bumcykcyk2
13.11.15, 20:08
Tak zwani "ludzie nauki" nieodmiennie ujmują mnie w obejściu manierami rodem z Czechowa.
Każdej prawdziwej i nieprawdziwej "fiszy" gotowi są spontanicznie wylizać odbyt w nadziei na "życzliwe zapamiętanie" i -być może- garść szklanych paciorków rzuconych z pańskiego stołu w przyszłości.
Płaszczenie się, ślinienie i usłużne nadstawianie karku każdej gnidzie stwarzającej pozory dostępu do władzy i pieniędzy było na moim państwowym uniwerku standardem wśród kadry .
Ostatnio mój kumpel zrelacjonował mi w stanie ciężkiego stuporu, że pewien żałosny facio, który wraz z dyrektorem jednostki ochoczo wywalał go z roboty, teraz zadzwonił i wypytywał, czy nie miałby dla niego jakiejś pracy, bo na uniwerku z kasą krucho. Jak gdyby nigdy nic tak sobie zadzwonił i prosił o załatwienie posady! No żesz qrwa mać! Cóż to za kręgosłup moralny tasiemca-obleńca i wszy łonowej w jednym!
Zadziwia mnie służalcza dyspozycja również i u skądinąd rozumnych ludzi, którzy w zetknięciu z oparami 'waaadzy' zawieszają swój intelekt i krytycyzm na kołku. Twierdząc na przykład, że skompromitowany Radzio S. to mąż stanu i idealny nabytek dla Harvardu. Czy naprawdę w tej branży niczym w czeskim dowcipie trzeba mieć zaawansowanego raka żeby szuję nazwać szują?