Dodaj do ulubionych

zakładam nowy wątek - part II

IP: 80.51.237.* 04.11.03, 10:09
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=78&w=3415769&v=2&s=0
w ramach odgrzewania kotletów wyciągam watek sprzed roku...
uważam że był zdecydowanie za krótki
pewnie starych płyt wartych polecenia macie w domach kilka kilogramów


Lonely Is an Eyesore - płyta z kilku powodów wyjątkowa
Jest to wydana w 1987 roku składanka wytwórni 4AD która miała przedstawić
artystów z 4AD w USA - składanki prawie zawsze mi sie nie podobają - a ta
wręcz przeciwnie - jest jedną z moich ulubionych płyt wogóle...
Przedstawia 8 różnych artystów wydających w 4AD ( jest 9 kawałkow - ale Dead
Can Dance ma na płycie 2 utwory) - mimo to płyta jest bardzo spójna.
Utwory zawarte a "Lonely Is an Eyesore" nie znalazły sie na innych płytach -
niektóre z nich zostały przygotowane specjalnie na to wydawnictwo.
Kawłki z tej płyty są w kilku przypadkach jednymi z najlepszych utworów jakie
nagrali artyści przedstawiający się na płycie np: "Acid, Bitter and Sad" -
This Mortal Coil czy "Cut the Tree" - Wolfgang Press. Oczywiście na płycie
dominuje muzyka typowa dla 4AD w latach świetności - niezwykle przestrzenne,
klimatyczne granie TMC pełne smyczków i pluskania w wodzie...wink
czy Protagonist - prawie 9 minutowy kawałek Dead can Dance rozkręcający sie
niczym Bolero Ravel w którym grają przede wszystkim instrumenty dęte. Ale
jest też gitarowy "Fish" Throwing Muses czy oniryczny, jakby
improwizowany "No Motion" Dif Juz .
Co ciekawe , wydawnictwo to ma też wersję video - do każdego utworu
nakręcono film ( piszę film bo to zdecydowanie więcej niż teledyski) -
obrazki są klimatyczne, niektóre czarno-białe, kręcone przez przeróżne
filtry. Strona graficzna "Lonely Is an Eyesore" i wersji audio i video jak
zwykle w 4AD na wysokm poziomnie.

Obserwuj wątek
    • argus1 Arcadium "Breathe Awhile" (1969) 04.11.03, 12:41
      To i ja....
      Muzyka rockowa lat 60/70 tych wyróżnia się specyficzną aurą eksperymentu i
      poszukiwań.
      Niczym nie skrępowana wyobraźnia muzyków przecierała szlaki, którymi i dzisiaj
      często chadzają największe współczesne zespoły. Muzyka nie była skażona
      obliczeniami komercyjnymi. Zespoły często pozostawiały po sobie tylko jedną
      płytą – gdyż konkurencja była tak ogromna, że ciężko było przetrwać na rynku
      kilka lat. Chciałbym przypomnieć jedyny album grupy ARCADIUM - „BREATHE
      AWHILE” z 1969 roku. Podstawowa wersja albumu zawiera 7 utworów, lecz CD
      zawiera dwa bonusy – i choć nie jestem specjalnym fanem bonusów – trzeba
      przyznać jedno – te dwa są znakomite. Płyta ta wyróżnia się niesamowitym
      nastrojem niepokoju. Dwa najdłuższe ponad 10minutowe utwory („I’m on my way”
      i „Birth, Life and death”wink rozkręcają się bardzo powoli – niemal jak jakaś
      mantra, by w odpowiednim momencie wybuchnąć. Album jest nasycony brzmieniem
      organów hammonda – które tworzą piękne, nostalgiczne tło dla popisów dwóch
      gitarzystów. Należy do tych pozornie chaotycznych albumów – szczególnie gdy
      jednocześnie słyszymy solo organów i gitary. Jedno z bonusowych nagrań „Sing
      my song” – to hymn na miarę „A whiter shade of pale” Procol Harum. Zaczyna się
      smutnym tematem na organach – który po chwili podchwytuje reszta zespołu. A gdy
      wchodzi płaczliwy wokal Miguela Sergidesa (lidera zespołu) robi się jeszcze
      piękniej. Coż ten utwór to 4 minuty obcowania z czymś absolutnie wyjątkowym. Z
      taką muzyczna Kleopatrą.
      Zespół umie operować w mistrzowski sposób napięciem – gdy trzeba dowali ścianą
      dźwięku, innym razem ta ściana jest tylko ścianą powietrza – przez którą
      spokojnie możemy dotrzeć do dalszej części utworu. Takie „It takes a woman” –
      znów 4 minuty.... tym razem porywającego rockowego grania - panowie jadą do
      przodu nie zważając na znaki stopu.

      Wszystkim zakochanym w muzyce tamtych lat – ARCADIUM polecam z czystym
      sumieniem. Może ktoś kiedyś przypadkiem na to trafi. Bo ta muzyka zasługuje by
      trafić do większej grupy odbiorców.
      • pixie The United States of America (1968) 05.11.03, 23:27
        Na Arcadium już poluję - to podobno jakiś rarytas jest... a sama polecam inną
        starą płytę, która może być interesująca również dla fanów muzyki najnowszej,
        jako że zespół Broadcast przyznaje się do bezpośredniej inspiracji dokonaniami
        tej grupy.
        The United States of America pochodzi z USA, a konkretnie z Los Angeles. Siłą
        twórczą zespołu był Joseph Byrd, wspólnie z wokalistką Dorothy Moskovitz. The
        USA wydali w 1968 roku swoją jedyną płytę o tym samym tytule, która zapisała
        się w historii rocka poza dobrymi kompozycjami także tym, że jako jedni z
        pierwszych wykorzystywali prymitywny syntezator, tzw. „ring modulator”, który
        później spopularyzowały grupy krautrockowe. Ich muzyka łączy psychodeliczną
        atmosferę z bogactwem dźwiękowych udziwnień, tradycyjne instrumenty w rodzaju
        fletów, trąb, akordeonu, z organami i elektrycznymi skrzypcami. Utwory cechuje
        ulotność i nierealność sennego marzenia. I jak we śnie pojawiają się elementy
        nieprzystające do siebie: muzyka cyrkowa (The American Metaphysical Circus),
        półtoraminutowa partia orkiestry dętej (I Won't Leave My Wooden Wife for You,
        Sugar), czy chór kościelny (Where Is Yesterday). Piękne, zwiewne i nostalgiczne
        fragmenty przeplatane są kpiarskim humorem. Do najlepszych utworów zaliczają
        się rozpoczynający płytę „The American Metaphysical Circus”, śliczne „Love Song
        for the Dead Che” i zamykający całość „The American Way of Love”, którego
        materia nieco przypomina chaos fal radiowych. Na tym albumie spotkała się
        psychodeliczna tradycja z nadchodzącymi latami eksperymentów brzmieniowych z
        wykorzystaniem elektroniki - czego zespół The USA był jednym z prekursorów.
      • ktmajcher Re: Arcadium "Breathe Awhile" (1969) 16.04.04, 21:19

        >Chciałbym przypomnieć jedyny album grupy ARCADIUM - „BREATHE
        > AWHILE” z 1969 roku.

        Płyta faktycznie ciekawa i godna polecenia.

        > Jedno z bonusowych nagrań „
        > ;Sing my song” – to hymn na miarę „A whiter shade of pale”
        > Procol Harum.

        Tu się nie zgodzę, utwór owszem o niesamowitym klimacie, może nawet bardziej
        przejmującym, niż "bielszy odcień bieli", ale bez cech przeboju na taką skalę.
    • kubasa Bruce Springsteen "The Wild, The Innocent.."(1973) 06.11.03, 00:02
      Z Bossem to jest dziwna sprawa. Niby każdy zna te jego największe przeboje
      typu "Born In The U.S.A." czy "Streets Of Philadelphia" mało kto kojarzy jednak
      jego pierwszy, dla mnie fascynujący i genialny okres jego twórczości, a
      mianowicie chodzi o jego dwa pierwsze albumy "Greetings From Ausbury Park, NJ"
      i omawiany "The Wind, The Innocent & The E-Street Shuffle", oba pochodzące z
      tego samego 1973 roku. Płyta to 7 małych opowieści o ludziach i ich problemach.
      O Sandy, O Rosie, o Little Johnnym... Przebogato zaaranżowana (tuba, saksofon,
      akordeon, klawisze) przyjmuje forme piosenkowego, mocno "urockowionego" folku.
      Poza "Born To Run" to mój ulubiony album Bossa. Nie wiem czy to zasługa
      niebanalnych tekstów, nieschematycznych kompozycji, znakomitych aranżacji czy
      głosu Springsteena. W każdym razie nawet po 30 latach robi ogromne wrażenie.
      Wszystkie utwory są doskonałe, ale jeśli musze już jakieś polecić to proponuję
      Kitty's Back, Rosalita i najdłuższe na płycie, prawie 10-minutowe New York City
      Serenade.

      Pozdr.
      • argus1 Museo Rosenbach "Zarathustra" (1973) 06.11.03, 00:37
        MUSEO ROSENBACH „ZARATHUSTRA” (1973)

        W Polsce bardzo często w różnego rodzaju rankingach na rockową płytę
        wszechczasów wygrywa „Enigmatic” Niemena. Takim włoskim „Enigmatic” jest jedyny
        album Museo Rosenbach „Zarathustra”. Ciężko pisać o płycie – wobec której jest
        się całkowicie bezkrytycznym. Która oczarowała od pierwszego usłyszenia i która
        nieprzerwanie czaruje za każdym razem gdy wkłada się ją do odtwarzacza.
        Zachwyca nie nachalny – lecz naturalny liryzm włoski bijący z tej płyty a nie
        mający nic wspólnego z tanim sentymentalizmem. Mellotron, który często wybija
        się na pierwszy plan – chwyta w wielu miejscach mocno za serce i szybko nie
        puszcza. Ogromnym atutem są niesamowicie piękne tajemnicze melodie działające
        bardzo silnie na wyobraźnię. Bardzo ładna i ciekawa jest też barwa głosu
        niejakiego Stefano Galifi. Każdy z instrumentalistów jest bardzo dobry – jednak
        nie jest to płyta z typu „pokażemy wam co potrafimy” bo tu liczy się przede
        wszystkim nastrój. Muzycy ciekawie potrafią bawić się pauzą czy ciszą. Czasami
        słychać tylko dźwięki pianina i mellotronu, potem jak zza mgły wyłania się
        wokal. Trwa to jakąś minutę i nagle... zupełny zwrot akcji- wchodzi perkusja,
        organy hammonda, gitara. Wkrada się szaleństwo i jakaś nieposkromiona żądza
        grania. Ciekawe jest, że tych pięknych melodii jest tu cała masa i nie są one
        ciągnięte w nieskończoność – lecz nie zdąży się człowiek nacieszyć jednym
        cudnym tematem – a już wchodzi następny i tak przez cały album.... Na to
        pozwolić mogą sobie tylko najlepsi. Nawet mocno wyrobione ucho może przytłoczyć
        bogactwo melodii, tematów zawartych na tej płycie.
        Zespół musiał rozwiązać się – choćby z powodu kontrowersyjnych tekstów
        inspirowanych filozofią F. Nietzschego. Ta jedyna płyta jaką po sobie zostawił
        zapewniła mu trwałe miejsce w historii rocka.
        Mój przyjaciel uważa, że to najpiękniejsza płyta jaką w życiu słyszał. Jak dla
        mnie – jedna z najpiękniejszych. Jeżeli istnieje jakaś możliwość wyboru
        podkładu muzycznego, gdy będę szedł po „Schodach - do nieba” – to już
        zamawiam „Zarathustre”. Bo niebo nadal rezerwuję dla „Islands” King Crimson smile
    • pixie Elvis Costello & & #35 8222;All This Useless Beauty& & #35 8221; (1996) 06.11.03, 16:05
      Elvis Costello & the Attractions „All This Useless Beauty” (1996)

      Mogłabym napisać o dowolnym albumie tego pana, ponieważ jest on w Polsce prawie
      całkowicie nieznany, z paroma chlubnymi wyjątkami wink Ostatnio jednak zauroczył
      mnie album „All This Useless Beauty”, który stanowi swego rodzaju ewenement, bo
      składa się z „kowerów” utworów, które Costello napisał wcześniej dla innych
      wykonawców. Mimo, że to bądź co bądź składanka, tworzy wrażenie jedności dzięki
      doskonałej produkcji, a przede wszystkim dzięki wyjątkowej jakości utworów.
      Muzyka mieni się kolorami tęczy. A o czym mówią teksty Elvisa? O życiu, ale od
      tej gorzkiej strony, o rozczarowaniach i cierpieniu, jakie przynosi. Prawie
      szepcze, to znów drżącym od pasji głosem śpiewa tak pięknie, że aż boli.
      Uwielbiam jego chrypkę i tę zgryźliwość, która łagodzi słodycz muzyki. Wśród
      dwunastu utworów można znaleźć zarówno szybsze "rock 'n' rolle", jak i
      nastrojowe ballady. Niejeden muzyk nie powstydziłby się takiego albumu jako
      swojego „The Best of”.
      Dla miłośników remixów: do „Distorted Angel” dobrał się Tricky smile

      --
      „What shall we do
      with all this useless beauty?”
      • soso_soso Re: Elvis Costello 'This year's model' 20.04.04, 06:44
        Costello to rewelacyjna postac i faktycznie poza UK, gdzie jest niemal czczony
        malo popularna. Ale na szczescie sa fani. Ostatnio na okraglo slucham 'When I
        was cruel' z bodaj 2002 ale jak juz polecac Costello i to mniej znanego to
        oszalamiajaca jest plyta 'This year's model'. Wedlug mnie wstep do rocka w
        ogole i rodzaj bibli i przewodnika po naszej wspolczesnej muzyce. Z tej plyty
        mozna sie tak wiele nauczyc o tym, co jest dobre a co nie generalnie w rocku.
        Czapki z glow choc wydana pewnie niemal 30 lat temu.

        Jak to sie je? Plyta zawiera bardzo wiele bardzo prostych i krotkich utworow
        spiewanych z niejaka agresja i pasja. Styl okreslany jest czesto jako punk ale
        jest w tym i sporo angielskiej tradycji z lat 60-tych. Najbardziej porazajaca
        jest chyba prostota brzmienia. Wydaje sie, ze kilku licealistow dorwalo sie do
        kantorka z instrumentami i stawia pierwsze kroki. Ale to zludzenie bo perfekcja
        wykonania mimo maksymalnie surowego brzmienia jest porazajaca. Instrumenty
        nagrane bez poglosu, wszystko z bliska i kawa na lawe. Razem z tekstami i
        swietnym glosem Costello niezapomniany album, po ktorym pozostaje sie na dlugo
        w szoku. I chce sie wiecej tego pana.

        pzdrw

        soso
    • pixie Gryphon "Red Queen to Gryphon Three" (1974) 26.11.03, 23:03
      Podobno najlepszy album Gryphona, co ciekawe - w całości instrumentalny.
      Składają się nań cztery utwory: "Opening Move", "Second Spasm", "Lament"
      i "Checkmate", ilustrujące pewien manewr szachowy. Miejscami muzyka przywodzi
      mi przed oczy obraz smukłych dam w wysokich szpiczastych nakryciach głowy z
      woalem, dworaków w kaftanach, pończochach i butach z wywiniętymi do góry
      czubkami, zaś Gryphon przygrywa im do tańca na różnego rodzaju piszczałkach
      (instrumenty dęte tworzą charakterystyczne brzmienie tej muzyki), instrumentach
      strunowych i bębenkach. Gryphon inspiruje się folkiem, od którego zresztą
      zaczynał swoją działalność, ale przede wszystkim odwołuje się do muzyki
      renesansowej i klasycznej. "Red Queen to Gryphon Three" zaliczam do jednego z
      najpiękniejszych albumów rocka progresywnego, ze względu na unikalne brzmienie,
      subtelność wyrazu, a zarazem dynamikę, która sprawia, że nie sposób się nudzić.
      Warto posłuchać tej muzyki - nie tylko podczas rozgrywania partii szachów.

      Okładka idealnie oddaje nastrój muzyki:
      home.online.no/~schoenen/gryphonb.jpg
    • pixie Amazing Blondel "England" (1972) 28.11.03, 15:47
      Jeśli w czasie rodzinnego spotkania miałabym wybierać między kolędami i
      okolicznościowymi albumami rockowymi, znalazłabym alternatywę w postaci
      albumu „England” Amazing Blondel. Mimo, że tematycznie nie wiąże się z
      nadchodzącym okresem, ta muzyka przynosi spokój, pogodę ducha i prawdziwie
      świąteczny nastrój. Może dlatego, że Boże Narodzenie opiera się na tradycji, a
      Amazing Blondel to jeden z bardziej niezwykłych progresywnych zespołów; trzej
      artyści grają wyłącznie na instrumentach akustycznych i podobnie jak Gryphon w
      dużej mierze inspirują się starą angielską muzyką, poczynając od średniowiecza,
      a kończąc na okresie elżbietańskim (Amazing Blondel to imię ulubionego
      minstrela Ryszarda Lwie Serce). Album rozpoczyna trzyczęściowa suita „The
      Paintings” - najlepsze kompozycje ze wszystkich ośmiu; przypominający
      szanty „Seascape” podoba mi się najbardziej. W „Cantus Firmus to Counterpoint”
      powtarza się wielogłosowe Alleluja - najbardziej „religijna” część albumu,
      bardzo piękna zresztą. Na zakończenie, w „Lament to the Earl of Bottesford
      Beck”, pojawia się partia gotyckich organów. Wokalista ma ładny, dźwięczny
      głos, słychać urocze solówki fletu („Afterglow”wink, rozbrzmiewają akustyczne
      gitary (zwłaszcza w „Sinfonia for Guitar and Strings”wink, często pojawia się
      chóralny śpiew. Wielbicielom folkowego brzmienia Jethro Tull „England” na pewno
      się spodoba. Bo tak naprawdę to płyta na każdą porę roku.

      --
      Sądząc ze zdjęcia na AMG, panowie wyglądali jak trzech krasnoludów, ale wynika
      stamtąd również, że w 1997 wydali nowy album studyjny (wysoko oceniany),
      koncertują i kto wie, czy kiedyś nie zawitają do naszego kraju?
      • Gość: Maciek Makowski Re: Amazing Blondel "England" (1972) IP: *.acn.waw.pl 12.04.04, 18:54
        > Wielbicielom folkowego brzmienia Jethro Tull "England"
        > na pewno się spodoba.

        Nie na pewno. Ja bardzo lubię folkowe produkcje Andersona, a "England" mnie
        drażni. Główny problem to nieudolna harmonizacja melodii
        • pixie Re: Amazing Blondel "England" (1972) 13.04.04, 02:20
          Gość portalu: Maciek Makowski napisał(a):

          > > Wielbicielom folkowego brzmienia Jethro Tull "England"
          > > na pewno się spodoba.
          >
          > Nie na pewno. Ja bardzo lubię folkowe produkcje Andersona, a "England" mnie
          > drażni. Główny problem to nieudolna harmonizacja melodii
    • pixie Carmen "Fandangos in Space" (1973) 29.11.03, 18:34
      Kwintet Carmen składał się z muzyków narodowości angielskiej i amerykańskiej.
      Wokalista, grający również na kastanietach, Roberto Amaral, tańczył wcześniej w
      zespole flamenco, zaś w żyłach znakomitego gitarzysty flamenco, założyciela
      grupy i twórcy większości repertuaru, Davida Allena, płynie aztecka krew.
      Basista John Glascock w przyszłości dołączy do Jethro Tull, a perkusista Paul
      Fenton grywał z Markiem Bolanem. Muzykę Carmen pokrótce można określić jako
      mieszankę hiszpańskiego folku i rocka progresywnego, subtelnie wzbogaconą
      elektroniką. Podczas koncertów Amaral i Angela (siostra Allena), obsługująca
      instrumenty klawiszowe, tańczyli flamenco, a charakterystyczne przytupywanie
      oraz klaskanie stanowią integralną część muzyki. „Fandangos in Space”,
      najlepszy z trzech albumów Carmen, wyprodukował Tony Visconti, współpracujący
      m.in. z Davidem Bowie i Gentle Giant, tworząc z niego arcydzieło. Początkowo
      najbardziej podobały mi się żywsze utwory w rodzaju „Bulerias” czy pieśni
      torreadora - „Bullfight”. Jednak z czasem zauroczyły mnie melancholijna
      opowieść „Sailor Song”, liryczne „Lonely House”, tajemnicze i
      przejmujące „Tales of Spain”, czy nieco funkujące „Stepping Stone”. W
      porywającym trzyczęściowym „Bulerias” klawisze naśladują dźwięki trąbki, w
      środkowej partii artyści klaszczą, tańczą, przeplata się język hiszpański i
      angielski, następnie powraca motyw przewodni, po czym w nagłej ciszy
      rozbrzmiewa namiętny śpiew... ta muzyka nie daje chwili wytchnienia. W połowie
      dynamicznego „Looking Outside (My Window)” rozpoczyna się solo na akustycznej
      gitarze z elektronicznym szumem w tle, po czym następuje chóralne, nieco
      patetyczne, ale wzruszające zakończenie. Powraca w tym utworze melodia
      z „Bulerias” (podobnie jak w finalnym „Reprise”wink i tak cały album wiąże się w
      całość. Wspaniale się słucha jak przenika się rytm kastanietów, klaskanie,
      rockowe pasaże, harmonijny zespołowy śpiew... Unikalna muzyka, w którą warto
      się zagłębić.

      Na tej stronie dowiecie się wszystkiego o Carmen:
      www.fandangosinspace.com/index.shtml
      Można tam zobaczyć fragmenty występu na żywo, a także ściągnąć dwa utwory.
      Polecam!
    • pixie Druid - Toward the Sun [1975] 11.04.04, 12:46
      Odrabiam zaległości, a przy okazji przypominam ten jakże popularny wątek tongue_out

      Mam wrażenie, że wokalista Druid, niejaki Dane, wyciąga wyżej niż Jon Anderson,
      co chyba starczy za rekomendację wink Druid zresztą rozgrzewał publiczność przed
      kilkoma koncertami Yes. W 1975 roku, dzięki wygraniu konkursu zorganizowanego
      przez „Melody Maker”, zespół wydał debiutancki album „Toward the Sun”. Zawiera
      on siedem dobrze skomponowanych i umiejętnie zaaranżowanych utworów. W
      pierwszym z nich - „Voices” - Dane Stevens popisuje się skalą swojego głosu, a
      także znakomitą grą na gitarze elektrycznej, dzielnie sekunduje mu Neil Brewer
      na basie. Te trzy elementy stanowią najsilniejszą stronę grupy. Klawisze
      obsługiwane przez Andrew McCrorie-Shanda skupiają się na tworzeniu nastroju,
      choć kiedy trzeba, Andy potrafi zagrać ładną solówkę. Perkusista Cedric
      Sharpley pozostaje w cieniu kolegów (w przyszłości będzie grał z Gary Numanem).
      Po „Voices” następuje spokojniejsze „Remembering” z cudownymi wokalnymi
      harmoniami. Trzeci z moich ulubionych utworów, zaledwie trzyminutowa
      perełka „Red Carpet for an Autumn”, pasowałby do soundtracku „Legendy”. Druid
      garściami czerpie inspirację z muzyki Yes, ale czyni to na tyle twórczo, że w
      rezultacie otrzymujemy bardzo solidną drugoligową progresję, którą jak
      najbardziej polecam.
    • pixie Thunderclap Newman - Hollywood Dream [1969] 11.04.04, 12:59
      Różne są wersje, jak powstał zespół Thunderclap Newman. Jedni piszą, że był to
      uboczny projekt Pete’a Townshenda (The Who), inni że to dzieło wokalisty i
      perkusisty Johna "Speedy" Keena, który swego czasu pracował jako szofer
      Townshenda, a jego piosenka „Armenia City in the Sky” ukazała się na
      albumie „The Who Sell Out”. Istnieje też wersja, że zespół założył gitarzysta
      Jimmy McCulloch, co jest lekką przesadą, bo miał wtedy zaledwie 16 lat. Skład
      uzupełniał klawiszowiec Andy „Thunderclap” Newman, były pracownik poczty
      (zbieżność z nazwą zespołu nieprzypadkowa), a Pete Townshend udzielał się na
      bandżo, basie i jako producent. W 1969 nagrali album „Hollywood Dream” i może
      dobrze się stało, że na tym poprzestali, bo mam wrażenie, że ledwie starczyło
      im pomysłów na tę jedną płytę. „Something in the Air”, określane jako
      łagodniejsza wersja „Revolution” The Beatles, stało się przebojem nr 1 lata
      1969 w UK. Do zespołu dołączyli Jim Avery na basie i Jack McCulloch (brat
      Jimmy’ego) na bębnach. Niestety, inne single nie cieszyły się uznaniem i zespół
      rozpadł się/został rozwiązany przez Townshenda w 1970.
      Z muzyków najbardziej interesujący wydaje mi się Jimmy McCulloch, którego, mam
      wrażenie, silnie inspirował George Harrison. Później grał on m.in. w Wings, a
      zmarł w wieku 26 lat, na powikłania w związku z zażywaniem. Czasem irytują mnie
      solówki Andy’ego Newmana, za nieustanne powielanie tych samych motywów
      z „Something in the Air”. Jego styl określano mianem honky-tonk – co kojarzy mi
      się z graniem w saloonach. Jako podkład Newman spełnia się doskonale. Do Keena
      nic nie mam, idealnie mieści się w konwencji psychodelicznego wokalu. Brzmienie
      ich muzyki bardzo przypomina łagodną i marzycielską stronę the Beatles i pewnie
      też the Who, na którym jednak słabo się znam. Oprócz wyżej wymienionego, na
      wyróżnienie zasługuje także „The Reason”, „Accidents”, „The Old Cornmill”
      (bardzo dobra gra McCullocha) i „Wilhelmina” (B-side „Something in the Air” –
      uroczo staroświecka piosenka). Może nie jest to genialna płyta, ale fanom rocka
      z lat ‘60 może sprawić dużo przyjemności. Słuchając jej czuje się nastrój
      tamtych lat.

      Biografia Jimmy’ego McCullocha (m.in. bardzo fajne zdjęcie zespołu)
      www.geocities.com/SunsetStrip/Palladium/2214/jmccu_b.htm
    • ktmajcher Re: zakładam nowy wątek - part II 16.04.04, 21:10
      No to ja dodam dwie płyty (może nie bedę o nich się wielce rozpisywał, od
      strony nazwijmy to fachowej, a jedynie od emocjonalnej):
      Spooky Tooth with Pierre Henry 'Ceremony'- usłyszałem to w audycji Beksińskiego
      w drugiej połowie lat 80-tych i wiedziałem, że ta płyta bedzię ze mną na resztę
      dni moich (ale patos), no i po ok. dziesięciu latach, znajomy sprezentował mi
      wypieczoną bułeczkę.
      Płyta ma układ mszy (zresztą w podtytule stoi 'msza elektroniczna') i pełne
      powagi utwory są potraktowane przez niejakiego P. Henry przez różne dźwięki
      znane z dnia codziennego (i nie tylko) - i właśnie ta ingerencja francuskiego
      muzyka awangardowego dodaje moim skromnym zdaniem specyficznego uroku,
      zdecydowanie polecam wrażliwym uszom,
      nie wiem jak ta płyta wypada na tle innych dokonań Spooky Tooth, wiem jedynie,
      że generalnie grali hard rocka...
      rzecz nr 2:
      String Driven Thing "The Machine That Cried" - zainteresowałem się tą płytą
      dlatego, że niejaki Grzesiek Kszczotek umieścił ją w zestawieniu ulubionych
      płyt lat 70-tych i to był strzał w dziesiatkę, ale nie od razu:
      pierwszy kawałek, po prostu czad, wbija w siedzenie i potem po prostu ładnie
      grają, ale wydawało mi sie to za mało, jednak po wielu przesłuchaniach odkryłem
      piękno całości:
      melancholia, piękny głos wokalistki, i przede wszystkim ... skrzypce,
      jak macie kiepski dzień, wszystko Was wpienia to po prostu trzeba tego posłuchać
    • pixie Blackfeather - At the Mountains of Madness [1971] 18.04.04, 16:57
      Swego czasu popularny australijski zespół Blackfeather nagrał w 1971
      debiutancki album „At the Mountains of Madness”, który stał się w ich rodzinnym
      kraju jednym ze sztandarowych dzieł rocka progresywnego. Ponieważ jednak twórca
      repertuaru grupy John Robinson czerpał inspirację z dokonań m.in. Led Zeppelin,
      Hendrixa, Claptona, Free, Chicago Blues i Greensleeves, na albumie króluje
      przede wszystkim cięższa odmiana rocka.
      W skład zespołu wchodzili wówczas wokalista Neale Johns, gitarzysta John
      Robinson, basista Robert Fortescue i perkusista Alexander Kash. Gościnnie
      wystąpił na płycie również przyjaciel Robinsona, niejaki Bon Scott (wówczas
      wokalista we Fraternity), grając na flecie prostym w „Seasons of Change” oraz
      na instrumentach perkusyjnych. Jego kolega z zespołu, klawiszowiec John
      Bissett, udziela się na elektrycznym pianinie w „The Rat”.
      Pierwszy utwór o nazwie takiej jak tytuł płyty, rozpoczyna melorecytacja Johnsa
      pod delikatny gitarowy podkład, opowiadająca historię o czarodziejskim jabłku,
      po zjedzeniu którego narrator przenosi się w inny świat - „at the mountains of
      madness”. Od tej chwili rozbrzmiewa mroczny, dynamiczny hard rock z
      elektronicznymi efektami wzmacniającymi nastrój niesamowitości. Następny
      kawałek „On This Day That I Die”, przynosi, wbrew tytułowi, nieco pogodniejszy
      nastrój i ładną melodię. Jako trzeci następuje najlepszy utwór na płycie -
      „Seasons of Change, Pt. 1” - przepiękna hard rockowa ballada, wzbogacona
      brzmieniem fletu i skrzypiec, w której szczególnie uwydatnia się ostry, nieco
      zdarty (przeziębienie), ale głęboki i potężny głos wokalisty. Pierwotnie
      przeznaczony dla Fraternity, w wersji Blackfeather kawałek ten zawędrował na
      szczyty australijskich list przebojów. W nieco ponad ośmiominutowym
      instrumentalnym „Mangos Theme, Pt. 2” John Robinson popisuje się wirtuozerskimi
      solówkami na swoim Stratocasterze. Egzotyczny, bliskowschodni klimat uzyskano
      m.in. dzięki dźwiękom skrzypiec oraz zapożyczając elementy rytmu z bolera.
      Trwające siedem minut „Long Legged Lovely” daje okazję do
      swobodnego „bluesującego” improwizowania, które zresztą pojawia się na prawie
      całej płycie. Ostatni z sześciu utworów to prawie czternastominutowa suita „The
      Rat” (od jednego z bohaterów filmu „The Good, The Bad and The Ugly” - Robinsona
      najwyraźniej fascynowały westerny). Składa się z pięciu części, przechodzących
      od hard rocka, poprzez blues-rocka (w pewnym momencie Johns sprawia wrażenie
      męskiej wersji Janis Joplin smile, po dźwiękowe eksperymenty, z których największe
      wrażenie robią na mnie iście diaboliczne głosy.
      Przez większość albumu znakomity gitarzysta rywalizuje o uwagę słuchacza z
      zaledwie osiemnastoletnim wówczas wokalistą, którego Robinson określił jako „a
      small guy with a huge voice” smile Zarówno solidna perkusja Kasha, jak i ciężki
      bas Fortescue idealnie dopełniają brzmienia zespołu. Niestety, niesnaski w
      grupie spowodowały, że z oryginalnego składu ostał się tylko Johns, a muzyka
      Blackfeather poszybowała w nieco mniej interesujące muzyczne rejony. Tę płytę
      jednak polecam, zwłaszcza wielbicielom krwistych australijskich steków wink

      John Robinson recenzuje album "At the Mountains of Madness", obnażając przy tym
      wszelkie niedociągnięcia:
      www.geocities.com/~blackfeathermp/mountains.htm
      Historia zespołu:
      www.milesago.com/artists/Blackfeather.htm

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka