki medycznej, gdy decyduje
      się, czy przeprowadzić ryzykowny zabieg, czy zaprzestać agresywnych metod
      podtrzymywania życia, której z dwóch ofiar wypadku udzielić najpierw pomocy,
      wiedząc, że tylko jedną jest się w stanie uratować. Ale nie tylko.
      • edico Re: Dekalog od pasa w górę - Mniejsze zło 06.07.08, 10:33
        Wybierać mniejsze zło. Cyceron

        Marc Hauser i jego ludzie z Zakładu Psychologii Uniwersytetu Harvarda zamieścili
        w internecie „The Moral Sense Test” (Test poczucia moralności). Stawiają w nim
        badanych przed koniecznością wyboru pomiędzy dwiema możliwościami, z których
        żadna nie może być uznana za dobrą. Część problemów z testu sprowadza się do
        pytania: czy można poświęcić życie jednej osoby, aby uratować pięć. Do tej
        kategorii należy klasyczny już dylemat mostka i zwrotnicy.

        Po szynach z góry nadjeżdża rozpędzony wózek i zaraz uderzy w plecy pięciu
        niczego nieświadomych osób. Możesz je uratować - jeśli przestawisz zwrotnicę,
        wózek skręci na boczny tor. Tam też ktoś stoi, kto nie spodziewa się
        niebezpieczeństwa - ale jest to już tylko jeden człowiek. Co robisz?

        Większość pytanych przesunęłaby dźwignię. To - przynajmniej z pozoru - prosta
        matematyka, minimalizacja strat. W sumie "oszczędza się" życie czworga ludzi.

        Dylemat mostka przedstawia sytuację identyczną - przynajmniej z matematycznego
        punktu widzenia. Tu też mamy tor, rozpędzony wózek, pięć osób na torze, które
        bez twojej interwencji nie unikną śmierci. Tym razem nie stoisz przy zwrotnicy,
        ale na mostku nad szynami. Nie stoisz sam - tuż koło ciebie siedzi na poręczy
        masywny człowiek. Jeżeli zepchniesz go w odpowiednim momencie, to jego ciało
        zatrzyma wózek, chociaż on sam niechybnie zginie. Co robisz?

        Tym razem większość badanych odpowiada, że nigdy w życiu nie zdecydowałaby się
        na zrzucenie nikogo pod pociąg.

        Dlaczego? Czemu podejmujemy zupełnie różne decyzje, choć za każdym razem
        wybieramy między śmiercią jednej a pięciu nieznanych nam osób?

        Największe zło to tolerować krzywdę. Platon

        W obu wypadkach nasza decyzja jest związana z pogwałceniem norm moralnych, które
        nie pozwalają na zabicie człowieka. Istnieje jednak między nimi zasadnicza
        różnica. W dylemacie zwrotnicy to pogwałcenie norm jest bezosobowe. Wynika ono z
        pewnej abstrakcji, z koncepcji wartości życia ludzkiego. W przypadku mostka
        pogwałcenie to ma charakter osobowy - własnym bezpośrednim ruchem krzywdzisz
        drugą osobę.

        Znakomita większość ludzi godzi się na bezosobowe pogwałcenie norm moralnych,
        ale odrzuca pogwałcenie osobowe. Co ciekawe - pytani o motywy decyzji dają
        bardzo rozbieżne odpowiedzi.

        Osobowe pogwałcenie norm moralnych ma miejsce wtedy, gdy JA KRZYWDZĘ CIEBIE.
        Mówiąc "JA", podkreślamy, że chodzi tu o działanie zamierzone, a nie
        przypadkowe. "Krzywdzę" oznacza taki typ prymitywnego uszkodzenia ciała, który
        byłby zrozumiały również dla neandertalczyka czy szympansa, a więc nie np.
        kradzież portfela czy pomówienie. "Ciebie" znaczy, że ofiara jest równie żywa i
        zdolna do cierpienia jak ty.

        Niechęć do pogwałcenia osobowego norm moralnych dzielimy z innymi wyższymi
        naczelnymi - małpami. Szympans rozumie, że spychając innego szympansa pod lawinę
        kamieni, tak jak my kogoś pod pędzący pociąg, spowoduje jego śmierć. Ale
        koncepcja "wartości życia szympansiego" jest mu obca i nie próbowałby reagować w
        sytuacji analogicznej do dylematu zwrotnicy.

        Ta niechęć do osobowego pogwałcenia norm moralnych i łatwiejsza akceptacja
        działania nieosobowego powoduje, że współczesne konflikty zbrojne stają się tak
        krwawe: trudniej jest przebić włócznią przeciwnika czy zmiażdżyć główkę dziecka
        maczugą, niż zrzucić bombę na szpital i odpalić rakietę dalekiego zasięgu
        wycelowaną w wielomilionową metropolię.

        Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie. Immanuel Kant

        Skąd wiemy, w którym miejscu nakreślić granicę między tym, co dopuszczalne i
        niedopuszczalne? Skąd się bierze moralność?

        Część filozofów (Arystoteles, Kant, Mill) zakładała, że wypływa z rozumu, a
        zachowania moralne to takie, które ma na celu zwiększenie sumy szczęścia
        ludzkości. To wydaje się przekonujące, ale diabeł tkwi w szczegółach - nie
        wiadomo, jak indywidualne szczęścia i nieszczęścia sumować. Na pewno nie jest to
        prosta arytmetyka. Może w moralności trzeba kierować się uczuciem? Taki pogląd
        reprezentowali sentymentaliści, tacy jak Hume czy Smith, uważający, że moralność
        wypływa ze zrozumienia innych ludzi i z sympatii do nich.

        Kto ma rację? Wyniki doświadczeń neurobiologów pokazują, że wszyscy i nikt. Przy
        podejmowaniu decyzji moralnych rozum i emocje niekiedy współuczestniczą, a
        niekiedy rywalizują ze sobą. Jak to możliwe?

        Uczyniwszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę. Jerzy Liebert

        Aktywności mózgu w czasie podejmowania decyzji moralnych przyglądał się Joshua
        Greene z Zakładu Psychologii Uniwersytetu Harvarda. Okazało się, że w sytuacji,
        gdy stajemy przed możliwością wyrządzenia krzywdy konkretnej osobie (zrzucenie
        grubasa z mostka), w naszym mózgu uaktywniają się obszary odpowiedzialne za
        emocje - w szczególności jądro migdałowate mieszczące się w starej ewolucyjnie
        części naszego mózgu, w układzie limbicznym. Zupełnie inne, niedawno
        wykształcone w ewolucji człowieka obszary - kora przedczołowa odpowiedzialna za
        myślenie abstrakcyjne - uaktywniają się, gdy stajemy przed dylematem bardziej
        "bezosobowym" (decyzja, czy wózek pojedzie torem, na którym stoi pięć osób, czy
        jeden człowiek).

        W wypadku dylematu zwrotnicy postanowienie "przesuwam dźwignię" lub "nie
        przesuwam dźwigni" badani podejmują równie szybko. Przy problemie mostka ci,
        którzy uznali, że nie mogą zabić człowieka dla ratowania innych, decydowali się
        niemal błyskawicznie. Ale ci, którzy podejmowali decyzję "ze-pchnę", udzielali
        odpowiedzi po znacznie dłuższym czasie. W tym okresie w ich umysłach trwała
        walka emocji z rozumem, spór między jądrem migdałowatym a korą przedczołową. Jak
        widać, zaakceptowanie pogwałcenia osobowych norm moralnych w imię abstrakcyjnego
        "wyższego dobra" (czy raczej abstrakcyjnego mniejszego zła) nie jest proste.

        O tym, że procesy rozumowe hamują procesy emocjonalne, wiedzieli już dwa tysiące
        lat temu starożytni Rzymianie. Radzili, aby przed podjęciem decyzji wywołanej
        gniewem policzyć do dziesięciu. Liczenie w pamięci aktywuje korę mózgową, a
        aktywacja ta hamuje pobudzone nadmiernie jądra migdałowate, ułatwiając podjęcie
        decyzji racjonalnej.
        • edico Dekalog od pasa w górę - Sztuka moralności 06.07.08, 10:40
          Moralność, jak sztuka, oznacza określenie granic. Oscar Wilde

          Dlaczego unikamy osobowego pogwałcenia norm moralnych? Czemu czujemy się źle,
          gdy wyrządzamy krzywdę? Zwykliśmy uważać, że zasady wpoiła nam szkoła, Kościół
          albo dom.

          Badania wskazują jednak, że jest zupełnie inaczej!

          Przystępujący do harvardzkiego testu wyborów moralnych wypełniają kwestionariusz
          z pytaniami o pochodzenie, przekonania religijne i wychowanie. Analiza setek
          odpowiedzi internautów pokazała, że rozwiązują oni podobnie dylematy moralne,
          niezależnie od rasy, wyznania, kultury, płci, cywilizacji i religii! Co
          najciekawsze - właściwie nie wiemy, dlaczego postępujemy moralnie.

          Ale fakt, że niezależnie od wiary, poziomu cywilizacyjnego czy systemów
          politycznych większość ludzi analogicznie rozwiązuje dylematy, wskazuje, że
          człowiek jest wyposażony przez ewolucję we wrodzony zmysł moralny.

          Marc Hauser twierdzi, że analogicznie do wyposażenia człowieka we wrodzoną
          "gramatykę języka" umożliwiającą nauczenie się mowy ewolucja wyposażyła mózg w
          "gramatykę moralności" umożliwiającą powstanie systemów, na których opierają się
          więzi społeczne. Różne moralne gramatyki lokalne wykazują podobne zróżnicowanie
          jak językowe i zabicie wiarołomnej żony jest akceptowane w pewnych kulturach,
          podobnie jak aborcja i eutanazja. Analiza wpływu kultury, religii i
          wykształcenia na decyzje moralne wskazuje, że pewne aspekty uniwersalnej
          "gramatyki moralnej" są bardziej odporne na wpływy środowiskowe niż inne.

          Wszelka moralność wywodzi się z religii, albowiem religia jest tylko formułą
          moralności. Fiodor Dostojewski

          Nasze normy moralne stały się częścią systemów religijnych i jesteśmy na ogół
          przekonani, że to religia uczy nas, jak odróżniać dobro od zła. Człowiek jest
          rzeczywiście gatunkiem religijnym. Religijność jest zjawiskiem powszechnym,
          ukształtowanym w przebiegu ewolucji i korzystnym dla gatunku ludzkiego. Wspólne
          wierzenia, choćby irracjonalne, utrzymywały spójność grup społecznych lepiej niż
          wszelkiego rodzaju rozumowanie. Przestrzeganie norm regulowało życie grupy,
          ograniczając indywidualne zachowania na rzecz zachowań korzystnych dla
          przetrwania społeczności.

          Religie towarzyszyły ludzkości od jej początków, a może powstały wcześniej niż
          Homo sapiens. Fakt, że człowiek neandertalski rytualnie grzebał zmarłych - o
          czym świadczą pozostawione przezeń groby - dowodzi, że i jemu wierzenia w życie
          pozagrobowe nie były obce.

          Mimo że jesteśmy przekonani, że religie i moralność wynikają z przyczyn
          pozaludzkich, objawionych, są one związane z budową i działaniem naszego mózgu i
          jego obwodów neuronalnych.

          Bóg wie wszystko, a wy wszystko wiecie lepiej. Erich Maria Remarque

          Jedną z najbardziej interesujących neurobiologicznych prób wyjaśnienia, jak
          powstały wierzenia religijne, jest "hipoteza lewopółkulowego objaśniacza świata"
          Michaela Gazzanigi.

          Gazzaniga, profesor psychologii z University of California, członek
          amerykańskiego prezydenckiego komitetu bioetyki, obserwował chorych z przeciętym
          spoidłem wielkim. U takich ludzi półkule mózgowe nie komunikują się, żyją
          niejako własnym życiem i chociaż obie pracują, do świadomości dochodzą tylko
          wyniki pracy półkuli dominującej, zazwyczaj lewej.

          Gdy pacjentowi wyświetlano napis "idź", tak by widziała go tylko prawa półkula,
          ten wstawał i szedł. Zapytany, dlaczego to robi, nie potrafił tego wyjaśnić
          (doznania prawej półkuli nie przedostają się do świadomości), ale zamiast po
          prostu powiedzieć: "Nie mam pojęcia", zwykle silił się na jakieś wykręty "Napić
          się coli zjeść coś ".

          Jeszcze ciekawsze rzeczy wydarzały się, gdy pokazywano mu dwa obrazki - po
          jednym do każdego oka, tak by każda półkula widziała co innego. Prawa półkula
          otrzymała z lewego oka obraz zaśnieżonego podwórka, a lewa, z prawego oka -
          obraz kurzej łapy. Badany miał wskazać - z zestawu kilkunastu rysunków - obrazki
          kojarzące mu się z obejrzanymi. Co się działo? Otóż jego prawa ręka wybrała
          głowę koguta, a lewa - szuflę do odśnieżania. Całkiem logicznie, nieprawdaż?

          Teraz następuje pytanie: dlaczego wskazał pan właśnie te obrazki? "Kogut kojarzy
          mi się z ptasią łapą" - odpowiada. "A szufla?" - docieka eksperymentator.
          "Szufla szufla " - zamyśla się badany. "No, kurnik trzeba posprzątać!" -
          znajduje wyjście z sytuacji.

          Lewa półkula usiłuje racjonalizować decyzje, które wynikają z impulsu prawej.
          Mechanizm sterujący takim zachowaniem Gazzaniga nazwał "lewopółkulowym
          interpretatorem świata".

          Co z tego wynika? Otóż tysiące, a może miliony aktywności mózgowych biegną
          niezależnie od siebie, poza obszarem naszej świadomości. Kierują one ruchem
          ciała, emocjami, myśleniem... Kiedy ujawniają się skutki naszych podświadomych
          poczynań, interpretator musi je wyjaśnić, tworząc teorie tłumaczące, dlaczego
          zachowujemy się tak, jak się zachowujemy. Interpretator tworzy naszą świadomą
          rzeczywistość na podstawie często ograniczonych i fragmentarycznych danych,
          którymi dysponuje. Nasza świadomość jest więc refleksją nad światem zbudowaną
          przez interpretatora.

          Dekalog jest zbyt krótki w stosunku do możliwości grzeszenia. Lidia Jasińska

          Wśród wielu rzeczy, które interpretator musi wyjaśnić, jest też fakt naszej
          moralności. Zanim jeszcze wzięli się do tego filozofowie, nasz interpretator
          uznał, że jest to związane z istnieniem wyższego porządku. Wygląda na to, że to
          nie religia stworzyła moralność, ale wytworzył ją nasz mózg w toku ewolucji, a
          wierzenia religijne wymyślił, aby usprawiedliwić istnienie moralności.

          Patrząc na dekalog, zbiór norm moralnych akceptowanych przez trzy wielkie
          monoteistyczne religie świata, zauważymy, że jego pięć pierwszych przykazań ma
          charakter bardzo związany z naszym naturalnym zmysłem moralnym, wrodzonym
          sprzeciwem wobec gwałcenia norm osobowych. Dekalog "od pasa w dół" jest już
          ściśle związany z kulturą, w której został objawiony - kulturą surową,
          rygorystyczną jeżeli chodzi o obyczaje seksualne, silnie akceptujące prawa
          własności i zasady uczciwości. Wiele innych kultur tego okresu akceptowało
          swobodne życie seksualne, a kradzież i oszustwo nie były potępiane (Merkury był
          bogiem złodziei). Zresztą jeżeli chodzi o kłamstwo, to nawet w naszej kulturze
          wiele etycznych osób uważa, że człowiek ma prawo do kłamstwa, a przynajmniej
          nieujawniania całej prawdy o sobie. Nazywa się to chronieniem prywatności.
          • edico Re: Dekalog od pasa w górę - Wymyślony Bóg 06.07.08, 10:51
            Gdyby Boga nie było, należałoby Go wymyślić. Wolter

            Przez ostatnie dwa wieki filozofia moralna naszego świata była przedmiotem
            sporów dwóch kierunków. Racjonaliści uważali, że moralność powinna przynosić
            "większe dobro", a deontolodzy, że pewne normy nie mogą być przekraczane,
            niezależnie od szlachetnego celu, jaki nam przyświeca.

            Te dwie postawy filozofii moralnej odzwierciedlają fundamentalne napięcia
            pomiędzy strukturami ludzkiego mózgu. Nasze odpowiedzi emocjonalne,
            odziedziczone po przedludzkich przodkach, a umocnione przez doświadczenie
            kulturowe i religię, podkreślają pewne absolutne zakazy, tak ważne dla
            deontologii. W przeciwieństwie do nich "kalkulacje moralne", charakterystyczne
            dla racjonalizmu, są możliwe dzięki powstaniu w przednich płatach mózgowych
            nowych struktur, które zapewniają zdolność do myślenia abstrakcyjnego.

            Moralność powstała przed religią. Kod moralnego postępowania mają małpy
            człekokształtne. Nasz mózg został tak ukształtowany, że religijność wypływa z
            jego budowy. Teorie "lewopółkulowego interpretatora" - układu tłumaczącego nam
            racjonalnie rzeczy niewyjaśnione - sugeruje, że normy etyczne i moralne,
            wytworzone w procesie ewolucji, były wcześniejsze niż wierzenia religijne. Te
            ostatnie powstały właśnie dla wyjaśnienia pochodzenia naszej moralności. Ale
            ostatecznie religia odegrała istotną rolę w rozwoju moralności - powstały różne
            języki opierające się na z grubsza podobnej gramatyce. W jednej religii zabicie
            niewiernego to zasługa, w innej egzekucja zbrodniarza to grzech. System
            religijny racjonalizuje nasze wrodzone wybory moralne.

            Spośród około 10 tysięcy systemów wierzeń obecnych na ziemi największy sukces
            (mierzony liczbą wyznawców) mają te, które podkreślają konieczność wzajemnej
            pomocy współwyznawcom, a jeszcze lepiej - wszystkim ludziom. Miłość bliźniego
            jest ewolucyjnie ukształtowaną podstawą wielkich religii, a różnice dotyczą
            tylko tego, kogo naprawdę za bliźniego uważamy. Oby nie tylko siebie samego!

            * Profesor Jerzy Vetulani pracuje w Instytucie Farmakologii PAN w Krakowie

            Źródło: wyborcza.pl/1,76842,4553472.html
    • Gość: Pelagia reporter TVN24 ewakuował się z J. Góry bez szwanku IP: *.chello.pl 13.07.08, 18:07
      www.tvn24.pl/-1,1557170,0,1,jak-sluchacze-radia-maryja-pogonili-reportera-tvn24,wiadomosc.html
    • edico2 Objawienie Gabriela (1) 14.07.08, 23:47
      Czy znaleziona w Jordanii kamienna tablica zawierająca starożytny tekst w języku
      hebrajskim może wstrząsnąć posadami chrześcijaństwa? Izrael Knohl uważa, iż tak.
      Na datowanej na I wiek p.n.e. tablicy znajduje się opowieść o cierpiącym
      mesjaszu, który zmartwychwstaje po trzech dniach… Czy to historyczny pierwowzór
      Jezusa czy kolejna z pojawiających się co sezon sensacji związanych z tą postacią?

      Mierząca niemal metr długości tablica z 87 linijkami hebrajskiego pisma, która
      według naukowców powstała na kilkadziesiąt lat przed narodzinami Jezusa powoduje
      zamieszanie w kręgach biblistów i archeologów, szczególnie z tego powodu, iż
      mówi o mesjaszu, który zmartwychwstał po trzech dniach…

      Kiedy tablicę tę nabył David Jeselsohn nie był świadom jej znaczenia. Jeśli
      rzeczywiście znajduje się tam opis podobnej historii, może mieć on przełomowe
      znaczenie, ponieważ przyczyni się do zmiany poglądów na postać Jezusa sugerując,
      iż teoria odnośnie jego zmartwychwstania i śmierci nie była unikalna i stanowiła
      integralną część ówczesnej tradycji żydowskiej.

      Tablica, która znaleziona została prawdopodobne w pobliżu Morza Martwego na
      terenie Jordanii, według niektórych badaczy stanowi rzadki przykład kamienia ze
      znakami wykonanymi tuszem.

      Są one napisane (a nie wygrawerowane) wzdłuż dwóch kolumn, przypominających
      kolumny Pięcioksięgu. Kamień jest jednak pęknięty, zaś część tekstu niejasna, co
      wskazuje, że otwarty jest na wszelką debatę.

      Daniel Boyarin, ekspert z Uniwersytetu Kalifornijskiego twierdzi, iż tablica
      stanowi kolejną część szeregu dowodów sugerujących, że postać Jezusa bliżej
      zrozumieć można badając dokładnie żydowską historię ówczesnego okresu.

      Biorąc pod uwagę napiętą atmosferę wokół wszystkich przedmiotów i pism z okresu
      życia Jezusa, zarówno w sferze publicznej, podzielonym środowisku badaczy, jak i
      obaw o szarlatanerię lub oszustwo, dużo czasu zajmie pełna ocena tablicy. Od
      odkrycia Rękopisów z Qumran minęło kilka dekad i wciąż powodują one wiele
      kontrowersji odnośnie ich autorów oraz znaczenia.

      Zwoje te odnalezione w jaskiniach w Qumran w Izraelu, zawierają jedyne znane
      kopie biblijnych tekstów z okresu przed pierwszym wiekiem naszej ery. Zwoje
      opisują także różnorakie praktyki i wierzenia wielu żydowskich sekt z okresu, w
      którym żył Jezus.

      O reprezentatywności tych opisów i szczegółach na temat ery, o której mówią
      istnieje poważna debata. Jedno z nasuwających się pytań mówi o tym, kim byli
      autorzy zwojów – czy należeli do sekty, czy też może byli zwykłymi członkami
      społeczeństwa. Niedługo w Muzeum Izraela w Jerozolimie odbędzie się konferencja
      z okazji 60. rocznicy odkrycia zwojów, która podejmie także temat kamiennej
      tablicy mającej zawierać słowa o zmartwychwstałym mesjaszu.

      Co dziwne, płyta nie jest nowym odkryciem. Znaleziono ją ok. 10 lat temu. Od
      jordańskiego handlarza antykami zakupił ją kolekcjoner, który umieścił ją w domu
      w Zurychu. Kiedy kilka lat temu przyjrzeli się jej bliżej izraelscy naukowcy i w
      ub. roku napisali o niej artykuł, wzrosło zainteresowanie nią. Obecnie na jej
      temat istnieje wiele artykułów. Reszta zapewne powstanie.

      - Nie zdawałem sobie sprawy z jej wartości, aż do czasu, kiedy pokazałem ją
      kilka lat temu Adzie Yardeni, ekspertce od hebrajskiego – mówi Jeselsohn, który
      sam jest ekspertem od zabytków. Była zachwycona. Powiedziała mi: „Masz Zwoje
      znad Morza Martwego w kamiennej wersji”.

      Większa część tekstu zawierająca wizję apokalipsy opiera się na Starym
      Testamencie, specjalnie na księgach proroków, takich jak Daniel, Zachariasz czy
      Aggeusza.

      Ada Yardeni (która zbadała tablicę wraz z Binyaminem Elitzurem) jest ekspertką
      od hebrajskiego, specjalizującą się w okresie epoki Heroda, który zmarł w 4 roku
      p.n.e. Dwójka badaczy opublikowała w kwartalniku „Cathedra” długi tekst
      poświęcony analizie kamienia. Nosił on tytuł „Objawienie Gabriela”. Opierając
      się na piśmie i języku orzekli oni, że pochodzi ona z pierwszego wieku przed
      narodzinami Chrystusa.

      Badanie chemiczne przeprowadzone zostały przez Yuvala Gorena, profesora
      archeologii z Uniwersytetu Tell Aviv, który specjalizuje się w badaniu
      starożytnych przedmiotów. Do czasów publikacji wyników, które mają ukazać się w
      specjalistycznym magazynie, nie ujawnia on szczegółów twierdząc jedynie, iż nie
      widzi powodów, aby wątpić w autentyczność kamienia.

      To właśnie z artykułu w „Cathedrze” o kamieniu dowiedział się biblista z
      Uniwersytetu Hebrajskiego, Izrael Knohl. W wydanej w 2000 roku książce Knohl
      wysunął pogląd, jakoby idea cierpiącego mesjasza znana była już przed erą, w
      której żył Jezus. Oparł się w tym na rabinicznej i wczesnej apokaliptycznej
      literaturze oraz Zwojach z Qumran. Jego teoria nie wstrząsnęła jednak
      chrześcijaństwem, częściowo z tego względu, iż nie miał na to dowodów w postaci
      pism z okresu przed życiem Jezusa.

      Kiedy przeczytał artykuł jak stwierdził, ujrzał coś, co mogłoby potwierdzić jego
      teorie. Knohl jest jednym z naukowców, którzy skupiają się na atmosferze
      politycznej z czasów Jezusa, która stanowi ważne wyjaśnienie mesjanistycznego
      ducha tamtych czasów. Jak zauważa, po śmierci Heroda żydowscy rebelianci starali
      się zrzucić jarzmo wspieranej przez Rzym monarchii, toteż główni wojownicy o
      niezależność często uderzali w ten ton.

      Według Knohla postać, o której mówi tekst z płyty to człowiek o imieniu Szymon,
      który został zamordowany przez dowódcę armii Heroda. Pisze o tym żyjący w I
      wieku historyk Józef. Twórcami wersów umieszczonych na kamieniu byli
      najprawdopodobniej zwolennicy Szymona.

      Zamordowanie Szymona – cierpiącego mesjasza, widziane było jako krok niezbędny
      do odkupienia narodu – twierdzi Knohl, wskazując na wersety od 19 do 21. „W trzy
      dni dowiecie się, że zło zostało pokonane przez sprawiedliwość”. Inne wersety
      mówią o krwi i rzezi jako drodze do sprawiedliwości.

      Aby udowodnić wartość kamienia, Knohl wskazuje na werset 80-ty, który rozpoczyna
      się słowami „L’shloshet yamin” (co znaczy „w trzy dni”). Następne słowo w
      linijce Yardeni i Elitzur uznali za częściowo nieczytelne, ale Knohl – ekspert w
      dziedzinie Biblii i Talmudu twierdzi, iż oznacza ono słow „hayeh”, które odnosi
      się do życia. Jest to nietypowa pisownia, ale odpowiadająca tamtym czasom.

      Potem pojawiają się kolejne trudne do odczytania słowa. Knohl również je
      odcyfrował twierdząc, iż cały werset brzmi następująco: „W trzy dni będziesz
      żyw, ja Gabriel, nakazuję ci.”

      Do kogo zwraca się archanioł? Następna linijka mówi o „Sar hasarin” – księciu
      lub książętach. Ponieważ Księga Daniela, jedno z głównych źródeł tekstu Gabriela
      mówi o archaniele i „księciu książąt”, Knohl uznał, iż naskalny napis mówi o
      śmierci przywódcy, który zmartwychwstanie w ciągu trzech dni.

      Dodaje oni, iż cierpiący mesjasz jest postacią odmienną od tradycyjnie
      przedstawianego mesjasza triumfatora – potężnego potomka Dawida.

      - Może to zmienić nasz pogląd na temat chrześcijaństwa – mówi. Zmartwychwstanie
      po trzech dniach wydaje się motywem wypracowanym przed pojawieniem się Jezusa,
      co jest rozbieżne niemal ze wszystkimi szkołami. To, co stało się w Nowym
      Testamencie zaadaptowane zostało przez Jezusa i jego uczniów w oparciu o
      wcześniejszą historię o mesjaszu.

      Yardeni twierdzi, iż jest pod wrażeniem tekstu twierdząc, iż możliwe jest, że
      słowa zostały poprawnie odczytane przez Knohla. Mniej pewna jest tego, czy
      mesjasz oznacza Szymona.

      Mosze Bar – Asher, prezydent Izraelskiej Akademii Języka Hebrajskiego i
      emerytowany pracownik Uniwersytetu Hebrajskiego zajmujący się językiem
      hebrajskim i aramejskim mówi, iż spędził wiele czasu na badaniu tekstu, uznając
      go za autentyczny. Według niego pochodzi on z pierwszego wieku.

      Fragment zwoju znalezionego w Qumran o nazwie 7Q5, rozpo
      • edico2 Objawienie Gabriela (2) 14.07.08, 23:52
        Mosze Idel, kolejny z pracowników Uniwersytetu Hebrajskiego twierdzi, iż wnioski
        Knohla zasługują na szczególną uwagę.

        - Mamy tu prawdziwy kamień z prawdziwym tekstem. To niezwykle ważne – dodaje.

        Knohl twierdzi w dodatku, że identyfikacja mesjasza, o którym mówi tekst nie
        jest tak ważna, jak wyraźna sugestia, iż zmartwychwstanie po trzech dniach było
        ideą powstałą w czasach Jezusa. Zauważa on, iż w Ewangeliach Jezus często
        przewiduje swe cierpienie. Naukowcy dotychczas uważali, iż słowa o cierpieniu
        musiały zostać dodane później, ponieważ w okresie, w którym żył nie panowały
        podobne idee.

        Było jednak inaczej i wskazuje na to „Objawienie Gabriela”. Knohl dodaje, że
        fakt ten nadaje Ostatniej Wieczerzy zupełnie nowe znaczenie. Rozlana krew miała
        oznaczać nie zmazanie ludzkich grzechów, ale odkupienie Izraela.

        Opublikowano: 08.07.2008 | Kategoria: Religioznawstwo

        Źródło oryginalne: The New York Times
        Źródło polskie: Serwis NPN

        wolne-media.h2.pl/?p=4838
    • edico2 Rodzina "Radia Maryja" dziękuje za śmierć Geremka! 17.07.08, 21:16
      fotoforum.gazeta.pl/photo/8/gc/ig/cggy/v8MUuHM5Ip2pGriCcX.jpg
    • edico2 KIK i dzikie letnisko dla dzieci ze stolicy 17.07.08, 21:39
      W skandalicznych warunkach odpoczywały pod namiotami dzieci z Warszawy.
      Kilkuletnie maluchy myły się w miskach, nie miały toalet i opieki medycznej. -
      Nie pamiętamy tak źle zorganizowanego wypoczynku - mówią epidemiolodzy.

      Na letni obóz nad Jeziorem Kiełpińskim pod Lidzbarkiem Welskim przyjechało 29
      dzieci w wieku 8 i 9 lat. Organizator, Klub Inteligencji Katolickiej z Warszawy,
      nie zgłosił jednak placówki - choć to obowiązek - ani sanepidowi, ani kuratorium
      oświaty.

      Zdaniem Elżbiety Miszczak-Burzyńskiej, rzeczniczki wojewódzkiej stacji sanepidu,
      trudno o gorzej urządzony obóz. - Nie pamiętam, by wcześniej bywały takie
      przypadki, że wodę przynoszono w pojemnikach po wodzie mineralnej ze studni w
      sąsiednim gospodarstwie. Żywność była źle przechowywana - mówi.

      Organizatorzy wypoczynku nie zabezpieczali próbek pożywienia, które należy
      przechowywać, by w razie zatrucia szybko ustalić jego źródło. Naczynia i sztućce
      po jedzeniu były myte w potoku. - Po pierwszej kontroli zaleciliśmy usunięcie
      nieprawidłowości. Następnego dnia nic się nie zmieniło, więc inspektorzy ukarali
      kierownika kolonii 300-złotowym mandatem i zapowiedzieli, że jeśli nie będzie
      poprawy, wystąpią do kuratorium oświaty o zamknięcie obozu - opowiada
      Miszczak-Burzyńska. Organizatorzy, zamiast usunąć nieprawidłowości, woleli
      zlikwidować obozowisko. Gdy w poniedziałek kontrolerzy przyjechali ponownie na
      miejsce, zastali już tylko pustą polanę.

      To pierwszy w tym roku przypadek dzikiego letniska. Dotychczasowe 260 kontroli
      przeprowadzonych od początku wakacji nie wykazało większych nieprawidłowości.
      Gdyby rodzice mieli wątpliwości, w jakich warunkach wakacje spędzają ich dzieci,
      mogą dzwonić do sanepidu - 089 524 84 24 lub 524 84 45.

      Listę obozów i kolonii można znaleźć na stronie internetowej olsztyńskiego
      kuratorium oświaty - www.ko.olsztyn.pl w zakładce "Wypoczynek i turystyka". -
      Udzielamy też informacji telefonicznie pod numerem 089 523 22 86 - mówi
      Krzysztof Nowacki, który w kuratorium nadzoruje letni wypoczynek uczniów.

      Źródło: Gazeta Wyborcza Olsztyn
      wyborcza.pl/1,75478,5437512,Dzikie_letnisko_dla_dzieci_ze_stolicy.html
    • edico2 Wstrząsające wyznanie - "I mnie gwałcił ksiądz" 17.07.08, 21:46
      Mialem 11 lat, bylem ministrantem w podwarszawskim
      miasteczku. Uwielbiany przez wiernych ksiadz
      zgwalcil mnie kilkakrotnie. Kiedy nie chcialem
      sluzyc do mszy, rodzice zmusili mnie do
      powiedzenia o tym, co sie stalo.
      Ojciec, zszokowany, chyba nie wiedzac, jak
      postapic w takim przypadku, sprawil mi takie
      lanie, ze nigdy go nie zapomne. To, co mnie
      najbardziej bolalo, to to, ze matka, ktora chyba
      tez zglupiala, nie wziela mnie w obrone. Dla mnie
      swiat sie zawalil.
      Dosc szybko zrozumialem, ze gdyby ta sprawa wyszla
      na jaw, to musielibysmy sie z tego miasta
      wyprowadzic, a nie mielismy na to srodkow. Nikt
      nie dalby mi wiary; dla mieszkancow zostalbym
      klamca, oszczerca, lub "malym ku..szonkiem",
      ktory uwiodl "cnotliwego ksiedza". Z perspektywy
      czasu dochodze do wniosku, ze winne jest takze
      polskie spoleczenstwo, ktore zezwala ksiezom byc
      ponad prawem i ktore wierzy, ze ksiadz, to taki
      ktos, kto muchy by nie skrzywdzil, posrednik
      miedzy nimi, a Bogiem; prawie swiety.
      fakty.interia.pl/swiat/news/stracili-corki-chca-przeprosin-od-papieza/komentarze,1147868,,16823200
    • edico2 Kościelna Strefa Ekonomiczna wreszcie ograniczana? 18.07.08, 23:41
      Tylko wpłaconą na konto darowiznę można odliczyć od dochodu.

      Artykuł pochodzi z "Podatkowego przeglądu prasy" przygotowanego przez PricewaterhouseCoopers.

      Osoba, która chce odliczyć od dochodu nielimitowaną darowiznę na rzecz Kościoła, musi wpłacić pieniądze na rachunek bankowy. Potwierdził to Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie w wyroku z 9 lipca 2008 r..

      Ze skargą wystąpił podatnik, który w zeznaniu za 2006 r. odliczył od dochodu 60 tys. zł. Powołał się na art. 55 ust. 7 ustawy z 17 maja 1989 r. o stosunku państwa do Kościoła katolickiego w Rzeczypospolitej Polskiej (DzU nr 29, poz. 154 z późn. zm.). Zgodnie z tym przepisem darowizny na kościelną działalność charytatywno-opiekuńczą są wyłączone z podstawy opodatkowania darczyńców podatkiem dochodowym.
      Muszą być jednak spełnione dwa warunki. Kościelna osoba prawna ma przedstawić darczyńcy pokwitowanie odbioru oraz w ciągu dwóch lat od przekazania darowizny - sprawozdanie o przeznaczeniu jej na tę działalność. Ulga ta jest dużo korzystniejsza niż zawarta w ustawie o PIT, ponieważ jej wysokość nie jest ograniczona żadnym limitem. Na podstawie tych przepisów podatnik wpłacił pieniądze w gotówce i zmniejszył podstawę opodatkowania.
      Po weryfikacji zeznania urząd skarbowy zakwestionował to odliczenie, ponieważ pieniądze nie zostały wpłacone na konto.

      Sąd uznał, że wskazane przez podatnika przepisy nie są sprzeczne, lecz wzajemnie się uzupełniają. Odliczający darowiznę musi więc spełnić wymagania dokumentacyjne z obu ustaw.
      W uzasadnieniu wyroku WSA przyznał, że doszło do naruszenia art. 121 ordynacji podatkowej określającego zasadę zaufania do organów podatkowych.

      Konrad Piłat
      www.bankier.pl/wiadomosc/Tylko-wplacona-na-konto-darowizne-mozna-odliczyc-od-dochodu-1799890.html
    • Gość: * Zeitgeist Polskie napisy) - stara wersja(118 min IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.07.08, 13:09
      Mocny film dokumentalny, w
      trzech częściach pokazujący i wyjaśniający przykłady jak społeczeństwo jest
      manipulowane. Dokument Cz. I. Religijna - pokazuje astro-teologiczne podstawy
      chrześcijaństwa. Udowadnia, iż religia chrześcijańska jest jedynie splagiatowaną
      wersją wcześniejszych mitów, głównie egipskich i opiera się na astrologii.
      video.google.pl/videoplay?docid=-5870901554543719947
      www.filmy.zmyka.pl/filmik,0,247,zeitgeist_polskie_napisyavi.htm
      www.opensubtitles.org/pl/subtitles/3146377/american-zeitgeist-pl
      www.tuga.pl/?page_id=43|
      Kilka linków aktualnie dostępnych podałem dla tego, że zablokowanie pierwotnego
      nikogo nie powinno zdziwić.
      Życzę przyjemnej i rozważnej lektury, która daje znacznie więcej do myślenia,
      niż podręcznik do etyki w szkołach napisany przez ks. prof. Andrzeja Szostka
      zatwierdzony przez MEN spłycający zagadnienia etyki do kolejnej znanej już formy
      manipulacji.
    • Gość: baba w oknie ks. Wieńczysław L. namawiał do zabicia dziecka IP: *.chello.pl 22.07.08, 19:38
      skaranie boskie z tymi księżmi :

      www.dz.com.pl/?tekst,2655
      • Gość: * Re: ks. Wieńczysław L. był przecież OK, IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.07.08, 22:14
        bo namawiał do zabicia swego urodzonego dziecka a nie do aborcji ;))
        • Gość: * Ksiądz proboszcz wulgarnie zaczepiał nastolatki IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.07.08, 12:28
          W Janikach i innych wsiach należących do parafii ksiądz Wieńczysław jest dziś
          głównym tematem rozmów. Ludzie opowiadają nie tylko o historii Edyty, ale też
          zaczynają przypominać sobie dziwne i nienaturalne zachowanie duchownego wobec
          uczennic Szkoły Podstawowej w Aleksandrowie, gdzie uczył religii. Niektórzy
          mówią wprost, że ksiądz czynił krępujące, wręcz wulgarne, uwagi pod adresem
          nastolatek.
          Wczoraj drzwi kościoła i plebanii w Janikach były zamknięte. Mieszkańcy wsi
          twierdzą, że ksiądz Ł. - albo jedna z jego zaufanych osób - przyjechał na
          plebanię w nocy z wtorku na środę, bo na plebanii paliło się światło. Z garażu
          zniknął zaś samochód duchownego, który jeszcze we wtorkowe popołudnie tam był.

          Nie ma podstaw, by ograniczyć Edycie L. prawa rodzicielskie - poinformował
          wczoraj prezes Sądu Rejonowego w Częstochowie Ryszard Myrda. Edyta L. urodziła
          dziewczynkę, której ojcem jest ksiądz Wieńczysław Ł. z podczęstochowskiej wsi
          Janiki. Jak ustalili reporterzy dziennika "Polska", ksiądz początkowo namawiał
          Edytę, aby nie zgodziła się na operację cesarskiego cięcia, która mogła uratować
          dziecku życie, a następnie już po porodzie prosił lekarkę w szpitalu, aby
          zrobiła coś, "żeby to dziecko nie żyło".

          Kurator, który zajął się sprawą, stwierdził, że matka, przebywająca z córką w
          szpitalu, interesuje się dzieckiem, a warunki w rodzinnym domu kobiety nie dają
          podstaw, by pozbawić ją praw rodzicielskich do nowonarodzonej córki. Edytą L.,
          jej dzieckiem oraz rodziną nadal ma zajmować się kurator sądowy. Sytuację w
          rodzinie ma monitorować też Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej w Krzepicach.
          Kobieta opuści szpital prawdopodobnie w piątek.

          Według naszych informacji Edytę L. miała wczoraj odwiedzić w szpitalu matka
          razem z ks. Wieńczysławem. Ten się jednak nie pojawił. - Towarzyszył mi mój mąż
          - powiedziała Marta L.

          Ksiądz wczoraj miał złożyć kolejne zeznania w prokuraturze. Nie wiadomo jednak
          czy tam dotarł. - Toczy się postępowanie przygotowawcze w sprawie nakłaniania do
          pozbawienia życia noworodka. Dla dobra postępowania nie mogę ujawnić żadnych
          szczegółów - mówi Robert Wypych z wydziału śledczego Prokuratury Okręgowej w
          Częstochowie. Za nakłanianie do pozbawienia życia grozi kara więzienia od 8 lat
          nawet do dożywocia.

          Mieszkańcy tak Janików, jak i pobliskich Dankowic, skąd pochodzi Edyta, nadal
          nie mogą uwierzyć w to, co się wydarzyło. - Jestem zaskoczona tym, że ksiądz
          chciał zabić dziecko - mówi sąsiadka Edyty Barbara Antończak. - Kiedy Edyta
          zaszła w ciążę, ksiądz bywał u niej po kilka razy dziennie. Wyglądało na to, że
          się nią interesuje. Woził dziewczynę do lekarza. W dniu, kiedy dostała bólów
          porodowych, z samego rana pojechał po nią autem i zabrał do szpitala - opisuje
          kobieta i pyta: - Do czego musiało tam dojść, skoro lekarze zawiadomili prokuraturę?

          Sąsiedzi opowiadają, że ksiądz Wieńczysław Ł. pomagał rodzinie dziewczyny. -
          Zrobił w domu remont i kupił meble. Dla dziecka najwyraźniej też wszystko
          przygotował - opowiada Antończak. I dodaje: - Mam troje dzieci, więc
          zaproponowałam Edycie używane ubranka i wózek, ale nie chciała tego przyjąć.
          Powiedziała, że wszystko ma.

          W Janikach i innych wsiach należących do parafii ksiądz Wieńczysław jest dziś
          głównym tematem rozmów. Ludzie opowiadają nie tylko o historii Edyty, ale też
          zaczynają przypominać sobie dziwne i nienaturalne, ich zdaniem, zachowanie
          duchownego wobec uczennic Szkoły Podstawowej w Aleksandrowie, gdzie uczył
          religii. Niektórzy mówią wprost, że ksiądz czynił krępujące, wręcz wulgarne,
          uwagi pod adresem nastolatek.

          - Kiedyś na lekcji religii powiedział, że jestem wyrośnięta i wyglądam na więcej
          lat, więc powinnam się inaczej zachowywać - opowiada Ania z Janików. W jaki
          sposób? - Mówił mi i mojej koleżance, że powinnyśmy nosić krótkie spódnice.
          Kiedy zaś siadamy w klasie, powinnyśmy zakładać nogę na nogę, bo to ładnie
          wygląda i sprawia mu przyjemność.

          Ojciec dziewczynki nie kryje oburzenia. - Gdyby jeszcze raz coś takiego
          powiedział córce, zamierzałem iść do szkoły i przemówić mu do rozsądku. Na
          szczęście już tego nie zrobił - opowiada mężczyzna.

          - Ksiądz lubił młode kobiety, nawet dziewczynki w szkole zaczepiał. Dotykał je,
          robił im nieładne uwagi. Kiedyś w nieprzyzwoity sposób odezwał się do uczennicy
          szóstej klasy. Jej ojcu puściły nerwy i pobił księdza - opowiada Julian Ceglarz,
          członek rady parafialnej i były kościelny w parafii.

          Informacjom o molestowaniu uczennic przez księdza zaprzecza dyrektorka szkoły
          Małgorzata Wiewiórowska-Kluba. Twierdzi, że nigdy nie zauważyła nic
          niepokojącego. Przyznaje jednak, że ksiądz Wieńczysław nie radził sobie z
          uczniami i nie potrafił utrzymać na lekcjach dyscypliny.

          - Bez względu na to, jak sprawa skończy się z punktu widzenia prawa, nie
          wyobrażam sobie dalszej współpracy z księdzem Wieńczysławem. Wystąpię zarówno do
          swoich, jak i jego przełożonych, aby odsunąć księdza od uczniów. Za dużo spraw
          wyszło na jaw, aby mógł dalej uczyć i wychowywać młodzież - mówi Wiewiórowska-Kluba.

          POLSKA
          Irena Bazan
          2008-07-23 23:28:21, aktualizacja: 2008-07-23 23:28:21

          Współpraca: Aldona Minorczyk-Cichy
          www.polskatimes.pl/stronaglowna/25429,wyrodny-ksiadz-ucieka-noca-przed-sprawiedliwoscia,id,t.html
    • Gość: * Czerwone stosy, czarna legenda (1) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.07.08, 15:16
      „Tajna policja Kościoła”, „źródło ideologicznego terroru”… Stereotypowe
      „definicje” Świętego Oficjum można by mnożyć. Czy rzeczywiście oddają one obraz
      średniowiecznej inkwizycji?

      Początek czarnej legendy inkwizycji datuje się na XVI–XVII wiek, kiedy do walki
      z Kościołem ruszyła propaganda protestancka. Ponieważ kontrowersji było sporo,
      ówcześni specjaliści od „czarnego pijaru” nie mieli większych kłopotów z
      pokierowaniem sympatiami i antypatiami tłumów. Proces, który historyk Edward
      Peters celnie nazwał „wymyślaniem inkwizycji”, dobiegł końca dopiero kilkaset
      lat później, kiedy światło dzienne ujrzały już „rewelacje” historyków
      oświecenia, a także m.in. „Bracia Karamazow” Fiodora Dostojewskiego czy „Imię
      róży” Umberta Eco. Czy podobne dzieła – najwyższej próby od strony literackiej –
      mają wiele wspólnego z obrazem wyłaniającym się ze źródeł historycznych?

      Od Pawła do Augustyna

      Problem herezji i odstępstw od nauk głoszonych przez apostołów mieli już pierwsi
      chrześcijanie. Za podstawę podczas rozwiązywania podobnych konfliktów brano
      wtedy zalecenia św. Pawła z Listu do Tytusa (Tt 3, 10–11) i nauki Jezusa z
      Ewangelii według św. Mateusza (Mt 18, 15–17). Dość dokładnie przedstawiono tam
      „procedurę” napominania „błądzącego brata”: najpierw w pojedynkę, później w
      towarzystwie kilku świadków, a następnie, jeśli i to nie skutkowało, publicznie,
      „przed całym Kościołem”. Wobec osób, które mimo napomnień trwały w uporze i nie
      dawały się przekonać, stosowano następnie wykluczenie ze wspólnoty
      (excommunicatio). Do podobnych przypadków dochodziło jednak rzadko, gdyż
      traktowano to jako bardzo surową karę, w której stosowaniu zalecano szczególną
      ostrożność i szczegółowe rozpatrzenie każdej zagrożonej nią sprawy.

      Podobne braterskie pouczenie (persuasio fraternalis) przestało wystarczać, kiedy
      chrześcijaństwo z sekty przemieniło się w oficjalną religię państwową Cesarstwa.
      Od 380 roku i edyktu Teodozjusza I Wielkiego herezja zaczęła być traktowana jako
      zbrodnia nie tylko przeciw społeczności kościelnej, ale także przeciwko państwu.

      Francisco de Goya – „Trybunał inkwizycji”, 1812. Sam malarz musiał tłumaczyć się
      przed inkwizycją z okoliczności, w których powstał inny z jego znanych obrazów,
      „Maja naga”.


      Nastąpił zwrot o 180 stopni. Jeszcze w 212 roku Tertulian w liście do konsula
      Afryki pisał: „Przymus nie leży w naturze religii, dlatego powinno się ją
      przyjmować spontanicznie, nie siłą, ponieważ miłe są tylko ofiary dobrowolne”, a
      już w 346 roku Juliusz Firmicus Maternus w piśmie do Konstancjusza II i
      Konstansa I domagał się narzucania wiary chrześcijańskiej siłą i zakazania
      innych religii. Kropkę nad i postawiono w 397 roku, kiedy herezję
      zaklasyfikowano jako przestępstwo przeciwko majestatowi władcy (crimen laesae
      maiestatis), ścigane z urzędu i podlegające najsurowszemu wymiarowi kary.

      Od strony Kościoła podobne decyzje wspierały nauki św. Augustyna. Manichejczyk w
      młodości, w latach dojrzałych Augustyn stał się najbardziej wpływowym
      myślicielem chrześcijańskim tamtego okresu. Początkowo występował z pozycji
      zwolennika zasady braterskiego pouczenia, dyskusji, dzięki której można
      przekonać odstępcę do powrotu w szeregi Kościoła. Widząc jednak zakres i
      brutalność ataków donatystów (sekty chrześcijańskiej w Afryce Północnej,
      nieuznającej religijnych ustaleń biskupów ortodoksyjnych), powoli zaczął
      skłaniać się w stronę korzystania z – umiarkowanej – pomocy władz państwowych w
      walce z herezjami. „Dlaczego zatem donatyści uważają za słuszne stosowanie
      surowości prawa przeciw trucicielom, a za niesłuszne surowe obchodzenie się z
      herezjami i bezbożnymi waśniami, chociaż te ostatnie występki zaliczane są przez
      Apostoła do szeregu owoców niesprawiedliwości? Czyżby przypadkiem było
      zabronione władzom ludzkim zajmowanie się tymi występkami?” – pytał w jednym ze
      swoich pism.

      Wykluczenie ze wspólnoty powoli zaczęło być wypierane przez postawę „zmuszaj do
      wejścia” (Łk 14, 23). Podobne działania były możliwe właśnie dzięki pomocy władz
      państwowych, dysponujących odpowiednim aparatem wykonawczym. Jednak choć za
      herezję przewidziano karę najwyższą, podobne wyroki nie zapadały w zasadzie
      nigdy. Kiedy w 385 (albo 386) roku pretendent do tronu cesarskiego Maksymus
      doprowadził do wykonania wyroku śmierci na Pryscylianie z Ávila, oskarżonym o
      głoszenie herezji w duchu gnostyckim, z oburzenia zatrząsł się cały
      chrześcijański świat, z papieżem Syrycjuszem, św. Marcinem z Tours i św.
      Ambrożym na czele. Po ponad sześciu wiekach względnego spokoju, kiedy w Europie
      znów dawały o sobie znać tendencje heretyckie, takie głosy sprzeciwu były już
      dużo słabsze.
      • Gość: * Re: Czerwone stosy, czarna legenda (2) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.07.08, 15:22
        Narodziny inkwizycji

        Średniowieczny problem z inkwizycją dotyczył sytuacji po upadku Cesarstwa
        Zachodniorzymskiego. Rozbita na nowe państwa Europa była zjednoczona na
        płaszczyźnie duchowej, czego wyraz stanowiła przynależność do Kościoła. Jeśli
        zatem ktoś występował przeciwko feudalnemu porządkowi w jednym z państw,
        występował jednocześnie przeciwko całej Christianitas. Dlatego, kiedy starożytne
        idee dualistyczne zaczęły odradzać się na zachodzie Europy w początkach nowego
        tysiąclecia, reagowały nie tylko władze państwowe, ale też przedstawiciele Kościoła.

        Początkowo rozwiązywanie problemów z herezją leżało w gestii władz lokalnych,
        czasem wydających wyrok nawet mimo protestów miejscowych władz kościelnych (jak
        to miało miejsce w Monteforte w 1028 roku). Jednak kiedy w XII wieku na południu
        Francji odkryto doskonale zorganizowaną sektę heretycką katarów (grec. katharoi
        – czyści), oficjalne sposoby walki z ruchami odśrodkowymi zaczął wypracowywać
        także Kościół. Zwieńczeniem poszczególnych postanowień był synod w Weronie w
        1184 roku, na którym papież Lucjusz III i cesarz Fryderyk Barbarossa uzgodnili
        wspólny front postępowania. O jego szczegółach mówi bulla „Ad abolendam”.
        Herezje zostały uznane za wystąpienia przeciw istniejącemu porządkowi
        społecznemu, a ich ściganiem mieli zająć się lokalni biskupi, zobligowani do
        regularnych wizytacji w swoich diecezjach. Uznanego za winnego przekazywano by
        władzy świeckiej w celu wykonania wyroku.

        Podobnie jak za czasów starożytnych, herezję zakwalifikowano do przestępstw
        przeciwko majestatowi, a za nie groził najwyższy wymiar kary. Jednak w nowej
        sytuacji sankcja, w antyku pozostająca martwym przepisem, stała się podstawą
        rzeczywistych wyroków.

        Kształtowanie się średniowiecznej inkwizycji (łac. inquisitio – śledztwo)
        umownie zakończyło się w 1231 roku, kiedy papież Grzegorz IX wyznaczył na
        sędziów przedstawicieli niedawno powstałego zakonu dominikanów (przez jakiś czas
        inkwizytorami zostawali też franciszkanie). Odtąd, obok lokalnych biskupów,
        sprawami herezji mieli zajmować się także inkwizytorzy papiescy. Nawet od tej
        daty trudno jednak mówić o inkwizycji jako jednej, scentralizowanej organizacji.
        Jeśli już, należałoby raczej w tym kontekście rozpatrywać „inkwizycje państwowe”
        – francuską, włoską, niemiecką czy polską (też zresztą mocno zdecentralizowane).

        Prawdzie oblicze Wielkiego Inkwizytora?

        Obok Tomasa Torquemady, hiszpańskiego inkwizytora pełniącego swój urząd w latach
        1483–1498, drugim najbardziej znanym dzięki popkulturze inkwizytorem jest
        Bernard Gui. Jako przeciwnik prawego Wilhelma z Baskerville w „Imieniu róży”,
        został nakreślony przez Eco dość grubą kreską, stereotypowo, co wynikło z
        przyjętej przez autora konwencji „dobry bohater – zły bohater”. A co takiego
        mówią o Guim źródła historyczne?

        Bernard Gui (albo Guidon) miał się urodzić w 1261 lub 1262 roku we francuskim
        Royeres. Nie znamy pochodzenia jego rodziców, jak jednak wiadomo, dzięki
        pieniądzom wuja, też księdza, młody Bernard zdobył fundusze na rozpoczęcie
        nauki. Wstąpił do dominikanów i w 1280 roku złożył śluby zakonne. Następnie,
        popierany przez zwierzchników, śledzących jego postępy, kontynuował naukę na
        kolejnych szczeblach zakonnej edukacji. Wykształcony w teologii i filozofii, w
        latach 1289–1291 został skierowany na dodatkowe studia do elitarnej szkoły w
        Montpellier, która przygotowywała przyszłe kadry kierownicze dominikanów
        południowofrancuskich.

        Po ukończeniu nauki przez kilka lat pracował jako lektor w kolejnych
        klasztorach, żeby wreszcie w 1305 roku zostać przeorem w macierzystym Limoges.
        Od początku kierowany na administratora i organizatora życia zakonnego, Bernard
        doskonale spełniał oczekiwania przełożonych. Dzięki temu nie tylko bywał
        powoływany na urząd legata papieskiego, pośredniczącego w sporach między
        kolejnymi feudalnymi księstwami, ale także, w 1323 roku, został mianowany
        biskupem. Ciesząc się zaufaniem władz zakonnych, w latach 1307–1323 (z
        kilkuletnimi przerwami) sprawował też urząd inkwizytora dla okręgu Tuluzy.

        Dla współczesnych był on jednak przede wszystkim znany nie jako inkwizytor, ale
        autor kilkunastu wielotomowych opracowań historycznych, które w średniowiecznej
        Francji miały status bestsellerów. Oprócz historii zakonu dominikanów, napisał
        m.in. historię powszechną od narodzin Chrystusa do czasów sobie współczesnych,
        spis cesarzy i papieży od starożytności, kronikę królów francuskich czy wykaz
        francuskich świętych, ze szczególnym uwzględnieniem świętych z własnej
        prowincji. Gui jest także autorem jednego z najbardziej znanych podręczników dla
        inkwizytorów „Practica inquisitionis haereticae pravitatis”.

        Obraz inkwizytora, wyłaniający się z „Practica inquisitionis...” i dokumentów z
        Tuluzy, wydaje się różnić od tego, jaki przedstawia Eco. Gui nie tylko zaleca
        traktowanie oskarżonych jako błądzących współbraci, których sędzia – „lekarz
        dusz” – ma przez spowiedź i pokutę przywieść znów na łono prawdziwego Kościoła,
        ale także odradza na przykład stosowanie tortur (dopuszczonych do procedur
        procesu inkwizycyjnego w 1252 roku bullą „Ad extripanda”), mało „efektywnych”,
        jeśli chodzi o wyrażenie szczerej skruchy i dobrowolne poddanie się pokucie. Z
        około 950 wyroków, które wydał inkwizytor przez niepełne 16 lat sprawowania
        urzędu, niecałe 50 to wyroki stosu (oddania „ramieniu świeckiemu”); około 300
        osób otrzymało wyroki więzienia; na resztę w większości nałożono pokutę
        (obowiązek pielgrzymki albo noszenia na ubraniu przez określony okres „znaków
        hańby”, np. żółtych krzyży, wyróżniających byłych heretyków).

        Dane z Tuluzy wydają się miarodajne dla całej inkwizycji średniowiecznej.
        Oczywiście dochodziło do sytuacji, kiedy jednokrotnie na stosie płonęło
        kilkadziesiąt osób, jak choćby w 1315 roku w Świdnicy, kiedy inkwizycja biskupia
        złapała na Śląsku lokalną grupę heretyków, najprawdopodobniej waldensów.
        Najwięcej ofiar pochłonęła krucjata antyalbigeńska (1209–1229). Podczas jednego
        procesu palono tu nawet 300–400 heretyków (Lavaur, 1211). Jednak ogólny stosunek
        wyroków stosu do wszystkich wyroków wynosił mniej niż 5%.

        Dużo więcej wyroków śmierci wydała osławiona inkwizycja hiszpańska, w
        odróżnieniu od jej średniowiecznych poprzedniczek bezpośrednio podlegająca
        głowie państwa i tym samym dużo częściej wykorzystywana do rozgrywek
        politycznych. Jednak i tu, według najnowszych ustaleń, liczba ofiar wyniosła
        około 2 tys. (a nie 30 tys., jak jeszcze do niedawna pisali historycy). Dla
        porównania, większą liczbę ofiar pociągnęły za sobą „polowania na czarownice” z
        czasów nowożytnych, błędnie przypisywane katolikom, a inspirowane głównie w
        kręgach protestanckich.

        Oczywiście jakakolwiek podobna „licytacja” nie przywróci życia i nie wymaże
        dawnych krzywd. Jednak budując wiarygodny obraz przeszłości, warto sięgnąć do
        źródeł, a nie tylko opierać się na stereotypach, kiedyś umacnianych w imię walki
        politycznej, a dziś nieświadomie powielanych przez popkulturę.

        MICHAŁ CETNAROWSKI jest dziennikarzem i doktorantem w Instytucie Historii
        Uniwersytetu Opolskiego.
        |
        portalwiedzy.onet.pl/4869,12799,1498072,1,czasopisma.html|
        Oglądaj za darmo serię "Tajne archiwa Inkwizycji", wszystkie odcinki dostępne
        on-line
        >> portalwiedzy.onet.pl/filmy/640,3638104,odtwarzaj.html
        • edico Z filmoteki YouYubu 28.11.08, 05:42
          luluamelu.blog.onet.pl/2,ID347200786,index.html
    • Gość: * Czy Polsce potrzebne są kolejne kościoły? - Głosuj IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.07.08, 15:25
      Mieszkańcy jednego z wrocławskich osiedli protestują przeciwko budowie nowego
      kościoła w ich okolicy. Podobny protest trwa na warszawskim Ursynowie. Czy
      Polacy mają dość katolickich świątyń? A może rację mają władze kościelne, które
      argumentują, że w dużych miastach kościoły pękają w szwach podczas mszy - i
      dlatego trzeba stawiać nowe świątynie?

      proca.pl/pokaz/1746/czy_polsce_potrzebne_sa_kolejne_koscioly
    • Gość: * Jan Paweł II - święty czy grzesznik??? (1) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.07.08, 15:29
      Beatyfikacja papieża osiadła na mieliźnie. Oficjalnie to sprawa procedur,
      nieoficjalnie - celowe wyhamowanie słynnego "Santo Subito". Czyżby JPII z
      jakichś powodów naprawdę nie zasługiwał na aureolę?

      "Advocatus diaboli" to prałat, mający podczas procesów beatyfikacyjnych
      przedstawiać "argumenty diabła", przeczące tezie o świętości kandydata na
      ołtarze. Raczej nie przytoczy on tych, które krytycy Jana Pawła II podnoszą
      najczęściej. Z punktu widzenia Kościoła nie są to bowiem wady, ale zalety jego
      pontyfikatu.

      Papieżowi z Polski stawia się najczęściej trzy główne zarzuty:

      - Poprzez bezwarunkową walkę z antykoncepcją przyczynił się do pandemii HIV w
      Afryce i śmierci milionów ludzi na AIDS.
      - Poprzez brak zrozumienia specyfiki latynoamerykańskiej zawzięcie zwalczał tzw.
      teologię wyzwolenia, przez co przyczynił się do zabójstwa arcybiskupa Oscara
      Romero, a także podsycił krwawe konflikty lokalne.
      - Poprzez zaniechanie wszelkich działań w obliczu targających Kościołem skandali
      pedofilskich doprowadził do ich tuszowania i przyczynił się do krzywdy ofiar.

      Paradoksalnie jedynie trzeci zarzut jest istotny - ale, jak się okaże, z nieco
      innych względów, niżbyśmy sądzili. Pozostałych dwóch, choć oczywiście są ważkie
      i słuszne, raczej nie można brać pod uwagę szukając przyczyn beatyfikacyjnych
      problemów zmarłego papieża. A oto dlaczego.

      1. Wojtyła nie wypełnia "testamentu" Jana Pawła I

      Świeżo obrany papież mianował się duchowym następcą Albino Lucianiego, który
      zmarł w dziwnych okolicznościach po zaledwie 33 dniach pontyfikatu. Karol
      Wojtyla bardzo podkreślał, że będzie kontynuował jego dzieło. A jednak już w
      pierwszych dniach urzędowania zupełnie mu się sprzeniewierzył.

      Luciani zmarł dosłownie w przeddzień wielkich zmian, jakie planował w Kościele.
      Wierzył na przykład, że katolikom powinna być dostępna jakaś forma sztucznej
      antykoncepcji. Zaplanował w tym celu spotkanie z zajmującymi sie rodziną
      organizacjami amerykańskimi. Wojtyła to spotkanie odwołał, a dyskusję zamknął.

      Karol Wojtyła został papieżem w rezultacie zawziętej walki, jaka podczas
      konklawe toczyła się między stronnictwami kardynałów Benellego i Siriego.
      Konklawe odbywało się w atmosferze pełnej trwogi. Kardynałowie nie rozumieli
      sprzeczności i tajemnic, jakie otaczały śmierć Jana Pawła I.

      W tych specyficznych warunkach Wojtyle udało się przekonać zarówno stronnictwo
      liberalne w kolegium kardynalskim, jak i konserwatywne, że jest najlepszym
      kandydatem. Jego ówczesny sukces stał się jednak tak naprawdę zarzewiem
      dzisiejszych kłopotów z beatyfikacją.

      Sęk w tym, że - co stało się ewidentne po pierwszych decyzjach Jana Pawła II -
      niemal wszyscy się co do niego pomylili. Stronnictwo liberalne nie mogło
      zrozumieć, dlaczego poświęcił wielkie reformy, zapoczątkowane przez Lucianiego.

      Jan Paweł I zmarł w kilka godzin po wydaniu instrukcji, zarządzających gruntowne
      zmiany personalne w Banku Watykańskim. Instytucji, jak wiadomo, uwikłanej przez
      kierującego nią amerykańskiego biskupa Paula Marcinkusa w transakcje rodzące
      podejrzenia korupcji, współpracy z mafią i prania jej brudnych pieniędzy.

      Wszystkie te decyzje zostały przez Jana Pawła II odwołane. Zaś liczne tajemnice,
      otaczające Bank Watykański, pozostają nierozwikłane po dziś dzień. I po dziś
      dzień wracają - jak ujawniony niedawno domniemany udział Marcinkusa w porwaniu
      córki pracownika Watykanu.

      Zginęli wszyscy sędziowie i prokuratorzy, którzy usiłowali je rozwikłać. Z
      reguły z rąk "lewackich" Czerwonych Brygad - jak się dziś przypuszcza, swoistych
      "szwadronów śmierci do wynajęcia", chętnie używanych przez skrajnie prawicową
      lożę P2, która de facto kontrolowała wówczas Włochy.

      Na marginesie trzeba dodać, że tuż przed śmiercią Albino Luciani otrzymał listę
      121 rzekomych masonów, zajmujących wysokie stanowiska w Watykanie. Zamierzał ich
      wszystkich usunąć. Ta lista również poszła do kosza. Tutaj też majaczy gdzieś w
      tle zamach na Jana Pawła II. Sam papież wielokrotnie podkreślał, że nie wierzy w
      "ślad bułgarski" i w ogóle w udział służb specjalnych bloku wschodniego.

      Tak więc, zaniedbania Karola Wojtyły wydają się ewidentne - jednak rozczarowanie
      kardynałów wynikało raczej z tego, że słabo rozumieli intencje papieża-Polaka.
      Jego emploi wielkiego, energicznego przywódcy, oczywiście wspomagane aktorstwem,
      nie było pozą. Jednak Wojtyła widział swą rolę całkiem inaczej.

      2. Wojtyła i jego "teatr ogromny" Kościoła

      Oczywiście powstaje pytanie, na ile Wojtyła rzeczywiście mógł zmienić Watykan.
      Jak każdy szef dużej organizacji, uwikłany był w pewien system, a te zawsze są
      bezwładne. Jednak można odnieść wrażenie, iż Wojtyła nie poszedł drogą Albino
      Lucianiego, gdyż interesowały go sprawy całkiem inne. O ile Luciani działał w
      mikroskali i interesowały go problemy małe, codzienne i konkretne, obiektem
      zainteresowania Wojtyły była skala makro. Podobnie jak Wyspiański, "widział on
      teatr swój ogromny".

      Krytycy wypominają Wojtyle zlekceważenie malwersacji finansowych kardynała
      Cody'ego z Chicago, którego Luciani chciał wysłać na emeryturę. Wojtyła
      odblokował też nominację kardynalską dla arcybiskupa Armagh Tomása Ó Fiaich,
      ktory był bardzo zaangażowany w krwawą dzialalność IRA - co zdaniem Jana Pawła I
      było niedopuszczalne.

      Jednak można odnieść wrażenie, że kwestie te były dla Karola Wojtyły zwyczajnie
      za małe. Nigdy nie lubił codziennej biurokracji - operował na o wiele wyższym
      poziomie. Wierząc, że ma do spełnienia o niebo ważniejszą misję, nie chciał
      utknąć w żmudnym administrowaniu sprawami Kościoła. Ani zniechęcać do spraw dla
      siebie ważnych ludzi w Kościele potężnych. Można postawić hipotezę, że Jan Paweł
      II ustępował ze spraw w swoim rozumieniu nieistotnych, by zyskać poparcie w ważnych.

      Bowiem Karol Wojtyła rozumiał życie dokładnie odwrotnie, niż Emily Dickinson:
      zajmij się sprawami wielkimi, a małe zajmą się sobą same. Te sprawy wielkie to
      nowa wizja Kościoła - ekumenicznego, powszechnego, triumfującego - ale
      pogodzonego z innymi religiami. Postępował zresztą zgodnie z radami Arystotelesa
      - ukochanego filozofa św. Tomasza z Akwinu - dla Aleksandra Macedońskiego.

      Wiedz, że są dwa rodzaje spraw: małe, którymi nie powinieneś się zajmować
      bezpośrednio, i duże, których nie możesz powierzyć nikomu innemu. Bowiem jeśli
      zajmiesz się bezpośrednio małymi sprawami, odciągną cię one od dużych.

      Złośliwi często wypominali Wojtyle nadmierną teatralizację. Wpływy teorii
      "teatru żywego słowa" Mieczysława Kotlarczyka na papieską działalność dogłębnie
      zanalizował Zygmunt Kałużyński w eseju "Jezus się śmieje". Jednak nie wszyscy
      tak dobrze jak Kałużyński rozumieli, że ten teatr nie jest celem samym w sobie.
      Szef redakcji religijnej "Newsweeka" Kenneth Woodward tak komentował w roku 1979
      pierwszą wizytę Jana Pawła II w USA:

      On nie słucha. Nie odebrałem go jako osoby serdecznej. Jego gesty wobec
      dzieci są sztuczne - to gesty aktora, nie dziadka.

      Jednak aktorstwo, choć ewidentnie obecne, było zaledwie środkiem do celu.
      Najbliższe otoczenie papieża wiedziało, że ma on do swych wystąpień masowych
      stosunek mocno niejednoznaczny. Z jednej strony bardzo lubił taką formę kontaktu
      z wiernymi - własny teatr jednego aktora, i to na masową skalę.

      Z drugiej często wyrażał obiekcje. Nie te oficjalne, czy do ludzi dociera jego
      przekaz. Przekaz był drugorzędny: jak w Teatrze Rapsodycznym liczył się kontakt,
      hipnotyczna magia słowa. To ona miała tworzyć jedność. Wojtyła pocieszał się, że
      Jezus również przemawiał do tłumów - że budował wspólnotę tak samo.
      • Gość: * Re: Jan Paweł II - święty czy grzesznik??? (2) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.07.08, 15:36
        3. Wojtyła jako mityczny obiekt kultu

        To akurat było skutkiem całkiem niezamierzonym. Nie sposób zarzucić Karolowi Wojtyle, że świadomie budował swój kult. "Potęga i Chwała", monumentalna biografia krytyczna Wojtyły autorstwa Davida Yallopa, jest jednak dość stronnicza, prezentując papieża jako chorobliwie ambitnego, pełnego pychy pozera i megalomana.

        Sęk bowiem w tym, że zgodnie z teorią Kotlarczyka aktor jest zaledwie pośrednikiem Słowa, jego kapłanem, szamanem, medium. Być może było to zbyt subtelne dla publiczności masowej. Która skupiła swą uwagę na Aktorze.

        Jednak za tym, że Wojtyła pozwalał budować swój mit, nie stały raczej złe intencje. Wiadomo, że papież szczerze wierzył, że robi wszystko "dla Chrystusa". Zatem nawet zmyślone historia jego okupacyjnej pomocy dla Żydów, niewolniczej pracy w Solvayu czy niezłomnego oporu wobec władzy komunistycznej miały być zaledwie środkami - uświęconymi przez cel.

        Wojtyła rozumiał to, czego nie chcą dziś zrozumieć jego krytycy - każda postać o dużym znaczeniu ma "historię oficjalną", która spełnia funkcję propagandowe. Propaganda miała prowadzić do celu. Wszystko inne było nieistotne.

        I rzeczywiście: jeśli wejdziemy w tę logikę i uświadomimy sobie, że gra toczy się o wielki, powszechny Kościół ponad podziałami - jakie znaczenie ma antykoncepcja w Afryce? Czy nawet skandale pedofilskie? Zadbaj o rzeczy wielkie - a małe zadbają o siebie same. Trudno orzec, czy jest to słuszne. W każdym razie papież w to wierzył.

        Nadrzędną sprawą był Kościół - który przede wszystkim musiał być wolny. Stąd sprzeczność - biskupów w krajach latynoskich papież przestrzegał przed zaangażowaniem w politykę, zaś ich kolegów w krajach satelickich ZSRR wręcz do tego zachęcał. Różnicą, dziś niedostrzeganą, była wolność Kościoła. Doraźne problemy Jan Paweł II gasił osobiście - charyzmą i podróżami po świecie. Bardzo lubił podróżować, ale i musiał.

        Gdyż zbudował system, który stabilizował wyłącznie własną osobą. W jego wizji liczył się Kościół, nie "liberalizm" czy "konserwatyzm". Wojtyła stworzył coś, co wykraczało poza podziały. Ale to coś pozostawało w równowadze tylko dzięki jego charyzmie. Stąd całkowity odwrót Benedykta XVI od "wojtylizmu". Nauki tak wewnętrznie sprzecznej, że bez Wojtyły niemożliwej.

        4. Kto blokuje beatyfikację?

        Czy rzeczywiście Wojtyła, co zarzucają mu dziś krytycy, byl skrajnym konserwatystą? To bardzo wątpliwe. Od początku miał sceptyczny stosunek do kapitalizmu, nie lubił Stanów Zjednoczonych, za to całkiem pozytywnie wyrażał się o marksistowskiej sprawiedliwości społecznej. Paradoksem jest, że najgłośniej krytykują go dziś liberałowie - choć antyliberalna polityka Wojtyły wydaje się być nie celem, ale instrumentem.

        Po części dlatego, że nie oceniał reform liberalnych jako istotnych w obliczu swej wielkiej wizji. Otóż Karol Wojtyła chciał jakby przekroczyć ten odwieczny dylemat Kościoła - czy ma on być niewielką wspólnotą co do joty chroniącą depozyt wiary, czy powszechnym ruchem zbawienia - nawet kosztem poświęcenia części kanonu.

        Bowiem tak naprawdę Kościoła nie da się zreformować. Kościół zreformowany, co pokazał Marcin Luter, to już całkiem inny Kościół. Karol Wojtyła chciał ten paradoks obejść. Wielki, wolny Kościół miał sprawić, że podobne poblemy staną się nieważne.

        Na podstawie ostatnich zdarzeń, takich jak promocja w USA książki biskupa Robinsona, można sądzić że jako "nieoficjalnie oficjalnego" argumentu przeciwko beatyfikacji Karola Wojtyły Watykan użyje jego bierności w obliczu skandali pedofilskich. Istotnie - wielką winą Wojtyły, co widzimy po latach, jest tu zaniedbanie.

        Jednak usiłując go zrozumieć możemy powiedzieć, że coś takiego nie bardzo mieściło się w jego światopoglądzie. Nie wiedział, jak zareagować. Ufał Kościołowi. Zostawił sprawy swemu losowi. Zadbaj o sprawy wielkie. Tę filozofię pokonało jednak prawo Murphy'ego. Sprawy pozostawione własnemu losowi na pewno obrócą się na gorsze.

        Mimo to rzeczywisty powód zablokowania beatyfikacji Karola Wojtyły jest całkiem inny niż powyższy. Aby go zrekonstruować, wystarczy przyjrzeć się obecnej polityce Watykanu. Paradoks: zażarcie krytykowany przez liberałów papież największych wrogów miał wśród konserwatystów. Ich zdaniem, podważył rzeczy dla Kościoła najistotniejsze.

        5. Co zostanie po Wojtyle?

        Kamieniem obrazy nie są nagłaśniane w mediach prezerwatywy, celibat księży czy kapłaństwo kobiet. Ekumenizm Wojtyły w opinii wielu stawiał pod znakiem zapytania jedyność i wyłączność nauki Kościoła. Uznanie świętości ofiary męczenników protestanckich zmniejszało wagę Prawdy, która ich zgładziła. Pogodzenie z żydami podawało w wątpliwość sam sens chrześcijaństwa - dla wielu wciąż religii programowo "antyżydowskiej".

        Przyszły papież Benedykt XVI jeszcze za życia Karola Wojtyły uznał za niezbędne, by podkreślić z mocą: zbawienie przyjdzie wyłącznie przez Kościół katolicki. Można sądzić, że Jan Paweł II się z tym zgadzał - ale ów Kościół postrzegał znacznie szerzej. Na przykład wierząc w działanie Łaski również poza Kościołem.

        Wielkim paradoksem jest, że człowiek owszem bardzo skomplikowany i niewolny od wad - na przykład patologicznie niepunktualny - ale w pewien sposób wyprzedzający swe czasy, zostanie pogrążony przez konserwatystów rękami liberałów. Usiłował ich w pewien bardzo skomplikowany sposób pogodzić. Czy poniósł klęskę?

        To jest istota sprawy. Jeśli zapamiętamy go jako tego, kto próbował ludzi łączyć, przesłanie Jana Pawła II nie zginie. Nawet jeśli on sam świętym Kościoła nie zostanie.

        Magda Hartman
        www.pardon.pl/artykul/5644/jan_pawel_ii_-_swiety_czy_grzesznik
        • Gość: * Re: Jan Paweł II - święty czy grzesznik??? (2) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.08.08, 22:19
          Sam Watykan ma poważne wątpliwości ku temu, by wzniesienie JP2 na ołtarze nie
          okazało się w najbliższej przyszłości czymś, czego należało by za wszelką cenę
          uniknąć dla powagi Watykańskiego Kościoła.

          Dla mnie Pius XII, Wyszyński i JP2 są siebie godni :((
    • Gość: * JP2 świętym na święty nigdy? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.07.08, 15:47
      Potwierdzają się pogłoski, o których pisaliśmy w kwietniu - osoby w polskim
      Kościele dobrze poinformowane zawsze mówiły, że w najbliższej przyszłości
      beatyfikacji (uznania za błogosławionego, ale świętość nam bardziej do tytułu
      pasowała) JPII nie będzie. Dlaczego?

      Grunt przygotował 17 czerwca rzecznik prasowy Watykanu, ks. Federico Lombardi.
      W odpowiedzi na pytanie o termin beatyfikacji JPII użył zwrotu "jest to w
      królestwie przyszłości". Mało kto zwrócił wtedy na to uwagę.

      "Wyborcza" cytuje dziś dość jasne słowa osoby najbardziej kompetentnej, czyli
      arcybiskupa Michele di Ruberto, sekretarza watykańskiej Kongregacji ds.
      Świętych - na beatyfikację Karola Wojtyły możemy poczekać jeszcze nawet całe lata.

      W kongregacji nie mamy daty, do której musimy zdążyć. Ojciec Święty
      poprosił nas, żebyśmy także w sprawie papieża Wojtyły przygotowali wszystko
      należycie, czyli bez zbędnego pośpiechu.

      W dokumentach kanonizacyjnych są podobno braki. Oficjalnie opóźnienie tłumaczy
      się skrupulatnością Benedykta XVI, który jakoby jest przeciwnikiem uprawianej
      przez Jana Pawła II seryjnej, często na skróty, produkcji świętych. Tyle że, o
      czym pisaliśmy, sam przez trzy lata kanonizował tyle osób, co Jan Paweł II
      przez... dziewięć.

      A jednak obecny papież wstrzymał na przykład prawie pewną kanonizację bł.
      Matki Teresy z Kalkuty, osoby budzącej wciąż bardzo poważne kontrowersje -
      opisywane choćby przez Christophera Hitchensa. Nie chodzi już tylko o wciąż
      trwające w USA procesy sądowe w sprawie finansowych malwersacji, w które była
      zamieszana.

      Coraz więcej wątpliwości budzi też opublikowana niedawno korespondencja
      błogosławionej. Ujawnia ona dość nieoczekiwane cechy jej charakteru, słabo
      współgrające ze słowem "święta". Jednak nie to jest oficjalnym powodem
      wstrzymania kanonizacji - brakuje jednoznacznego cudu, który można by
      przypisać jej wstawiennictwu.

      Oczywiście Benedykt XVI jest przywiązany do kościelnych procedur i niewiele
      sobie ceni opinię publiczną. A jednak - mogą się pojawić pytania, czy chodzi
      wyłącznie o to. Tutaj, oczywiście, wiele osób wysunie różne przypuszczenia.

      Opisane w większości w monumentalnej i znakomicie udokumentowanej pracy Davida
      Yallopa Potęga i Chwała. W "jądrze ciemności" Watykanu Jana Pawła II.
      Polskiego przekładu opublikowanej w zeszłym roku pozycji wciąż nie możemy się
      doczekać. Czyżby była bombą groźniejszą od "Sąsiadów" i "Strachu"?

      Wprawdzie Luigi Accattoli, watykański komentator "Corriere della Sera" sądzi, że

      Nie powinniśmy mówić o spowolnieniu beatyfikacji Jana Pawła II, bo to nie
      ma nic wspólnego z oceną jego osoby przez Benedykta XVI. Papież chce wypełniać
      prawo kościelne. Kiedy traktuje się je serio, to do beatyfikacji nie da się
      przejść bardzo szybko.

      Jednak to Benedykt XVI uchylił wymóg pięcioletniego oczekiwania na rozpoczęcie
      procedur kanonizacyjnych. On też wygłosił słynne słowa nasz ukochany papież
      stoi w oknie Domu Ojca. Czy zwlekanie Benedykta XVI to tylko zamiłowanie do
      kościelnej biurokracji, czy coś jeszcze?

      Oczywiście na świecie Jan Paweł II, co się skrzętnie przed Polakami ukrywa,
      jest wciąż postacią bardzo kontrowersyjną. Trudno jednak uwierzyć, by miało to
      wpływ na politykę Watykanu. Można raczej przypuszczać, że opór wobec
      kanonizacji pochodzi z całkiem innych źródeł.

      Czy oznacza on odwrót od modelu Kościoła, który papież-Polak propagował? Czy
      w jego osobie i nauczaniu jest coś, co dzisiejszemu Kościołowi nie odpowiada?
      A może chodzi o... ukaranie Polaków? W obliczu bardzo źle we Włoszech
      odebranej afery z relikwiami nie wydaje sie to wcale takie niewiarygodne.

      Sprawa ma bowiem również inny wymiar - krajowy. Co jakiś czas przeżywamy atak
      medialnego entuzjazmu, gdy ktoś rzekomo dobrze poinformowany rzuca jakoby
      potwierdzoną wiadomość - beatyfikacji tylko patrzeć. Już za chwileczkę, już za
      momencik. Kto i w jakim celu to robi? Ciekawie ocenia to ojciec Wacław Oszajca:

      Rozumiem ludzi, którzy wołali "Santo subito!", ale procedury w procesie
      beatyfikacyjnym trzeba szanować. Jeśli przyspieszona beatyfikacja miałaby
      łechtać naszą narodową dumę, sprawiać że pójdziemy w takim kierunku jak
      kiedyś, gdy zamiast słuchać papieża klaskaliśmy mu i śpiewaliśmy, to wolę żeby
      odbyła się później.

      Manipulację osobą Jana Pawła II zarzucił Polakom wprost wybitny watykański
      dostojnik, kardynał Zenon Grocholewski. Prefekt Kongregacji Wychowania
      Religijnego tak mówił w sobotę w Poznaniu:

      Polacy cieszyli się i cieszą wielkim papieżem Polakiem. Chlubili się i
      chlubią nim. Byli i są dumni z niego. Chwalili i chwalą go. Jednym słowem
      śpiewali i śpiewają mu: "Hosanna". Z drugiej zaś strony, gdy chodzi o jego
      nauczanie, niejednokrotnie w życiu prywatnym, społecznym, czy politycznym –
      przewrotnie, czy tłumionym głosem natarczywie wołali i wołają: "Ukrzyżuj go"
      lub manipulują nim dla własnych celów.

      Otwartym pozostaje pytanie: czy w Kościele zaczyna dominować stronnictwo,
      które z jakichś przyczyn, stopniowo, zamierza dyskusję wokół Jana Pawła II
      wyciszyć - i pomóc mu nieodwołalnie przejść do historii?

      Słowem - czy Jan Paweł II przestał być Watykanowi potrzebny?

      Magda Hartman
      www.pardon.pl/artykul/5341/jan_pawel_ii_swietym_na_swiety_nigdy_by_ukarac_polakow
    • Gość: * Seryjna produkcja świętych ma się bardzo dobrze :) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.07.08, 15:50
      Wielu komentatorów zarzucało Janowi Pawłowi II nadmierne fabrykowanie świętych.
      Jednak Benedykt XVI nadał temu terminowi nowe znaczenie: przez niespełna 3 lata
      beatyfikował tyle osób, co poprzedni papież przez... dziewięć.

      Ogłaszany przez urzędującego papieża akt beatyfikacji oznacza pewność Kościoła,
      że dana osoba jest już zbawiona - a więc, że jej dusza przebywa w raju.

      Ktoś niewtajemniczony mógłby zapytać: dlaczego decyduje o tym Kościół? Czy nie
      jest to przypadkiem działka Pana Boga?

      Otóż nie. Doktryna katolicka głosi, że w Kościele obecny jest Duch Święty, zatem
      decyzje Kościoła są poniekąd decyzjami samego Boga. A raczej, że Kościół do
      pewnego stopnia zna wolę bożą.

      Oczywiście osoba cyniczna może powiedzieć, że otwiera to drogę do niesamowitych
      nadużyć. Procesy beatyfikacyjne powinny być niezwykle skrupulatne, jednak
      czasami są farsą. Jak na przykład legendarnego twórcy Opus Dei Josemarii de
      Balaguera, w roku 1992.

      Procedura wymaga na takim procesie obecności świadków za i przeciw. W przypadku
      de Balaguera było 91 świadków za, oraz... jeden przeciw. W dodatku wszysycy
      świadkowie, co ujawniono później, byli członkami Opus Dei.

      Jeśli ktoś przebywa w niebie, można się do niego modlić: ale tylko o
      wstawiennictwo u Boga, tak jak do Matki Boskiej. Oraz oddawać szeroko pojętą
      cześć. Choć w Polsce cześć można oddawać i za życia.

      Występują święci lepsi i gorsi. Beatyfikacja, czyli ogłoszenie kogoś
      błogosławionym, jest równoznaczna z wydaniem zgody na kult lokalny danej osoby.

      Kanonizacja jest niejako drugim stopniem świętości. Następuje wtedy, gdy kult
      wykracza poza diecezję. Ogłoszenie kogoś świętym to nakazanie kultu danej osoby
      w całym Kościele.

      Innymi słowy, beatyfikacja i kanonizacja nie różnią się jakościowo - za to są
      odmienne ilościowo.

      Zaś ilość to problem. Bowiem ostatni papieże niezwykle obficie korzystają z
      przywileju, który dawniej stosowany był nader rzadko.

      Jan XXIII beatyfikował raptem pięć osób. Paweł VI - trzydzieści. Jan Paweł II
      już 1338, zaś Benedykt XVI przez niespełna trzy lata pontyfikatu zdążył ogłosić
      błogosławionymi aż 563 osoby. Tempo, trzeba przyznać, niesamowite.

      Jan Paweł II beatyfikował nadspodziewanie dużo osób świeckich. Podkreślał, że
      chce uczynić je przykładem do naśladowania dla laicyzującego się świata. Wśród
      błogosławionych jego pontyfikatu było też dużo kobiet.

      Benedykt XVI wraca natomiast do starej kościelnej tradycji - świętymi zostają
      głównie duchowni. Naturalnie - mężczyźni.

      Można jednak sądzić, że zalew świętych przybierze jeszcze na sile. Watykan
      przygotował specjalną instrukcję dla diecezji - jak prowadzić procesy
      beatyfikacyjne. Jest to wyraźna zachęta do wzmożenia wysiłków.

      Zasadniczo trudno się dziwić. We współczesnym świecie coraz trudniej zachęcić
      żywych do katolickiej wizji świętości.

      Z umarłymi jest o wiele mniej kłopotu.

      Magda Hartman
      www.pardon.pl/artykul/4031/watykan_seryjna_produkcja_swietych
    • Gość: * Były ksiądz oskarża Watykan IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.07.08, 15:57
      Watykan to raj dla bogatych!!!

      Podejrzewany o molestowanie seksualne były włoski ksiądz Pierino Gelmini rzuca
      wyzwanie papieżowi. Widziałem prawdziwe piekło. Watykan to raj dla bogatych!,
      mówi duchowny.

      Ksiądz Gelmini jest we Włoszech nieźle znany, choć niekoniecznie w pozytywnym
      znaczeniu tego słowa. 83-letni były już duchowny został ze stanu kapłańskiego
      zwolniony przez samego papieża Benedykta XVI. Powodem były oskarżenia o
      molestowanie seksualne ze strony podopiecznych z prowadzonego przez niego
      ośrodka dla młodych narkomanów.

      Gelmini twierdzi, że nikogo nie skrzywdził i zamierza tego dowieść przed sądem.
      Tymczasem ostro krytykuje Kościół na łamach dziennika "La Repubblica". Twierdzi,
      że papież już dawno zapomniał o duchowych aspektach swojej misji i prowadzi
      politykę, w dodatku w nie najlepszym wydaniu (cytaty za PAP):

      Odrzucam ideę Watykanu jako centrum religijnego: to centrum polityczne,
      nieraz dwuznaczne i prowadzące na manowce.

      Widziałem prawdziwe piekło na ziemi, mówi były ksiądz. Ale władcy Watykanu nie
      mają pojęcia o problemach maluczkich, bo żyją we własnym świecie:

      Piekło nie istnieje gdzieś tam na tamtym świecie; istnieje tutaj, na tej
      ziemi. Powinni to zrozumieć ci, którzy są w pałacach, w Watykanie, gdzie jest
      najlepszy z możliwych raj bogatych i możnych.

      Jak konkluduje Gelmini, Kościół powinien powrócić do korzeni, do Chrystusa. Bo
      teraz papież więcej uwagi poświęca sobie, niż temu, o co naprawdę chodzi w
      chrześcijaństwie.

      Takie słowa rzadko słychać z ust choćby byłych duchownych. A to całkiem trafna
      diagnoza. Tron Piotrowy to ośrodek polityczny. I to nie od dziś, lecz
      praktycznie od zawsze. Oczywiście, Watykan jak każde państwo musi prowadzić
      politykę. I, jak każde normalne państwo, powinien to czynić z odpowiednią pompą.

      Ale czy to oznacza, że zadania głowy Kościoła mają sprowadzać się do
      przyjmowania zagranicznych gości, wygłaszania oderwanych od rzeczywistości
      przemów i corocznych wyjazdów do Castel Gandolfo? A może... to tylko media
      czegoś nie dostrzegają?

      Marta Wawrzyn
      www.pardon.pl/artykul/4155/byly_ksiadz_oskarza_watykan_to_raj_dla_bogatych
    • edico Strzeżcie się watykańskich szamanów 25.07.08, 16:39
      Krotka historia z życia, było to może jakieś 4-y, 5-ć lat temu w USA
      bodajże w stanie Ilinois, piękny i dobrze utrzymany kościół i
      zabudowania parafialne (plebania szkoła , konwent itp,)na koncie
      parafii kilkaset tys.$, tylko, tylko akt własności na zarząd parafii, a nie KK,
      ot szkopuł, biskupstwo zwraca się do zarządu o przekazanie aktu kościołowi, ten
      odmawia, KK kieruje sprawę do sadu, gdzie przegrywa, teraz zaczynają cie cyrki,
      kościół ekskomunikuje zarząd parafii i odwołuje księdza, parafie znajduje gdzieś
      księdza i ten zaczyna odprawiać, kuria wyrzuca go z kapłaństwa i unieważnia
      wszystkie sakramenty przez niego udzielone, parafia zwraca się do
      Watykanu gdzie to urzędują dwaj Polacy (Jan P2 i Dziwisz, ten nie
      zezwala na spotkanie z papieżem.
      Nie daliście aktu własności? To my nie będziemy was prowadzić do
      nieba, ot co. Do dziś kościół stoi pusty, nic się nie robi.
      Co było dalej, nie wiem, jak jest teraz, też nie wiem.
      Tylko nie myślcie ze to bajki, to nie bajki, to prawda, na
      zakończenie dodam ze była to polska parafia i potomkowie Polaków
      którzy tam mieszkają.
      Morał dopiszcie sobie sami.

      Za: autor "dunajec1".
    • Gość: wf prez. romawia przez komórkem IP: *.chello.pl 02.08.08, 12:56
      akurat prezydent Estonii(ten po prawej) odznaczał Wajdę a tu do naszego prezia
      ktoś dryndnął... , może ktoś z Epidiaskopu ?

      wyborcza.pl/51,75248,5547121.html?i=0
    • Gość: * Zarzuty dla księdza: znęcał się nad Bartkiem IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.08.08, 16:28
      Ks. Stanisław K., były proboszcz parafii w Hłudnie, przyczynił się do śmierci
      13-letniego Bartka - twierdzi prokuratura w Brzozowie. W czwartek duchownemu
      przedstawiła zarzuty.

      Zdaniem śledczych ksiądz znęcał się nad Bartkiem Obłojem, który w połowie
      grudnia ub. r. powiesił się. - Ks. Stanisław K. bił go po głowie, plecach,
      szarpał chłopcem, popychał go. K. oskarżał także chłopaka o kradzież z kościoła
      pieniędzy i smyczy. Groził, że jeżeli Bartek nie przyzna się do winy, to wezwie
      policję, a informacje o tym będzie rozpowszechniał po całej szkole. Księdzu
      postawiliśmy zarzut fizycznego i psychicznego znęcania się nad chłopakiem, które
      przyczyniło się do tego, że 13-latek targnął się na życie - mówi Aurelia Skiba,
      prokurator rejonowy w Brzozowie.

      Ale zarzuty dla księdza nie kończą się tylko na znęcaniu się nad Bartkiem.
      Śledczy ustalili, że duchowny psychicznie i fizycznie znęcał się także nad
      trzema dziewczynkami z "zerówki" ze Szkoły Podstawowej w Hłudnie. - Dziewczynki
      na lekcjach religii także były bite przez księdza po rękach, głowie, plecach i w
      brzuch. Duchowny podnosił je za brodę. Ubliżał im. Wyzywał dziewczynki,
      nazywając je oślicami - dodaje prokurator Skiba.

      Ksiądz nie przyznał się do winy. Odmówił składania wyjaśnień. Grozi mu do 12 lat
      więzienia. Prokuratura nie stosowała wobec księdza żadnych środków
      zapobiegawczych. - Nie było takiej potrzeby, bo Stanisław K. nie ukrywa się -
      twierdzi Skiba. Do tej pory prokuratorzy z Brzozowa przesłuchali około 100 osób,
      m.in. kolegów i koleżanki z klasy Bartka, ich rodziców, nauczycieli i
      mieszkańców Hłudna. Dzieci były przesłuchiwane w obecności psychologa. -
      Niedługo będziemy podejrzanego i pokrzywdzone osoby zaznajamiać z aktami sprawy.
      Jeżeli nie będzie żadnych wniosków dowodowych, to w maju zakończymy
      postępowanie, a potem skierujemy do sądu akt oskarżenia przeciwko księdzu K. -
      słyszymy w prokuraturze.

      Śledczy mają w rękach także opinię biegłego z zakresu grafologii, który badał
      list pożegnalny Bartka. Biegły potwierdził, że chłopak był jego autorem. Bartek
      przed samobójstwem w liście oskarżał proboszcza o bezpodstawne posądzenie go o
      kradzież. Zamazał natomiast wyrazy mówiące, że nie chce już być "gwałcony przez
      tego pedofila". Prokuratura sprawdzała, czy ksiądz molestował seksualnie Bartka.
      - Nie ma żadnych dowodów, by ksiądz molestował chłopca, ani jakiekolwiek inną
      osobę we wsi - twierdzi Aurelia Skiba.

      Ks. Stanisław K. w wigilię Bożego Narodzenia, kilka dni po samobójstwie Bartka,
      na swoją prośbę odszedł z parafii. Rezygnację złożył w przemyskiej kurii i
      została ona przyjęta. Przeniesiono go do parafii w Iwoniczu Zdroju.
      miasta.gazeta.pl/rzeszow/1,34975,5108831.html
      • Gość: anonimka Re: Zarzuty dla księdza: znęcał się nad Bartkiem IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.09.11, 09:52
        Nie liczcie na prokuratora z Brzozowa - wyobraźcie sobie że jako oskarżyciel w sprawie śmierci 22-latka na budowie w Brzozowie na rozprawach sądowych, które trwały 2 lata przeciwko kierownikowi robót nie odezwał się ani razu! To ma być prokurator - śmiech na sali i żenada. Nawet sędzia był zdumiony taką postawą...
    • Gość: * Ksiądz ma zapłacić dwa miliony za wycięte lipy IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 08.08.08, 01:29
      2 162 433,30 zł - tyle musi zapłacić proboszcz Woliborza w gminie Nowa Ruda za
      wycięcie lip na parafialnym cmentarzu. - To jest nagonka prowadzona przez
      tutejszego posła Samoobrony - komentuje ksiądz.
      Lipy, które rosły na cmentarzu od kilkudziesięciu lat, proboszcz wyciął pod
      koniec kwietnia - dwanaście sztuk, o obwodach od 110 do 276 cm. Pozwolenie o
      zgodę złożył dopiero po paru dniach. - Nie będę komentował, to jest nagonka
      posła Samoobrony, ja prawa nie złamałem. Jestem wykończony całą tą historią -
      irytuje się ks. Marek Bordiakiewicz, proboszcz Woliborza.

      W maju do urzędu gminy w Nowej Rudzie przyszedł list od Grzegorza Kołacza,
      b.posła Samoobrony z Woliborza, donoszący o wycięciu drzew. Zaraz po tym gminny
      urzędnik wspólnie z komendantem straży miejskiej pojechali na woliborski
      cmentarz i skrupulatnie naliczyli wedle ministerialnego okólnika: wyszło im 2
      162 433 złotych i 30 groszy kary.

      Taką karę musi zapłacić proboszcz za wycięcie lip bez wcześniejszej zgody
      urzędu. Wedle stawek ustalonych przez ministra środowiska centymetr obwodu lipy
      kosztuje 77,77 zł. Mnoży się go przez obwód oraz współczynnik związany z
      wielkością drzewa (im drzewo okazalsze, tym współczynnik wyższy).

      - To pierwsza taka sytuacja w gminie. Ludzie są świadomi, że zawsze trzeba
      składać do nas wniosek o wycięcie drzewa. No chyba że jest owocowe albo ma mniej
      niż pięć lat - tłumaczy Janusz Król z noworudzkiego urzędu.

      W szufladzie oprócz listu posła Samoobrony trzyma także drugi list, od parafian.
      Prawie 900 osób podpisało się pod listem o umorzenie kary. Bo kwota
      astronomiczna, a księdzem nie kierowała chęć zysku, w dodatku akurat robi
      generalny remont kościoła. Umorzenie byłoby nie prezentem, ale inwestycją w
      zabytki - przekonują parafianie. Sprawa jest rozpatrywana przez Samorządowe
      Kolegium Odwoławcze, do którego odwołał się proboszcz.

      Źródło: Gazeta Wyborcza Wrocław
      miasta.gazeta.pl/wroclaw/1,35771,5560743,Ksiadz_ma_zaplacic_dwa_miliony_za_wyciete_lipy.html|
      Jestem przekonany o tym, że zapłacą tak, jak Paulini - na poziomie 1% własnych
      zobowiązań a resztę "jakoś" się umorzy ;(
    • Gość: rp SPRAY który ochroni dziecko przed księdzem - film IP: *.chello.pl 12.08.08, 13:14
      www.pardon.pl/artykul/5864/spray_ktory_ochroni_dziecko_przed_ksiedzem_zobacz
      • edico Re: SPRAY który ochroni dziecko przed księdzem - 27.11.08, 16:50
        Dobre :)
    • Gość: * Mieszkańcy wsi pobili się z pielgrzymami IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 13.08.08, 20:57
      Mieszkańcy jednej ze wsi w Łódzkiem pobili się z pielgrzymami. Policja
      zatrzymała czterech uczestników bójki.
      Jak poinformowało biuro prasowe Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi do
      zdarzenia doszło we wsi Silnica w powiecie radomszczańskim. Na nocny odpoczynek
      zatrzymała się tam grupa pielgrzymów idących na Jasną Górę.

      Dwa namioty rozstawiono na terenie posesji w pobliżu sklepu, przed którym kilku
      mężczyzn spożywało alkohol. Nie byli oni jednak zadowoleni z obecności pątników
      we wsi. Pielgrzymi nie reagowali na zaczepki. Jak informuje policja, ok. godz.
      2. w nocy z poniedziałku na wtorek będący pod wpływem alkoholu mieszkańcy wsi
      zaczęli demontować namioty i załatwiać na nie potrzeby fizjologiczne. Wtedy
      doszło do sprzeczki a następnie do bójki.

      Do policyjnego aresztu trafiło czterech mężczyzn w wieku od 20 do 22 lat, wśród
      nich jeden z pątników. Wszystkim przedstawiono zarzuty udziału w bójce.
      Skorzystali z możliwości dobrowolnego poddania się karze 8 miesięcy w
      zawieszeniu na trzy lata i grzywny.
      wiadomosci.onet.pl/1806699,11,item.html
      |
      Ot i mamy tych z religijną teorią nadstawiania drugiego policzka :))
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka