map4
24.04.06, 12:37
Przyleciałem na Mikołaja Kopernika normalnym, rejsowym samolotem.
Jaja zaczęły się jeszcze przed startem. Normalnie jest tak, że najpierw jest
kontrola bezpieczeństwa, potem przejście graniczne a potem wsiada się do
samolotu. W tym przypadku jednakże tuż za stanowiskiem do boardingu stała
sobie jedna pinda raz jeszcze żądając kart pokładowych oraz porównując dane na
niej z danymi z paszportów. Na moją uwagę, że dziś już dwa razy pokazywałem
paszport raczyła stwierdzić, że "takie przepisy". Na moje pytanie "czyje"
odpowiedziała "polskie". Raczyłem zauważyć, że jak do tej pory ciągle jeszcze
stoję na ziemi Teutonów, a nie moherów, więc stwierdziła, że jeśli ona
papierów nie sprawdzi, to nas nie wpuszczą w przestrzeń powietrzną
rzeczypospolitej drobiowej. Hm. Na takie dictum, przyznam, zareagowałem
rezygnacją. Przecież ona jedynie wykonuje rozkazy ...
Samolot w końcu wystartował, dolecieliśmy, nie zestrzelili nas nawet (żeby
potem nie było, że cały czas tylko narzekam).
Samolot po wylądowaniu na pasie zawrócił po czym z braku dróg kołowania wracał
pod terminal pasem startowym, "pod prąd" rzec by można.
Odbierający mnie z lotniska zapłacili za krótki postój (1 godzina, może dwie)
na niestrzeżonym parkingu 6 zł. Przyleciały dwa samoloty, więc pogranicznicy
otworzyli aż (!) dwa okienka. Kolejka była taka, że ludzie na zewnątrz stali.
Moja torba podjechała do mnie na taśmie wywrócona do góry nogami. Dobrze, że
nie miałem w środku szkła ...
Przy taśmie bagażowej nie uświadczysz ani jednego wózka, więc torby trzeba
targać wzorem ruskich przekupek na targu samodzielnie.
Nic to. W holu tłum spoconych ludzików z kartkami totalnie blokujących
przejście. Przepychałem się, jako i inni, bo cóż innego mi zostało ...
Przed terminalem Bardzo Ważni Kierowcy Limuzyn Bardzo Ważnych Ludzi totalnie
zablokowali podjazd. Policja nie reagowała. Standard. Furgonetka jakiegoś
dostawcy prasy stanęła w poprzek, blokując podjazd dla taksówek z ludźmi
chcącymi odlecieć z Wrocławia. Witajcie w Polsce !
Nic to. Jedziem w stronę miasta. Lot trwał półtorej godziny, dojazd na Psie
Pole z lotniska dwie. Welcome to Poland !
Nie chce mi się strzępić języka narzekając na wrocławskie korki, bo wiem, że
przynudzałbym. Zauważę jedynie, że przebudowę placu Grunwaldzkiego przed
oddaniem do użytku nowych mostów na Odrze (Warszawski i - co jeszcze
ważniejsze - nowe mosty pomiędzy Armii Krajowej i Biskupinem) zaordynować mógł
co najwyżej ktoś o inteligencji pantofelka.
Most im. prezydenta tysiąclecia dwa lata temu prowadził prosto w pole. Dziś
prowadzi tam również. Ewentualnie prosto na cmentarz. Cooool.
Kromera rozgrzebana. Od ruin browaru do Korony jechaliśmy na pierwszym biegu,
powolusieńku, w komorze gazowej produkowanej przez otaczające TIRy. Jedyne pół
godziny. A to wcale jeszcze nie była pora szczytu komunikacyjnego.
No dobra, dojechalimy w końcu.
Pobyt wspominam mile. Znajomi nie zawiedli. Piwo było nawet całkiem całkiem.
Jechałem nawet raz na Leśnicę tramwajem. Co za przeżycie ! Mój fumfel,
kompletnie zwariowany fan survivalu będzie wniebowzięty ! I to za jedyne dwa
złote !
Proponuję uchwałą rady miejskiej wprowadzić obowiązek posiadania kasków przez
pasażerów na trasie do Leśnicy, bo wagonikami rzuca tak, że można sobie
poważnie głowę uszkodzić. Cud, że szyb ludzie tańcząc głowami nie powybijali.
Po minięciu pętli koło glinianek pozostali w tramwaju pasażerowie kurczowo
obydwoma rękoma chwycili się poręczy a siedzący zaparli się szeroko
rozstawionymi nogami solidnie w podłogę. Ja, głupi, zamiast ich naśladować
zacząłem się rozglądać do czegóż oni się przygotowują. Do startu może ?
No i się break-dance zaczął. Po dojechaniu do Leśnicy powitał mnie z
wyciągniętymi rękami Ojciec Święty i z uznaniem muszę stwierdzić, że nie umiem
wyobrazić sobie lepszej lokalizacji dla tego pomnika. Teraz się nie dziwię, że
tam świeże kwiaty leżą. Ja też mu jednego kupiłem, w końcu przeżyłem podróż
tramwajem w jednym kawałku, a głupie siniaki też się kiedyś zagoją.
Sam pomnik też niczego sobie. Ani za duży, ani za mały. Do kompletnego deja-vu
zabrakło mi jedynie honorowej straży połączonych sił harcerzy oraz ludowego
wojska polskiego z bagnetami założonymi na wypolerowane kałachy model połowa
lat 50 ubiegłego wieku.
Pobyt minął zbyt szybko (ach, te godziny spędzone w korkach !) i w niedzielę
trzeba było wracać. Po południu biegł sobie przez miasto jakiś maraton, więc
je profilaktycznie zablokowano. Tyz piknie, tyle, że samolot nie będzie
przecież na mnie czekał.
Nie umiem Wam opisać, jak dostałem się na lotnisko. Jakoś. Jechałem takimi
drogami, których z pewnością nie ma nawet na mapach wojskowych. Ich stan
odpowiadał ich znaczeniu, więc nie dziwię się już, że dwie z dwóch
wrocławskich taksówek, których pasażerem podczas pobytu miałem mieć wątpliwą
przyjemność miały zawieszenie do nadające się do natychmiastowej wymiany.
Szczególnie rozbawił mnie pewien co najmniej dwudziestoletni Ford Sierra
przerobiony na gaz, który na luzie chodził jak rasowy Harley-Davidson,
na dwa gary znaczy się ;-)
No dobra: check-in zrobiłem, bramki minąłem. Było trochę czasu, bo przezornie
wyruszyłem na lotnisko cztery godziny przed wylotem. W hali odlotów wchodziłem
do kibla razem z pewną damą, która wchodząc do damskiego WC aż poprosiła mnie
o poradę: mianowicie w damskim otwiera się pierwsze drzwi oznaczone jako
"damskie WC" a następne drzwi, już wewnątrz oznaczone są jako "męskie WC".
Poradziłem jej, aby zignorowała drugie oznaczenie, bo na pewno mężczyźni
wystraszeni pierwszą plakietką nie przebiją się do drugiej.
Chwilę później zaczęły dawać znać o sobie najtańsze jakie udało się zdobyć
krzesełka w hali odlotów. Dłużej niż piętnaście minut usiedzieć się nie dało.
Przyznam, że ten chwyt marketingowców od lotniskowego baru wywołał mój podziw.
Próbowałem również osiągnąć stan wewnętrznej harmonii owijając się w płaszcz
medytacji, niestety co pewien czas przeszkadzał mi w tym jakiś typ z debilnie
skonstruowanym dzwonkiem, przynajmniej o 20 dB w stosunku do jego własnego
mikrofonu za głośnym, który nieidentyfikowalnymi dla mnie dwoma jezykami coś
usiłował pasażerom terminalu poprzez głośniki przekazać. Nie to, że zero
dykcji, zero akcentu, zero pracy przeponą - on po prostu był mocno ze swej
pracy niezadowolony.
Wyobraźcie sobie, że myślami jesteście już w normalnym świecie, a tu nagle
bim-bam-bom i głos rodem z dworca PKP w komedii Barei wzywa was do
niepozostawiania niczego bez opieki. Potem regularnie było coś o przekładaniu
ostrych rzeczy z bagażu podręcznego do ogólnego. Zrozumiałem, bo powtarzał te
teksty regularnie.
W końcu samolot przyleciał. Wózkowi jeździli tak energicznie, że toboły im się
dwa razy podczas manewrowania z wózków wysypały. Zdziwiło mnie, że we
Wrocławiu Lufthansa ani nie tankuje, ani uzupełnia cateringu. Widocznie
bardziej im się opłaca latać z paliwem i kanapkami załadowanymi w Niemczech na
zapas, niż kupować te towary na wrocławskim lotnisku. Dziwne, ale po tygodniu
we Wrocławiu właściwie już mnie to specjalnie nie zdziwiło.
Wychodząc do samolotu rzuciłem sobie okiem na propagandowy szyld magistratu:
"Wroclaw - the meeting place" wiszący w sali odlotów międzynarodowych i
wybuchnąłem szczerym, niekontrolowanym brechtem prosto w twarz urzędniczki
ponownie podczas boardingu żądającej ode mnie dokumentu tożsamości.
Dziwnie się patrzyła, przyznaję ...
Ogólnie było fajnie.
Kto powiedział, że podróże w przeszłość nie istnieją ?