trudownik
08.08.17, 19:57
Jestem mało zorientowany w (co już jednak zauważyłem) skomplikowanych zasadach finansowania polskiej nauki, ale, jak rozumiem, za publikacje dostaje się punkty, które mają znaczenie dla parametryzacji jednostki, co ma z kolei wpływ m.in. na dotację dla danej jednostki (mam nadzieję, że ww. tok myślenia jest prawidłowy?). Punkty za publikacje to po prostu pieniądze dla jednostki?
Stąd mamy szalejącą na uczelniach punktozę i nacisk na kolekcjonowanie punktów. Zaobserwowałem, że coraz częstszym skutkiem tego nacisku jest autoplagiat, bo przecież tak najłatwiej i najszybciej można zdobyć dużą ilość punktów; po prostu pisać dużo o tym samym. Przecież autoplagiatować można bez końca, można n-razy pisać o tym samym i zbierać n razy pkt a jednostka otrzymuje za te punkty n *r/t +24 PLN. Ew. może jeszcze opłacają się jakieś machinacje ze współautorstwem....
Ale skoro za punktami "idą" pieniądze - czy nikt nie będzie tego weryfikował? No właśnie, kto mógłby być zainteresowany weryfikacją "jakości" zgromadzonych przez jednostkę punktów? NIK? PAKA? Inne uczelnie, które dostały mniejszą dotację, gdyż miały mniej punktów? Czy to tak działa, że jednostki "konkurują" punktami o pieniądze?
Pytam dlatego, że dla mnie ten system jest absurdalny; jednostkom najbardziej opłaca się zatrudnić na 2-3 lata "nabijacza punktów". Optymalnie jest chyba zatrudnić albo inaczej zdobyć afiliację od "młodego" doktora, żeby "przerobił" swój doktorat na miliard punktów (broń Boże nie na monografię - tylko 25 punktów, ale raczej na 25 artykułów z doktoratu) a następnie na jego miejsce zatrudnić/mieć afiliowanego następnego "młodego" doktora. Warto jeszcze tolerować pracownika - "nabijacza punktów" - nic to, że np. autoplagiatując swój doktorat nie tworzy swojego dorobku. Nie opłaca się natomiast pracownik prowadzący badania, gdyż punkty będą później.
Szczerze pisząc, to aż nie chce mi się wierzyć, że doprowadzono do takiego absurdu, więc może ja się mylę i czegoś nie rozumiem? (to nie jest sarkazm, to po prostu :0).