pomruk
28.08.05, 20:17
Ostatnimi czasy pojawiło się nowe zjawisko: przemiany gospodarcze i
cywilizacyjne były na tyle szybkie, że spora część ludzi znalazła się nagle w
sytuacji, w której ich praca nie jest nikomu potrzebna.
Przykłady: rewolucja komputerowa sprawiła, że wysiłek drukarzy i zecerów nagle
stracił sens - bo wydawca czasopisma z tygodnia na tydzień zdał sobie sprawę z
tego, że może się bez nich obejść.
Ambitny fotolaborant, który kształcił się w chemii, zauważył nagle, że
fotografia cyfrowa czyni jego wiedzę zbyteczną.
Nie wspomnę już o problemie ludzi z PGRów: jak moga odnależć się w nowej
rzeczywistości z wiedzą, czy praktyką, którą nabyli? Co powiedzą,jeśli ktoś
zapyta ich o znajomośc języków obcych, lub- co gorsza - czy znają Linuxa?
Nie jest to problem lokalny (zielonogórski czy np. lubelski), lecz
ogólnoświatowy. Co nie zmienia faktu, że dotyka on nas, może w większym
stopniu niż innych.
No bo co mamy do zaoferowania we współczesnym świecie? Niskie koszta
robocizny? Chinczycy nas w tym przebiją. Wykształcenie? Bez żartów. Wielu
Hindusów jest od nas lepszych, a zadowalają się niższą płacą.
Zdaję sobie sprawę z tego, że koniec epoki industrialnej spowodował załamanie
zapotrzebowania na istniejące dotąd profesje. No dobrze, co dalej? Czy sfera
usług rozwinie się na tyle, by wchłonąć dotychczasowych robotników/pracowników
przemysłu?
I czy te przemiany naprawdę musza stać się dla nas przekleństwem - czyteż może
szansą? W tym sensie, ze gdy atutem Chińczyków będzie niska płaca w przemyśle,
my juz wyjdziemy z tego etapu?
Mam nadzieję, że rozpocznę merytoryczną dyskusję. Taką bez bluzgów, inwektyw,
pisania, kto jest czerwony, a kto fiołkowy.