jasiek_natolin
19.05.07, 08:04
Straszno jest,kiedy jazz grzeszy nudą i nijakością...
Wczoraj byłem we wspaniałym miejscu ( szkoda tylko,że nie serwują tam piwa,
miałem wczoraj ogromną ochotę na małego browara, a tam można dostać tylko
herbatkę i słodkie bułeczki), na niesamowicie nudnym koncercie.
Miejsce: podziemia kościoła na terenie bielańskiego Uniwersytetu,
bohaterowie : kwartet Janusza Muniaka.
Cały koncert przebiegał według tego samego, nieznośnego jak ból zęba,
scenariusza: najpierw solówka Muniaka, potem pięć minut dla gitarzysty,
następnie jeszcze krótsze pięć minut basisty, chwila dialogu całego kwartetu
i finał znowu dla Muniaka. Gdyby ten koncert trwał piętnaście minut to nie
miałbym powodów do narzekań,bo muzykami ci czterej kolesie nie są złymi,ale
po kilkudziesięciu minutch trudno było oprzeć się atakowi ziewania.Wszystko
grali na jedno kopyto.
I chociaż kwartet grał prawie jak band Joe Hendersona z cudownej płyty "So
Near, So Far", to jednak to "prawie" wznosi kolosalną różnicę.
This is jazz...Too...