maruda.r
29.11.07, 07:01
- Dobry obyczaj tego wymagał. Można było zrobić to na tysiąc sposobów, od
listu z krótką informacją po wysłanie dyrektora jednej kancelarii do dyrektora
drugiej kancelarii - mówi "Gazecie" Paweł Świeboda, szef europejskiego think
tanku DemosEUROPA i b. dyrektor departamentu UE MSZ.
***************************************
Być może. Ale prezydent nie dał żadnych szans na zaistnienie takiego obyczaju
zakładając, że Tusk musi. Nie widzę potrzeby konsultowania decyzji rządu
również z innego powodu - przekazywania spraw posłom PiS i torpedowania przez
nich wszelkich inicjatyw rządu. Bardzo źle wygląda również budowanie
konkurencyjnego ośrodka polityki zagranicznej w kancelarii - bo tak trzeba
odczytywać zatrudnianie Fotygi. Jeżeli nie zaistnieje normalna współpraca
prezydenta z rządem w postaci zwykłego kanału roboczego, to prezydent może
liczyć na formalne informowanie post factum i wyeliminowanie go z polityki.
Czy taki obyczaj istnieje w państwach o systemie parlamentarno-gabinetowym?
Wątpię. To do głów państwa należy uzgadnianie z rządem swoich planów podróży i
wystąpień. Tym bardziej, gdy funkcję kontrolną nad rządem sprawuje parlament,
a nie głowa państwa.
A Tusk wykorzystał jeden z tysiąca sposobów: informując o tym przez media.