tak sobie myslałam i myślałam, aż się doprowadziłam do obecnego stanu i
stwierdzam, że to w ogóle jakiś skandaaaaaal, żeby ludzie nie wiedzieli, kto
to jest marti pellow. facet, który przez ostatnie 15 lat (no, może nie
ostatnie... do 1996) był wokalistą wet wet wet - niedocenianego zespołu,
który w polsce znany jest tylko z jednego kawałka, najmniej akurat ambitnego
(love is all around). zespół właśnie w 96 rozpadł się a marti rok temu nagrał
solową płytę. i tu moje oburzenie sięga zenitu - album jest rewelacyjny,
bardzo wysokiej klasy pop, z elementami swingu i naleciałościw podobnym
stylu, wokal bez zarzutu, tylko pozazdrościć, teksty współgrają z ogólną
stylistyką... i co? o płycie nikt chyba nie wspomniał nawet dwóch zdań.
wiem, że to było rok temu i w sumie trochę mam spóźniony reflex z tym całym
moim rzucaniem się, ale... musiałam dać upust swoim emocjom

))))
pozdrawiam