Dodaj do ulubionych

agent ZZ - przeczytaj i głosuj

07.09.07, 19:52
Ten tekst o agencie ZZ ukazał się w 2004 roku...

Poseł Ziobro z PiS. Prawnik. Były wiceminister sprawiedliwości przy
Kaczyńskim w rządzie Buzka. Członek komisji śledczej badającej aferę
Rywina
i autor przyjętego przez Sejm jej raportu końcowego. Typowany na
ministra
sprawiedliwości - prokuratora generalnego w przyszłym rządzie PO-
PiS.
Historia o tym, jak ów Ziobro czynił sprawiedliwość.

Wpadli do akademika o szóstej rano. Wywlekli Marka K. z łóżka,
rzucili na
glebę. Jego kolegów też. Marek K. nie mówił nic, bo trudno coś
gadać, skoro
mordę ma się wbitą w podłogę. Nawet nie gestykulował; ręce miał
skute za
plecami. Dopiero w komisariacie przy ul. Królewskiej dowiedział się,
o co
idzie.

- Pisało się, co? - zapytał z ojcowską troską oficer. Marek nie
wiedział, co
się pisało. Okazało się, że pisał anonimy, w których żądał okupu i
groził
śmiercią swemu koledze Zbigniewowi Ziobrze. Marek K. oświadczył, że
nigdy
nie pisał niczego do Ziobry. No to skonfrontowano obu panów. Ziobro
mówił
krótko, ale smacznie: W swych zeznaniach i zawiadomieniu o
przestępstwie
powiedziałem, że podejrzewam go jako jednego ze sprawców anonimów,
uważam
tak nadal i jestem w pełni przekonany, że to on, K., wraz z G. są
sprawcami
anonimów żądających złożenia okupu kierowanych pod moim adresem.
(...) z
rozmów przeprowadzonych z nimi tak wywnioskowałem i utwierdziłem się
w tych
przekonaniach. Marek K. niewiele miał na to do powiedzenia: Uważam,
że
pokrzywdzony Ziobro Zbigniew ma zmiany w mózgu. To wszystko, co mam
do
powiedzenia w tej sprawie. Z anonimami nie mam nic wspólnego.

Taki jest środek opowieści o latach młodzieńczych Zbigniewa Ziobry,
dziś
prominentnego posła PiS typowanego na przyszłego ministra
sprawiedliwości. A
początek?

W 1993 r. Zbyszek Ziobro był studentem prawa niczym szczególnym się
nie
wyróżniającym. Od lutego 1993 r. na adres mieszkania, w którym
mieszkał,
zaczęły przychodzić anonimy brzydko wyrażające się o nim i jego
tatusiu, w
PRL prominentnym działaczu PZPR w Krynicy. Potem w anonimach zaczęły
pojawiać się żądania pieniędzy, przy czym wysokość kwot była różna -
od 800
zł do 10 tys. zł. Ziobro nie dał się zastraszyć wcale a wcale.
Poczekał do
grudnia i wówczas złożył doniesienie o popełnieniu przestępstwa. I
nie ot,
tak. On przyniósł policji sprawców na talerzu, żeby się gliny nie
utrudziły
za bardzo.

Jeden ze sprawców to jego serdeczny przyjaciel ze szkolnej ławki w
szkole
średniej, który jakiś czas mieszkał u Zbyszka; drugi to też kumpel.
(...)
straciłem do Jarosława zaufanie - zeznał Ziobro - gdy oddał mi
klucze do
mieszkania i domofonu i jak stwierdziłem, klucz od domofonu nie był
ten,
który sobie dorabiał. Uważałem od tego czasu stracił u mnie zaufanie
i z
mojej strony byłem do niego wewnętrznie mocno sceptycznie nastawiony
(pisownia oryginalna z protokołu policyjnego). W gruncie rzeczy
wewnętrznie
sceptycznie nastawiony do Jarosława Ziobro nastawiony był już
wcześniej,
bo - jak zeznał na rozprawie - nie odpowiadała mi jego postawa wobec
życia,
jego poglądów. Ja znając charakter Jarka podałem mu nieprawdziwą
przyczynę
konieczności opuszczenia mojego domu. Marek K. także nie miał
słusznych
poglądów: według oskarżonego ważne było to, aby używać życia nawet
kosztem
innych. Gdy więc Zbigniew Ziobro zaczął dostawać anonimy i głuche
telefony,
nie musiał daleko szukać, bo od razu wiedział, kto jest sprawcą tych
ohydnych uczynków. Oczywiście, mógł to zgłosić od razu na policję,
ale tego
nie uczynił. Dlaczego? Nie zgłaszałem tego na policję i dlatego, że
nie
miałem zaufania do policji obawiałem się że podejdą do tego
rutynowo.
Chciałem się przeciwstawić w sposób aktywny do działania sprawców.
(...) Od
lipca do grudnia nie składałem zawiadomienia gdyż uważałem, że nie
jestem
raczej zagrożony, dopóki nie pojawią się konkretne żądania. Troszkę
to
nielogiczne, że nie czuł się zagrożony, choć grożono mu śmiercią, a
prawdziwym zagrożeniem stały się dopiero żądania pieniędzy.

Biegły grafolog Antoni Feluś w swojej ekspertyzie nie miał
wątpliwości.
Anonimy były pisane przez Marka K. Sąd Rejonowy w Krakowie skazał
więc Marka
K. na rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na 3 lata. Wyrok został
orzeczony stosunkiem głosów 2:1. Jeden z ławników zgłosił votum
separatum.

Marek K., wciąż nie przyznający się do winy, złożył apelację żądając
innej
ekspertyzy. Sąd przychylił się do prośby. Kolejna ekspertyza
zrobiona w
Instytucie Ekspertyz Sądowych w Krakowie przyniosła odmienne
wnioski:
Uzyskane wyniki badań dają podstawę do stwierdzenia, że
zakwestionowane
rękopisy (...) prawdopodobnie nie zostały nakreślone przez Marka K.
I sąd
okręgowy skierował ponownie sprawę do sądu rejonowego, który
uniewinnił
oskarżonego. Stało to w jaskrawej sprzeczności z przekonaniem
Zbigniewa
Ziobry, że to Marek K. był sukinsynem, który pisał anonimy. Nim
zapadł wyrok
na rozprawie rzucił na szalę ostateczne argumenty. Zażądał, by sąd
jako
dowód dopuścił taśmy magnetofonowe z nagrań rozmów Zbigniewa Ziobry
z
oskarżonym i jego kolegami. Jakich rozmów? Otóż okazało się, że od
momentu
kiedy Zbigniew Ziobro nabrał przekonania, że Marek K., Jarosław G. i
jego
koledzy to zdegenerowane moralnie i poglądowo jednostki, wziął trud
przygotowania dowodów w swoje ręce. Przez kilka miesięcy nagrywał
ich z
ukrytego magnetofonu. Próbował kupić od nich narkotyki, aby było
jasne, że
parają się dilerką. Odmowa sprzedaży miała świadczyć o tym, że chcą
mu dać
skręta marychy za darmo po to, by się uzależnił. Nagrywał rozmowy w
pokojach
akademika i na imprezach, gdzie był zapraszany przez kolegów
uważających go
za kumpla. Pokazywał im wyciągi z konta bankowego po to, by później
w sądzie
powiedzieć, że oskarżony doskonale orientował się w jego sytuacji
finansowej. Mówiąc krótko próbował ich wypuścić stosując zwykłą
cuchnącą
prowokację. Bo on przecież wiedział, kto jest winny. Reszta
nieważna. Gdy
sąd odrzucił wniosek o przesłuchanie taśm, o których Ziobro
przypomniał
sobie po trzech latach, ten wskazał dowód mający doprowadzić do
zwrotu w
rozprawie. Powołał na świadka swojego młodszego brata, który
oświadczył, że
rozpoznaje na pewno, iż głos oskarżonego jest tym samym głosem,
który
usłyszał w telefonie. Sąd zadał tylko jedno pytanie: jakim cudem
może
rozpoznać głos oskarżonego, skoro Marek K. na rozprawie nie odezwał
się do
tej pory ani jednym słowem, a wcześniej młody Ziobro nie znał
oskarżonego?

Ziobro natychmiast złożył odwołanie od wyroku. Sąd okręgowy (wówczas
wojewódzki) wyrok uniewinniający utrzymał w mocy. Koniec? Nie,
przecież
Ziobro wie na sto procent, kto jest winien. Składa kasację do Sądu
Najwyższego. W 2000 r. Sąd Najwyższy nie odmawia wiceministrowi
sprawiedliwości, którym był wtedy Zbigniew Ziobro. Wiceminister,
który sam
znalazł sprawców i doniósł na nich na policję, ogarnięty jest
słusznym
gniewem, budzi respekt. Sąd Najwyższy uchylił zatem wszystkie
dotychczasowe
wyroki i przekazał sprawę do ponownego rozpatrzenia z sugestią, by
wykonano
trzecią, ostateczną ekspertyzę.

Trzecia, rozstrzygająca ekspertyza, została wykonana przez Centralne
Laboratorium Kryminalistyczne w Warszawie przy użyciu
najnowocześniejszych
metod naukowych. Kosztowała 53 tys. zł. Opracowanie to
kilkusetstronicowa
księga, kategorycznie wykluczająca autorstwo Marka K. W marcu 2003
r., po 10
latach rozpraw, Marek K. pomówiony przez Zbigniewa Ziobrę został
ostatecznie
uniewinniony. Wyrok jest prawomocny.
Przez 10 długich lat trwała sądowa epopeja, bo jeden facet ubzdurał
sobie we
łbie i uparł się, że zna sprawcę. Tego przekonania nie były w stanie
zmienić
żadne ustalenia. Wiara Zbigniewa Ziobry w to, że ma monopol na
prawdę, była
tak niezachwiana, że n
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka