Dodaj do ulubionych

Coś się kończy...

03.04.05, 18:08
Na pewno znacie tę książkę i ten cytat:
"Coś się kończy... coś się zaczyna..."
Moje zapamiętywanie Papieża zaczęło się w Częstochowie w 1983 roku.
Przejechaliśmy wtedy pół Polski i koczowaliśmy w parku pod Jasną Górą. Były
nas tysiące. Wszyscy zmęczeni podróżą, brudni, ale potwornie szczęśliwi.
Niewiele wtedy rozumiałam, bo i świata znałam niewiele. Ale czułam, że to co
właśnie się dzieje jest najważniejsze na świecie.
Ludzie, którzy mnie otaczali (niby zupełnie obcy) dzielili się ze mną swoim
jedzeniem, brali mnie za ręce, śpiewali, tańczyli i czuwali przez całą noc...
A wszstko po to, żeby choć na małą chwilę zobaczyć (nawet z bardzo daleka)
maleńką postać papieża i usłyszeć jego głos. I najzwyczajniej w świecie
rozpłakać się ze szczęścia :)

To co zapamiętałam potem to Papież widziany z odległości 1 metra.
Gdybym powiedziała, że zupełnie poraziła mnie jego obecność - napewno bym nie
skłamała :)
Przyjechaliśmy do Castel Gandolfo zaśpiewać mu piosenkę prosto z gór, które
tak ukochał. Mieliśmy nadzieję, że do nas podejdzie i pobłogosławi, ale nawet
nie śmieliśmy marzyć o rozmowie. Pewnie dlatego tylko cudem udało nam się
dośpiewać ostatni refren do końca. A on podszedł, kładł nam ręce na głowy i
pytał: Skąd jesteście? Aaa z Nowego Sącza! To koniecznie pozdrówcie ode mnie
góry!!!...
Mówił coś jeszcze ale ze wzruszenia niczego więcej nie zapamiętałam. Stałam
tylko i beczałam jak bóbr. Zresztą nie ja jedna :)

Ostatnie zapamiętywanie miało szczególne znaczenie, bo to nie ja jeździłam za
Papieżem, ale On przyjechał w moje rodzinne strony. Był już wtedy chory.
Ja studiowałam. I chociaż jego pielgrzymka wypadła dokładnie w środku
najgorszych egzaminów - dla mnie (jak zwykle) były rzeczy ważne i...
ważniejsze. Wyruszyliśmy z przyjacielem do Starego Sącza, bo w głowach
kołatała nam myśl, że być może będzie to pożegnanie.
Staliśmy bardzo daleko - ale to nie przeszkadzało. Wystarczyły mi wspomnienia
z Castel Gandolfo (obraz silnego i dobrego człowieka) i poczucie, że gościmy
go u siebie :) Chiałam i musiałam to zapamiętać.

Tu zakończyło się moje zapamiętywanie. Na kolejne pielgrzymki nie pojechałam.
Wiedziałam jakiego Papieża chcę pamiętać. Wiedziałam jaki obraz chcę
pozostawić w sobie na zawsze. Może to niemądre, ale zatrzymałam się 10 lat
temu i tak zostałam...
Jestem słuchowcem :) więc później słuchałam tylko jego słów - do ostatniej
chwili. Ale nie patrzyłam... Nie musiałam i nie mogłam.
Obserwuj wątek
    • ewelimamarcin Re: Coś się kończy... 03.04.05, 18:17
      A czoraj - znów nie zapanowałam nad łzami. Człowiek to jednak dziwne "zwierzę".
      Wie, że wszystko prędzej czy później musi się skończyć, ale nie umie się z tym
      pogodzić. Jednak uczucia nie słuchają rozsądku. A Papież w przedziwny sposób
      potrafił wywoływać w ludziach emocje - których oni sami nie spodziewaliby się
      po sobie.
      ...Zapaliłam świeczkę, która płonęła całą noc. W oknach sąsiadów też paliły
      się maleńkie światełka. Mam nadzieję, że dobrze oświetlały duszy Papieża drogę
      do domu...
      Do domu z którego będzie nad nami czuwał :)
      A więc zaczyna się jego czuwanie i jego opieka nad nami...
      Coś się kończy...
      coś się zaczyna.
      • ewelimamarcin Re: Coś się kończy... 03.04.05, 18:36
        Na razie trudno myśleć o początku...
        Ale jesteśmy tylko ludźmi...
        • ewelimamarcin Re: Coś się kończy... 03.04.05, 18:59
          ...
      • aaaaaaa111 Re: Coś się kończy... 03.04.05, 19:58
        Ja też mam swoje wspomnienia...
        Ale widzę to trochę inaczej...
      • aaaaaaa111 Re: Coś się kończy... 04.04.05, 08:30
        Dziś także paliły się świeczki w wielu oknach.
        Oświetlałay mu drogę do domu...
      • aaaaaaa111 Re: Coś się kończy... 04.04.05, 22:23
        Minął Kolejny dzień, czytam gazety, słucham radia... Czekam
        (Ale już sama nie wiem na co)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka