flakusi
15.01.04, 12:15
Moje niedawne odkrycie. Saksofonista, klarnecista, flecista, jednym słowem
wszechstronnie uzdolniony instrumentalista. Na prawie 3 godzinnym
koncercie /z przerwą, bo sami wiecie, że trzech godzin nieustannego grania,
psychicznie moze nawet meloman nie wytrzymać/ poza świetną grą samego
Surmana, wprawiła mnie w zadumę postawa perkusisty Johna Marshalla. Skąd
tacy "dojrzali" ludzie mają w sobie tyle "pary"? Wnioskuje, że jazz wystarczy
kochać, to chyba taki główny czynnik napędowy.
Może ktoś był na tym koncercie i czuł podobnie.
flaiv