Specjalnie na życzenie gościa portalu: Soso (czy to onomatopeja
obrazująca dyskretny chichot japoński?

) gotowa jestem ryzykować kilka
krótkich recenzji plytek Marysi (a niech będzie, że propaganda).Ponieważ w
pewnym sensie nakreśliłam jej imidż w innym wątku, który można uznać za
recenzyjny (chyba że zbyt krotko poddaję Maryske swej bezustannej
lustracji

).
Na początek się przedstawię ( gdzie mi tam do Warszafki na zloty..:
( ) :jestem na wskroś czarna, uwielbiam chóry gospel (anielskie zwłaszcza po
zbyt wystawnym w napoje menu

), czarne murzynskie głosy, oryginalność
ubioru, misterne plecionki na głowach (przoduje pewna młoda wokalistka ze
swoimi “papieroskami”, o której miałam przyjemność napisac już wcześniej, a
ponieważ pisać to ja uwielbiam, drżyjcie nieszczęśni, ewentualnie darujcie
sobie ten wątek

. Nie cierpie jednak zbiorowości muzycznej czarnych- ich
hip-hop z pewnością jest lepszy od białego, ale unikam wszelkiego
hermetyzmu takich środowisk, zreszta tam prymitywnie nadal panuje kult
ciała. Nie o taki klimat czarnych chodzi, a to, że używam słowa “czarny’
wcale nie oznacza, że manifestuje w ten sposób swe przekonania rasistowskie,
białasy . O, przepraszam. Tak, dociekliwe pytanie, pod jaka kategorie
kwalifikuje się Majkel Dzekson, ale o ile mnie pamięć nie myli, była mowa o
tym w innym wątku, dawno- daaaawno.... Więc proponuje odwrócić się od
wizerunku nafaszerowanych mięśniami czarnoskórych zwrotem w tył – widzicie te
szeregi wiernych ubranych w sakramenckie szaty stojących na stopiach przed
ołtarzem? Ta gruba z przodu to ich dyrygent. Że wszyscy sa grubi? A takie są
prawa w chórkach gospel- odpowiednia tusza warunkuje krzepe w głosie,
charakterystyczną dla chórzystów. Własnie w takim chórze uczestniczyła kiedys
wiotka jak trzcina Mariah Carey, wiem, że to nie możliwe, ale ona kiedys
naprawde była wychudzona. I oczywiście warunki głosowe miała najlepsze,
najlepsze by nagrać plytkę, a swe grube koleżanki zatrudnic w chorkach.
Tylko w chórkach, bo czasami zbyt dużo ciała przeszkadza lub wręcz utrudnia
operowanie głebokim oddechem, powiedzmy sobie szczerze- bez kondycji
sportsmena śpiewa się wcale kiepsko. No, a poza tym stępia barwę głosu, co
nie jest jednak nieodwracalne. Dzięki temu chórki mają to charakterystyczne
dla kościelnych brzmienie i biję na głowę wszystkie inne chórki zasilające
artystów innego lub tego samego formatu. Chociaż nie ustepują im chórki
wykonane własnoręcznie (?) przez Maryśkę. Chórki to mój ulubiony element w
składzie aranżalnym utworu, oczywiście, prócz samego konkretnego wokalu. No
tak, gdyby moje pragnienie miałoby się kiedys urzeczywistnic to poprosiłabym
album złożony tylko i wyłacznie z partii głosowych lub krotkich kawałków
zwanych potocznie w srodowiskach fonograficznych jako “interlude”, czyli
wokal na pierwszym planie, gdzies tam w oddali z instrunentrem w tle,
tudzież

)) chórami gospel. . Coś jak piosenka wokalisty, którego imienia
nie pamiętam, jednakże tytul owszem- “Don`t worry, be happy”.
No, dobrze, ale wracając do słusznej sprawy, artystka dorobiła się kilku-
uuunastu już płyt. I tak chronologocznie:
1. 1990 rok- “MariahCarey”
2. 1991 rok-“Emotions” ***
3. 1992 rok- “ MariahCarey- MTV-Unpluged”
4. 1993 rok”- “MusicBox”***
5. 1994 rok – “MerryChristmas”***
6. 1995 rok- “DayDream”***
7. 1997 rok- “Butterfly”***
8. 1998 rok – “#1`s”***
9. 2000 rok- “Rainbow”***
10. 2001 rok-“Glitter”
11. 2002 rok- “CharmBracelet”
Prywatnie posiadam garstkę, niecne siedem z wymienionych wyżej,
oszlakowanych dla poznaki gwiazdeczkami.
A jak to się wszystko zacżęło.
Była sobie kelnereczka z dziurą w bucie.
Gdzieś po obrzeżach kraju szarżował kabrioletem właściciel Sony Music z
siedzibą w Nowym Yorku ( standardowo załóżmy, że tam właśnie mieści się
większość snobistycznego centrum biznesu). Pędził na jakieś ważne słuzbowe,
ekhm, ekhm spotkanie.
Kelnereczka także nie zamierzała się nudzić w terninie słuzbowego spotkania
wcześniej wspomnianego kierowcy , toteż wyłuskawszy z jakiegoś podziemnego
światka zaproszenie z impetem pojawiła się w życiu Tommy`ego Mottoli, bo
takież personalia dostał na wyprawkę. Wręczyła swemu przyszłemu promotorowi
kasetke demo i tyle by go widziała, gdyby facet cierpiał na zapalenie
małzowin usznych lub uszkodzenie bębenków, jednakże Optrzność czuwa i
dziewczyna niezwłocznie trzy lata później, mając w planach wydanie swojej
trzeciej płyty stała ramię w ramię przy boku Mottoli na ślubnym kobiercu.
Dwie wcześniejsze pan Mottola był łaskaw wydać niczego w zamian nie
oczekując, tak się jednak stało, że niedługo cieszył się tytułem
ofiarodawcy. Oboje dziwnym trafem wpadli na pomysł zakochania się w sobie,
mało tego- wspólnie przyłozyli się do realizacji pomysłu, wskutek czego
Mariah już około roku `95 była rozwódką. Ponoć ją więził. Trop w trop
nasyłał swoich bodigartów. Był zazdrosny. Mariah co prawda sfiksowała
dopiero gdzieś po dwutysięcznym , jednakże nie zmienia to faktu, że
natarczywa opieka męża była głównym powodem jej odejścia. Zresztą ponoć
także decydował o walorach jej płyty, co przekładało się na stwierdzenie- w
tym jednym wypadku słuszne- żeby zawsze słuchać męża. A Mariah chciała się
wydostać z klatki, chciała rozwinąć skrzydła regularnie podcinane przez
Mottolę, co w końcu jej się udało i tak narodził się album “Butterfly”,
rocznik `97.
Po uwolnieniu się z pęt małzeńskich Maryska zachłysnęła się wolnością , nie
będę się rozpisywać o szkodliwości zachłystywania się czym kolwiek, jednakże
jak wykazuja badania kliniczne nastepują nieodwracalne zmiany w funkcjach
mózgowych, co oczywiście wcale nie jest przytykiem do nagle spadającej jakośc
jej albumow. Dziwnym trafem “Butterfly”, “Rainbow”, “Glitter” czy
tez “CharmBracelet” są właśnie wskaźnikami tego zachłyśnięcia. I pomimo
tego, że można się przyzwyczaić i znaleźć dobre strony ( jak na przykład
takie, że Mariah podąża za moimi zmieniającymi się preferencjami muzycznymi z
zadziwiającą szybkością, nawet wcześniej niż jestem w stanie je przewidzieć.
Oczywiście, to stwierdzenie jest tylko po części prawdą, bo preferuję
wielorakość stylów ).
Tak w skrócie możnaby przedłożyć historię pani Carey, która jest o wiele
bardziej skomplikowana emocjonalnie, a którą nie omieszkam przenieść na mały
ekran, jak tylko uda mi się zostać wenezuelskim reżyserem
To tyle w tym wątku, ostatnio jakoś tak nagle zaczęłam mieć dużo do
powiedzenia, a to nieelegancko zaprzatać uwagę innych, podczas gdy
nieprzeczytane wątki piętrzą się obok niniejszego.
Dziękuję za uwagę, zjawię się niebawem ( mam nadzieję, że nikt się zbytnio
nie przeraził)
Pozdrawiam
huney