Jeśli początek nowego roku zapowiada jaki ten rok będzie, to dla mnie rok
2004 upłynie na poznawaniu płyt z 2003 roku, których nie zdążyłem w tymże
roku poznać

I tak oto właśnie dotarł do mnie ostatni album artystki o
imieniu i nazwisku Heather Nova, którego premiera ( albumu, of course, nie
Jej

) miała miejsce już w sierpniu ubiegłego roku.
Lubię tą wokalistkę bo ma bardzo ładny głos, pisze bardzo ładne piosenki, a
co za tym idzie wychodzą jej bardzo ładne płyty. " Storm " nie jest pod tym
względem żadnym wyjątkiem. Nie jest może tak przebojowy ( w sensie... no,
jakby to powiedzieć, czadowym, choć to słowo niespecjalnie pasuje akurat do
tej artystki ) jak " Siren ", nie tak popowy jak " South ", bardziej
wyciszony, spokojny. Już pierwszy utwór zapowiada jak będzie wyglądać
reszta. " Let's Not Talk About Love ", łagodnie zaaranżowany, na gitary
akustyczne, z ładnie prowadzoną melodią, mogłoby to do radia iść. Na
pierwszego singla wybrano jednak " Rivers Of Life ", i rzeczywiście, jest to
chyba najbardziej przebojowy utwór na płycie, z ładnymi dzwonkami w
podkładzie, i refrenem, który od razu po przesłuchaniu chce się zanucić.
Właściwie trudno jednak pisać o poszczególnych piosenkach - same ballady,
dość podobne do siebie, jedne szybsze (" I Wanna Be Your Light "), inne
wolniejsze (... cała reszta

, choć przynajmniej zmienne nastrojowo ( " One
Day In June " ma na przykład bardziej podniosły klimat, coś w tym z bluesa
nawet jest... ). Melodie wychodzą Heather bardzo ładnie, pod tym wzgledem
także nie ma na płycie wyjątku, aranżacyjnie czy wokalnie wpadek również nie
zanotowano. Całość może odrobinę nudzić, ale w moim przypadku niekoniecznie
musi to być wada

Nie będę się więcej rozpisywał, bo nie ma o czym - dobry,
rzetelny album świetnej wokalistki, bez uniesień, zupełnie nieważny, więc
poszukiwaczy nowych Joy Division i inszych rewolucji z pewnością nie
zainteresuje. Jeśli lubicie melancholijne żeńskie, akustyczne granie,
bierzcie w ciemno. Mi się podoba ogromnie.