maruda.r
29.11.06, 22:03
Pytanie zdaje się najważniejsze: końcem czego jest rozwód?
- Definicji nie ma też w żadnej ustawie - mówi mecenas Urszula Parulska. - To
oczywiście prowadzi do sporu w doktrynie. Jak dotychczas spór ten nie został
rozstrzygnięty.
**********************************
Jakiego sporu w doktrynie? Z artykułu wynika, że sądy (państwo) zabierają się
za sprawy, które powinny pozostawać w wyłącznej gestii małżonków. Bagatelizują
natomiast te, które powinny rozstrzygać.
To tak, jakby państwo wbrew zdrowemu rozsądkowi nakazywało trwać np. spółce
cywilnej, prowadzącej działalność - bez względu na to, że firma przestała
przynosić jakiekolwiek dochody, bo nie ma zapotrzebowanie na jej usługi, a
wspólnicy się nienawidzą. Więc sąd utrzymuje ową firmę, zamiast orzekać w
sprawie rozstania się wspólników i podziału majątku (lub długów).
Zdaje się, że wspomniana doktryna wynika z opacznego pojmowania konstytucyjnej
roli rodziny. Owszem, jest ona podstawową komórką społeczną, ale jej status
wynika z umowy dwojga ludzi. Po jej rozwiązaniu, rola państwa powinna się
ograniczyć do ochrony praw każdej ze stron, a we wspomnianych przypadkach
państwo wciąż się powołuje na nieistniejącą już instytucję rodziny.
Ten absurd prowadzi wprost do zmniejszenia roli rodziny w rozumieniu
formalnym. Zalegalizowane małżeństwo nie różni się niczym od konkubinatu, poza
formalnymi gwarancjami odnośnie praw majątkowych. Jeżeli więc państwo z owych
gwarancji robi sobie hecę, to po co w ogóle zawierać związek małżeński,
którego ewentualne rozwiązanie gwarantuje jedynie wstyd i upokorzenie?
Tradycyjna formuła małżeństwa traci na znaczeniu, co potwierdzają statystyki.
Jedyną grupą społeczną, dla której małżeństwo jest jeszcze atrakcyjne, są
osoby o orientacji homoseksualnej.