quant34
18.10.10, 18:10
Czy wolimy, żeby Amerykanie byli postrzegani jako naród walczący z terroryzmem, czy jako naród przyjazny, z którym warto robić interesy? - pytał jeden z doradców Obamy w maju, kiedy nowa Strategia była ogłaszana.
To zdanie oddaje kwintesencję problemu. Ofiary ofiarami, oburzenie oburzeniem, ale pieniądze stoją ponad wszelkimi motywacjami i wartościami. Okazało się bowiem, że totalna wojna z islamskim terroryzmem oznacza ni mniej ni więcej jak wojnę z islamem, a to się już nie opłaca ponieważ wyznawcy islamu kontrolują zbyt wiele bogactw, na których można zarobić. I tyle na temat wielkiej amerykańskiej wojny z terroryzmem i równie wielkiego oburzenia na terrorystyczne wybryki wyznawców islamu. Kiedy amerykańskie firmy zaczęły tracić pieniądze z powodu niechęci ze strony ich partnerów w krajach arabskich, nagle islam okazał się religią miłości, a mordercy podkładający bomby i porywający samoloty - "ekstremistami" nie mającymi nic wspólnego z tą jakże sympatyczną i pokojową religią. Zaraz się okaże, że wszyscy owi "ekstremiści" byli bez wyjątku ateistami, a religia islamu nie miała żadnego wpływu na ich poczynania. Kasa to jednak potęga, której nawet religia nie da rady.