Gość: negatywista
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
24.09.04, 20:51
Ciekawią mnie Wasze opinie. Moim zdaniem kołyska powoli wraca do formy i
rehabilituje się po nędznym i nudnym "Damnation and a Day" i tandetnym,
kiczowatym "Bitter Suites to Succubi" (doprawdy ciężko powiedzieć, która z
tych płyt jest gorsza, obie niestrawne). "Nymphetamine" jest już pewnym
krokiem w stronę powrotu do klimatu ich najlepszych płyt, który jak gdyby
nagle z nich się ulotnił po wydaniu "Midian". Nie mam złudzeń, że najlepsze
lata mają już za sobą, nie przeskoczą sami siebie, zresztą ich koncept
artystyczny jest dość sztywny i niewiele już im chyba zostało do dodania, ale
ostatnie ich dziełko naprawdę nie jest złe. Momentami naprawdę pełnokrwisty,
zadziorny czad przy "Gilded cunt", łagodnych melancholijnych momentów też nie
brakuje. Nie jest to wzlot na miarę "Dusk and her Embrance" czy "Cruelty and
the beast", ale przywraca zachwianą wiarę w ich poczucie dobrego smaku.