kite.designer
28.04.08, 23:02
Zasiadł na krzesełku. Zwykłym takim, biurowym, żeby się mogł oprzeć
wygodnie. Wyglądał na bardzo zrelaksowanego, muszę powiedzieć. Jak
on grał po _takiemu_ ciemku to dla mnie w dalszym ciągu zagadka - no
ale ja bym tak nie umiała nawet w samo południe w pełnym słońcu. No
a jak on grał, to dla mnie misterium... „Dajcie mi jakiś fortepian,
usiądę sobie. Pogram... a może nawet pośpiewam... mogą być sonaty
Schuberta”.
Zaczać muszę od tego, że ja NIE CIERPIĘ Schuberta. Nie wiem, co mi
biedak był zrobił w moim poprzednim życiu, ale podpaść mi musiał
równo. Ale takiej gratki, jak dwie sonaty (nawet Schuberta)
przepuścić nie umiałam. Nie zawiodłam się. W Sonacie D-dur D.850, w
drugiej części przecudnie miękkie, zatopione piano. W trzeciej
częsci roztańczony, rozbrykany walc. Rzadko odnoszę wrażenie, że
forte nie jest wynikiem użycia TEŻ siły, ale przede wszystkim
spiętrzonych emocji. Druga część koncertu - Sonata B-dur D.960. I tu
mi sie słuchanie trrrochę zacięło. Rubato w pierwszej części
wyrubacone tak, że się dobrze zastanawiałam nad pulsem. Odchwycił
się (jakby powiedział Wańkowicz) w drugiej i trzeciej, w czwartej
były już wyraźnie nieczyste zahaczenia w akordach, ale podejrzewam,
że musiała to być sprawa zmęczenia.
Gdybym się chciała czepiać, to bym stwierdziła, że koncert nie był
perfekcyjny, właśnie przez te nieczyste tony. Ale się nie będę
czepiać, bo całość wywarła na mnie wrażenie nieprawdopodobne. Tam
nie było fajerwerków i grania dla publiki, to było zmysłowe
zaproszenie do świata, do którego przewrotnie nikt nie ma dostępu.
Pozdrawiam, B (Sztokholm)