Dodaj do ulubionych

Z cyklu...

17.02.04, 22:36
...‘Zapomniane zespoły’.
Dziś w kilku zdaniach, opiszę Wam jeden z najbardziej niedocenianych zespołów
w historii muzyki. Na myśli mam wspaniały zespół, który powstał w 1969r., a
który nazywał się Blowballs. Zespół ten miał pecha, że nie przebił się do
szerszego grona słuchaczy, na co bez wątpienia zasługiwał. Założył go Roger
Morgan, klawiszowiec. Nie można go w żaden sposób porównywać do gigantów
klawiatury (Emersona, Wakemana), ale swoje potrafił, a co najważniejsze
wyczarowywał wspaniałe klimaty, przepiękne tła, z rzadka wychodząc na
pierwszy plan. Pierwszą płytę zespół wydał w 1970 roku. Obok Rogera skład
zespołu uzupełnili: Terry Pickford - gitara, Jack Samuels - bas, Constance
Ackerley – flet, George Winston-Bowles – perkusja, Richard Jamestown – wokal.
Płyta pt. ‘The Blossoming’ ukazuje jak duży potencjał krył się w muzykach.
Już pierwszy utwór na płycie ‘A New Sunrise’ zapada na długo w pamięci. Uwagę
zwraca bardzo potężne brzmienie mellotronów Morgana. Drugi utwór ‘The
Blossoming’ jest chyba najsłabszy na tej płycie. Jest tu jednak bardzo ładne
solo Ackerley na flecie. A właściwie kilka równoległych linii fletu. Ostatni
na płycie ‘ Lock The Gates’ można albo kochać, albo nienawidzić. Jest to
typowy, wspaniały, rozbudowany, epicki utwór, w którym aż roi się od wielu
pomysłów, zmian melodii i tempa. Jednak ukazuje i odkrywa swe piękno bardzo
powoli, nie od razu. Gra perkusisty Winston-Bowles`a jest tu bardziej
delikatna niż w poprzednich utworach, lekko jazzująca. Muszę jednak
przyznać, że brzmienie gitary Pickforda, jest najsłabszym elementem na
płycie. Nie jest to gitarzysta tego pokroju co Fripp, czy Hackett. Zespół po
wydaniu płyty nie próżnował i jeszcze w tym samym roku (70) w grudniu wydał
kolejną płytę pt. ‘The Garden of Snowballs’. Wydawać się może, że wydanie
dwóch płyt w jednym roku nie jest najlepszym posunięciem. Że muzycy mogą być
wyprani z pomysłów, nic jednak bardziej mylnego. Druga płyta, jest chyba
najlepszą w dorobku tej grupy. Jest to wspaniały koncept album, o
przemijaniu. Bardzo smutna i nastrojowa płyta. Ciekawostką jest fakt, że w
nagrywaniu tej płyty wziął udział znany niemiecki klawiszowiec – Deff Ballin,
który później występował z grupą Tibet. Dograł on do płyty partie Moogów. Na
szczególną uwagę na tej płycie zasługuje utwór tytułowy. Podzielony jest on
na 3 części, pomiędzy częściami znajdują się dwie piosenki. Może i zwykłe,
ale przeurocze (The Meeting Of A Fairy, Winter Tale). Najbardziej dynamiczną
częścią jest część 3 pt. The Garden of Snowballs – Reprise. Stanowi ona
klamrę, rodzaj podsumowania płyty. Zawiera ten utwór najpiękniejsze i
najbardziej charakterystyczne motywy z całej płyty. Które są połączony w
bardzo zmyślny sposób. Sekcja rytmiczna gra tu wspaniale. Niemal Jazz-rock.
Chyba muzycy m.in. Genesis musieli słuchać tej płyty. W końcu oni też w
późniejszym okresie stosowali takie klamry: ) Znacznie lepiej na tej płycie
prezentuje się Pickford, słychać go zdecydowanie mniej, a jego partie są
bardziej przemyślane i nastrojowe. Zespół zdobył się na dosyć oryginalne
posunięcie, Wydał płytę koncertową już po 2 albumach studyjnych. I tak
światło dzienne ujrzał koncert wydany w 1971 roku pt. ‘Live In Dortmund’ na
dwóch LP. Na pierwszej płycie zespół zaprezentował ‘The Garden Of Snowballs’
dużo bardziej rozbudowaną wersję. Jestem ciekawy jak to nagranie prezentowało
się na winylu. Musiało być gdzieś przecięte i rozdzielone na dwie strony. Na
płycie jednak 3 części utworu przechodzą płynnie i bez jakichkolwiek
wyciszeń. Ale podobna sytuacja jest np. z koncertem Hawkwind ‘Space Ritual’.
Druga płyta to dziwny zabieg wg mnie. Bo jak już wspomniałem ‘TheBlossoming’
jest najgorszym utworem z pierwszej płyty i akurat został nagrany na płycie
koncertowej. Co prawda brzmi tu dużo lepiej, ale i tak to nie zmienia faktu,
że wolał bym usłyszeć zamiast niego np. A New Sunrise. Ostatni utwór na
drugiej płycie to Eden Jam, i jak sama nazwa wskazuje jest to bardzo duży
jam, improwizacja, oparta na kilku motywach ze studyjnych płyt. Każdy z
muzyków ma tu swoje 5 minut. Ale trzeba uczciwie przyznać, że solo perkusji
nie robi zbyt dużego wrażenia i jest dosyć nużące. Morgan podczas tej trasy
musiał grać wszystkie moogowe partie Ballina, co wychodzi mu nad wyraz
dobrze. Po tej płycie nastąpił pierwszy rozłam w zespole, odeszła Ackerley.
Być może dlatego, zespół zawiesił działalność na pewien czas. Jednak już w
1974 roku, zespół w uszczuplonym składzie nagrał płytę pt. ‘Illusions’.
Pierwsza sprawa jaka rzuca się w uszy, Jamestown nie śpiewa już z taką pasją
jak na pierwszych płytach. W ogóle jego wokal brzmi trochę inaczej, trochę
gorzej. Pierwszy utwór to ‘Messiah’. Tytuł daje nam do myślenia, że musi być
to jakieś epickie dzieło, niestety jest już odczuwalna zniżka formy. Zespół
zaczął grać ciężej, klawisze zostały bardzo zredukowane (a przecież Morgan
był założycielem grupy!!!), na rzecz gitary. Utwór ma 20min., ale w ogóle nie
robi dobrego wrażenia. Gdyby wyciąć z niego najciekawsze momenty to może by
zostało z tego ok. 6 min. Następne 3 utwory kolejno Do Your Duty, Magical
Signs, Illusion też nie są wiele lepsze. Muzycy może pomyśleli, że ze zmianą
muzyki zyskają nowe, duże grono fanów. Jedynym ratującym tę płytę utworem
jest ‘The Final Farewell’, krótki ale niesamowity. Utwór bardzo energetyczny,
dający nadzieję, że może na następnej płycie będzie dużo lepiej. Płyta jednak
też się nie sprzedawała dobrze. A tytuł ostatniego utworu chyba był proroczy.
Zespół zakończył działalność, na co na pewno miała wpływ śmierć basisty
zespołu. A przyczyną śmierci było przedawkowanie narkotyków. Zespół w latach
90 dokonał reunionu i wydał jedną płytę. Niestety, na temat tej płyty prawie
nic nie wiem. Nie wiem w jakim składzie płyta została nagrana, ani co
reprezentuje. Znam tylko tytuł: ‘Heaven In Your Heart’.
Co ciekawe, znalezienie informacji o tym zespole w internecie graniczy z
cudem. A płyty są wydane tylko w Korei. Z chęcią poczytam Wasze opinie na
temat tego zespołu.

Pzdr
Jos
Obserwuj wątek
    • vulture Re: Z cyklu... 17.02.04, 22:44
      joseph80 napisał:

      > Drugi utwór ‘The
      > Blossoming’ jest chyba najsłabszy na tej płycie. Jest tu jednak bardzo ła
      > dne
      > solo Ackerley na flecie. A właściwie kilka równoległych linii fletu.

      Uważam, że to bardzo dobra kompozycja. Podobne patenty wykorzystali King
      Crimson w "I Talk To The Wind", z tym że ścieżek fletu Ackerley jest więcej.
      Być może wszyscy byli narąbani koksem z realizatorem dźwięku włącznie i efekt
      nie jest zamierzony, ale "The Blossoming" to śliczna, urzekająca i wcale nie
      taka słaba pozycja w dorobku Blowballs.

      > Ostatni utwór na
      > drugiej płycie to Eden Jam, i jak sama nazwa wskazuje jest to bardzo duży
      > jam, improwizacja, oparta na kilku motywach ze studyjnych płyt. Każdy z
      > muzyków ma tu swoje 5 minut. Ale trzeba uczciwie przyznać, że solo perkusji
      > nie robi zbyt dużego wrażenia i jest dosyć nużące.

      Jakbyś tyle brał co on, to by Ci klaskali za samo trafianie w perkusję.

      >w
      > 1974 roku, zespół w uszczuplonym składzie nagrał płytę pt. ‘IllusionsR
      > 17;.
      > Pierwsza sprawa jaka rzuca się w uszy, Jamestown nie śpiewa już z taką pasją
      > jak na pierwszych płytach. W ogóle jego wokal brzmi trochę inaczej, trochę
      > gorzej.

      Dla mnie to nie wokal tylko niby-mocna gitara jest na tej płycie syfem.
      A co do tej ostatniej płyty, czytałem gdzieś, że jest na niej muzyka bardzo
      komercyjna, typu Foreigner (chodzi o ten niby-powrót w latach 90-tych), więc
      nie żałujmy.
      • joseph80 Re: Z cyklu... 17.02.04, 23:22
        vulture napisał:


        > Uważam, że to bardzo dobra kompozycja. Podobne patenty wykorzystali King
        > Crimson w "I Talk To The Wind", z tym że ścieżek fletu Ackerley jest więcej.
        > Być może wszyscy byli narąbani koksem z realizatorem dźwięku włącznie i efekt
        > nie jest zamierzony, ale "The Blossoming" to śliczna, urzekająca i wcale nie
        > taka słaba pozycja w dorobku Blowballs.


        Ooooo, jaka miła niespodzianka. Nie sądziłem, że ktoś będzie znał ten zespółsmile
        Ja akurat 'The Blossoming' uważam za najsłabszy utwór z 2 pierwszych płyt.
        Przed całkowitą klapą ratuje go, już wsponiana, ladna partia fletu. No i jest
        za bardzo przesłodzony. Ale to tylko moje opinie.


        > > Ostatni utwór na
        > > drugiej płycie to Eden Jam, i jak sama nazwa wskazuje jest to bardzo duży
        > > jam, improwizacja, oparta na kilku motywach ze studyjnych płyt. Każdy z
        > > muzyków ma tu swoje 5 minut. Ale trzeba uczciwie przyznać, że solo perkusj
        > i
        > > nie robi zbyt dużego wrażenia i jest dosyć nużące.
        >
        > Jakbyś tyle brał co on, to by Ci klaskali za samo trafianie w perkusję.


        Czyli w tym zespole wszyscy tak dawali w kanał? No ładniesmile



        > Dla mnie to nie wokal tylko niby-mocna gitara jest na tej płycie syfem.
        > A co do tej ostatniej płyty, czytałem gdzieś, że jest na niej muzyka bardzo
        > komercyjna, typu Foreigner (chodzi o ten niby-powrót w latach 90-tych), więc
        > nie żałujmy.


        Ufff... W takim razie dobrze, że nie posiadam jej w swoich zbiorachsmile.


        pzdr
        Jos



        • vulture Re: Z cyklu... 18.02.04, 05:18
          joseph80 napisał:

          > Czyli w tym zespole wszyscy tak dawali w kanał? No ładniesmile

          No chyba przede wszystkim dlatego przestał działać. Skoro muzycy na koncertach
          nie byli w stanie grać z powodu nawalenia, to chyba dobrze nie było. Nie mówiąc
          już o poziomie trzeciej płyty studyjnej - brzmiało to tak jakby Beach Boys
          wzięli się za granie utworów Black Sabbath. A kower Bessie Smith już zupełnie
          jest tam od czapy.

          >
          >
          > > Dla mnie to nie wokal tylko niby-mocna gitara jest na tej płycie syfem.
          > > A co do tej ostatniej płyty, czytałem gdzieś, że jest na niej muzyka bardz
          > o
          > > komercyjna, typu Foreigner (chodzi o ten niby-powrót w latach 90-tych), wi
          > ęc
          > > nie żałujmy.
          >
          >
          > Ufff... W takim razie dobrze, że nie posiadam jej w swoich zbiorachsmile.

          Tę płytę w ogóle mało kto posiada. Ja też jej nie słyszałem i chyba nie chcę.
          • joseph80 Re: Z cyklu... 18.02.04, 22:31
            vulture napisał:


            > Nie mówiąc
            > już o poziomie trzeciej płyty studyjnej - brzmiało to tak jakby Beach Boys
            > wzięli się za granie utworów Black Sabbath. A kower Bessie Smith już zupełnie
            > jest tam od czapy.


            Czyli w jednej kwestii jesteśmy zgodni. 'Illusions' jest do bani. Szkoda, że
            zespół tak szybko się wypalił. Bo pierwsze płyty były bardzo obiecujące.



            pzdr

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka