es_wu
20.11.05, 11:47
www.ratusz.info/?id_dzialu=0&id_poddzialu=0&id_artykulu=240&full_tekst=1&startowa=1
19.11.2005 10:04 Biznes Wrocławski
Nagły brak spawacza
Nie menadżer, czy prawnik, lecz polski inżynier spawalnik ma największą szansę
na karierę w Europie. Na Dolnym Śląsku nawet zwykły spawacz po 3-miesięcznym
kursie nie ma problemów ze znalezieniem pracy.
Volvo szukało spawaczy poprzez ogłoszenia w tramwajach, a Toyota werbowała
pracowników do pracy w fabryce w Jelczu-Laskowicach na spotkaniach przed
hipermarketami. - Dla nas określone kwalifikacje zawodowe nie są ważne - mówi
Grzegorz Górski z Toyoty. - Liczy się podejście do pracy, chęć działania w
grupie i otwartość na zmiany - wylicza.
Problemów ze znalezieniem pracy nie mają absolwenci szkoleń organizowanych we
wrocławskiej Szkole Spawania firmy BOC Gazy przez Powiatowy Urząd Pracy – po
kursie zatrudnionych zostaje 95 procent uczestników. W tej chwili w ramach
wsparcia unijnego w szkole trwają darmowe 4-miesięczne kursy spawania z nauką
języka angielskiego. Szkoła kształci także spawaczy na zlecenia największych
firm w regionie. Do końca roku przygotuje 60 osób dla Veibullsa i 30 dla
Bombardiera. Stale przeszkala kadrę dla takich firm jak Sitech, Volvo czy
Viessmann.
- Co roku we Wrocławiu wypuszczamy około dwudziestu superspawalników - oblicza
profesor Andrzej Ambroziak kierujący Zakładem Spawalnictwa na Politechnice
Wrocławskiej. - A mimo to dzwonią do nas czasem z jakieś firmy i błagają:
potrzebujemy inżyniera z uprawnieniami europejskimi w ciągu miesiąca. Ale tego
szkolenia przyspieszyć się nie da.
Ten kierunek studiów wymaga nie tyle siły, co czasu. Po pięciu latach na
wydziale mechanicznym, trzeba skończyć roczne studia podyplomowe i zdać
egzamin zewnętrzny - Ale gdybym mogła wybrać kierunek studiów jeszcze raz,
poszłabym na spawalnictwo na politechnice - zwierza się Magdalena Stach,
szefowa wrocławskiej spółki Stemmann Polska, produkującej m.in. pantografy. -
Tytuł europejskiego inżyniera spawalnictwa otwiera drzwi w międzynarodowych
koncernach. To bardzo deficytowa specjalizacja na Zachodzie.
Z wierzchu nie widać
- To są trudne studia. A młodzi chcieliby czasem lekko i przyjemnie studiować
socjologię 3 dni w tygodniu, by w pozostałe się bawić - mówi Zbigniew
Sebastian, prezes Dolnośląskiej Izby Gospodarczej. - Dziś jednak trzeba młodym
ludziom uświadamiać, że jeśli pójdą na popularne prawo, socjologię, czy
marketing i zarządzanie, to z dużym prawdopodobieństwem będą mieli problemy ze
znalezieniem pracy. A może nawet będą bezrobotni - ostrzega szef DIG-u.
Tymczasem po specjalistycznych studiach technicznych mogą zrobić karierę, jako
zarządzający produkcją.
- Inżynier spawalnik jest teraz na wagę złota – przyznaje profesor Ambroziak z
Politechniki Wrocławskiej. - Spawanie stosuje się powszechnie m.in. w
produkcji samochodów, autobusów, przemyśle kolejowym, budownictwie. Po
zakończeniu pracy nie można jednak stwierdzić, czy złącze zostało wykonane
prawidłowo. Tymczasem od spawu zależy np. bezpieczeństwo ludzi np.
podróżujących pociągiem, czy robiących zakupy w centrum handlowym - wyjaśnia.
Inżynier spawalnik to specjalista, który czuwa nad projektowaniem i wykonaniem
spawu. - Nikt nam nie zleci poważnego kontraktu, jeśli nie mamy zatrudnionej
odpowiedniej liczby inżynierów z konkretnymi uprawnieniami – przyznaje
Magdalena Stach ze Stemmanna. - Mało tego, klienci przyjeżdżają do nas na
audyty, by sprawdzić czy mamy odpowiednią kadrę, także tę średniego szczebla -
dodaje.
O specjalistów firmy wypytują także w Szkole Spawania firmy BOC Gazy przy
ulicy Krakowskiej. – Bywa, że urywają się telefony. Firmy dzwonią i chcą
nowych ludzi od zaraz, a szkolenie dobrego fachowca trwa minimum 3-4 miesiące
- mówi dyrektor szkoły Piotr Wierzbicki. Jego zdaniem spawacz ma trudniejsze
życie od lekarza. - Chirurg, gdy skończy studia, może operować niemal
dożywotnio, a spawacz musi odnawiać uprawnienia co 2 lata. Technika
spawalnictwa sprawdzamy co 3 lata, a inżynier stawia się u nas co 5 lat. Jeśli
na dodatek przestaje pracować w zawodzie, uprawnienia tracą moc po 6
miesiącach - tłumaczy. W dodatku uprawnienia kosztują. Certyfikat to wydatek
od 350 do 500 złotych. Za podstawowy kurs spawania trzeba zapłacić 1850 zł. -
Ale jest pewność, że znajdzie się pracę - tłumaczy dyrektor Wierzbicki.
20 tysięcy zł za miesiąc
- Powoli zaczyna być tak, że wszyscy chcą zarządzać, a nie ma komu pracować -
tak sytuację komentuje Magdalena Stach, szefowa Stemmanna. - I to nie tylko u
nas, ale przede wszystkim na Zachodzie Europy - dodaje Zbigniew Sebastian.
- Spawanie to ciężka praca, wymaga i siły i skupienia. No i szkodliwa -
przyznaje Piotr Wierzbicki, szef szkoły BOC. - Na przykład promieniowanie jest
100 razy mocniejsze niż to słoneczne, stąd problemy ze wzrokiem i skórą. Do
tego dochodzą schorzenia płuc - wymienia. Ale skoro bez spawania przemysł nie
może istnieć, bogatsze kraje przenoszą produkcję na Wschód. Problem w tym, że
w tym czasie nasi specjaliści jadą w przeciwnym kierunku. - Właśnie dostałem
zamówienie na 200 spawaczy do Finlandii. Zarobki od 9 euro za godzinę z
zakwaterowaniem i dojazdem - informuje Piotr Wierzbicki. Według niego to jedna
z niższych stawek za granicą.
Maciej Bieliński z Manpowera wie, ile zarabia spawacz w Polsce. Europejskie
minimum, czyli po przeliczeniu 4 tysiące złotych brutto, to w Polsce
maksymalna stawka. Na Zachodzie Europy pensja wysoko wykwalifikowanego
spawacza-frezera z europejskim certyfikatem zaczyna się od 9, a kończy na 15
tysiącach złotych. - W Kanadzie monter konstrukcji stalowych z Polski zarobi
teraz 20 tysięcy złotych miesięcznie - podaje pośrednik na rynku pracy. Stawki
dla inżynierów są porównywalne do zarobków zachodniej kadry menażerskiej.
- Może więc warto mówić młodym, by zamiast studiowania na siłę kodeksu
karnego, nauczyli się obsługi obrabiarki, czy zgłębili tajniki spawania - mówi
prezes Dolnośląskiej Izby Gospodarczej. I dodaje, że nie każdy w tym kraju
musi mieć mgr przed nazwiskiem. We Wrocławiu zlikwidowano technika, które
kiedyś były symbolem solidności i fachowości. - Gdy absolwent mówił, że jest
po technikum Lotniczych Zakładów Naukowych pracodawca zamykał oczy i
podpisywał angaż – wspomina Zbigniew Sebastian. Teraz nie ma nawet
przyzakładowych szkół, a edukacja nie do końca wie, kogo potrzebuje gospodarka.