W zasadzie pomysł na taki wątek podsunęła mi Pixie, która uświadomiła mi dość
istotną rzecz. Większość wykonawców, których słucham, charakteryzuje poczucie
humoru, objawiające się w nagraniach, wypowiedziach, okładkach płyt bądź przy
różnych innych okazjach. W zasadzie ciężko się słucha grup, które same siebie
traktują śmiertelnie poważnie i od początku do końca są dla siebie niczym
eksponat muzealny. Chodzi mi, oczywiście, o zespoły z kręgu hard rockowo-
progrockowego, bo wiadomo, że istnieją zespoły typu Czarno-Czarni,
specjalizujące się w wygłupach, które uważają za śmieszne, ja natomiast piszę
o grupach, które ex definitione nie powinny od razu kojarzyć się z wygłupami.
Moimi faworytami, jeśli chodzi o poczucie humoru, są:
Procol Harum – zespół, który zasłynął monumentalnymi kompozycjami, typu „A
Salty Dog” czy „A Whiter Shade Of Pale” w gruncie rzeczy na większości płyt
umieszcza nagrania w dość żartobliwej konwencji lub też z żartobliwymi
tekstami. „A Rum Tale” czy „Pandora’s Box” albo „Souvenir From Londyn” to
chyba dość dobre przykłady. Oczywiście, nie ujmuję dostojności i powagi
innym, pięknym utworom, ale humor PH, nieco tracący staroświeckością,
naprawdę robi na mnie wrażenie. Poza tym podczas koncertu Gary Brooker
udowodnił, że nie jest zapatrzoną w siebie legendą, tylko człowiekiem z krwi
i kości, który lubi pożartować ze wszystkiego i z siebie też.
Emerson Lake & Palmer – niektórych drażnią wstawki na różnych albumach ELP
(„Jeremy Bender” czy „The Sheriff”

, ale uważam je za miłe urozmaicenie.
Teksty niektórych utworów (chociażby „Karn Evil”

też świadczą o sporym
dystansie wykonawców do własnej twórczości, acz do dziś zastanawiam się, czy
zdjęcie na okładce „Love Beach” to humor zamierzony, czy też niekoniecznie…
szkoda, że w latach 90-tych nic z tego humoru w ELP nie pozostało.
Jethro Tull – dość swobodne teksty, często dwuznaczne lub absurdalnie
śmieszne, cała stylizacja zespołu, wypowiedzi Iana Andersena i w ogóle nazwa
grupy (pochodząca od imienia i nazwiska wynalazcy siewnika) na pewno świadczą
o tym, że Ian Anderson & co lubią się pośmiać. Niedowiarkom polecam
teledyski „Heavy Horses” i „Too Old To Rock And Roll”.
Black Sabbath – tu śmieszne są może nie tyle same nagrania, co cała
stylizacja zespołu na niby-okultyzm, który podchwycili fani, a który samych
muzyków nie interesował, no ale wydanie debiutanckiego albumu w piątek
trzynastego, umieszczanie na okładkach krzyży itp. można traktować wyłącznie
w kategoriach pastiszowo-promocyjnych. Moim faworytem jest okładka wcale nie
takiego zabawnego albumu z Dio, „Heaven And Hell”. Podobnie zabawna miała
być „Technical Ecstasy” (chociaż książeczka jest raczej głupawa). Inną, acz
istotną rolę w humorystycznym aspekcie BS pełni(ł) Ozzy Osbourne, którego
różne wypowiedzi i czyny w czasach bycia w BS i już po mogły doprowadzić do
kolki ze śmiechu (nie chodzi mi o córkę, bo to nie jest śmieszne).
Cream - supergrupa, działająca zaledwie dwa lata, pionierzy hardrockowo-
bluesowych riffów, zasłynęli wprawdzie monumentalnymi dziełami jak „White
Room” czy „Sunshine Of Your Love”, ale w ich dorobku można znaleźć rzeczy
również zabawne, np. stylizowane na Beach Boys „Strange Brew” (jak ktoś
widział w wersji video, to tym bardziej wie, o co chodzi) lub dziwaczne i
pisane chyba na odlocie „Swlabr” (co oznacza: She Was Like A Bearded Rainbow”
Budgie – poczucie humoru przejawiało się w tytułach utworów („You’re The
Biggest Thing Since Powdered Milk” czy „In The Grip Of A Tyrefitter’s Hand”

.
Czy macie podobne odczucia, że wykonawców, reprezentujących gatunki na
pierwszy rzut oka poważne i zasadnicze słucha się lepiej, gdy ukazują swe
mniej „pomnikowe” oblicze? Jeśli jak, to którzy to są i dlaczego? Zaznaczam,
że nie chodzi mi o zespoły nowe, tylko o wykonawców starszych, z kręgu
art/hard.