ansu22
04.09.07, 19:52
Mój mąż umarł nagle, rozmawiałam z nim w poniedziałek,byłam poza Warszawą,
dzwoniłam, był w dobrym nastroju, czekał jak przyjadę. We wtorek już nie żył.
Nie zdążyłam przyjechać. Nie mogę sobie poradzić z tym, że mnie przy nim nie
było gdy odchodził. Ale zawał był szybszy niż ktokolwiek. Był, wciąż jest moją
największą miłością, moim przyjacielem. Jego rzeczy są w domu, tak jak je
zostawił. Okulary, garnitury, bluzy i buty. Wszystko. Jego zapach, jego
ulubiona woda, maszynka do golenia. Nie mogę nic zrobić. Jestem już więcej niż
dwa miesiące po jego śmierci w pełnym paraliżu. Mimo, że pracuję, a właściwie
udaję, że coś robię myśl jest tylko jedna. Dlaczego? Dlaczego zdrowy, silny,
wspaniały, pełen radości życia, z planami na przyszłość, pogodny dlaczego
odszedł ? Nie mam odpowiedzi na to pytanie. Tym bardziej, że nic nie
wskazywało, że coś może się stać. Był lekarzem, wiedział wiele , nie przewidział?
Ja nie mogę i nie chę już żyć. Znajomi wysłali mnie do psychiatry, jednego,
potem drugiego. Każdy dał mi mnóstwo leków po których czułam się jak worek do
kopania. Nie reagowałam na nic. W końcu zostawiłam te leki, jest jeszcze
gorzej. Szukam jakiegoś psychologa. Dobrze że trafiłam na to forum, może z
wami porozmawiam. Nie mam dzieci, nie mam dla kogo żyć. Nie chce mi się już.
Najchętniej poszłabym za nim ale on nie chce mnie jeszcze zabrać. Widziałam go
we śnie. Mówił mi zrób to, zrób to. Czy mam popełnić samobójstwo? Ale ten strach.
Napiszcie mi proszę co robić? Gdy nie ma siły na nic. Boję się ludzi. Boję się
wyjść do sklepu, na spacer. Jedynie jazda samochodem do pracy i do domu, do
czterech ścian i wyję, wyję, wyję z bólu.