papac
07.06.08, 14:29
Podejrzenia, iż rząd premiera Donalda Tuska nie wie, co myśli, zanim nie
powiedzą mu tego jego mentorzy z razwiedki, w ostatnim tygodniu potwierdziły
się w sposób niezwykle spektakularny.
Oto "Gazeta Wyborcza" z jakichści tajemniczych powodów ni stąd, ni zowąd
napisała, że Marynarka Wojenna niedługo nie będzie miała na czym pływać, jak
wybudowane za Władysława Gomułki okręty, z honorem legną na dnie Bałtyku.
Najwyraźniej zaskoczony tymi rewelacjami minister obrony narodowej Bogdan
Klich oświadczył, że jeśli te wiadomości się potwierdzą, to wtedy... - i tak
dalej. Jeśli się potwierdzą... Okazuje się, że o kondycji sił zbrojnych
minister obrony dowiaduje się z gazet.
A znowu minister sprawiedliwości pan Ćwiąkalski opracował zapowiadany z
wielkim przytupem projekt nowelizacji ustawy o prokuraturze, który rozdziela
funkcje ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Chodziło mu o to,
żeby w ten sposób izolować prokuratora generalnego od ręcznego sterowania
przez rząd. To znaczy - minister Ćwiąkalski tak mówił, bo gdzieżby tam
razwiedka pozwoliła mu na spuszczenie głównego policmajstra ze smyczy! I
rzeczywiście - wprawdzie prokurator generalny ma być mianowany przez
prezydenta na 6-letnią kadencję, ale - tylko spośród dwóch kandydatów
przedstawionych mu przez ministra sprawiedliwości, któremu z kolei kandydatów
tych stręczą - z jednej strony Krajowa Rada Sądownictwa, a z drugiej - Krajowa
Rada Prokuratorów. W ten sposób każdy kandydat na prokuratora generalnego może
być zatwierdzony przez oficerów prowadzących. Ale na tym nie koniec, bo
zgodnie z zasadą cuius est cognere, eius est tolere, co się wykłada, że ten
kto ustanowił, może też znieść, prezydent może odwołać prokuratora generalnego
przed upływem kadencji, jeśli ten sam zrezygnuje, albo się rozchoruje, albo
zostanie skazany, albo złoży fałszywe oświadczenie lustracyjne, natomiast
premier przy pomocy sejmowej większości - zawsze - bo tak właśnie należy
rozumieć zasady, że w razie odrzucenia sprawozdania, które prokurator
generalny ma przedstawiać premierowi, albo jeśli ten uzna, iż prokurator
generalny "sprzeniewierzył się ślubowaniu", to znaczy - jeśli nie zastosował
się do oczekiwań razwiedki. Od razu widać, kogo prokurator generalny ma
słuchać bardziej, a kogo mniej. Taką ci teraz mamy nową definicję
"apolityczności".
I wreszcie pani minister od korupcji Julia Pitera wystąpiła ze swoim mrożącym
krew w żyłach raportem, jak to ministrowie rządu premiera Kaczyńskiego
szastali publicznymi pieniędzmi przy pomocy służbowych kart płatniczych.
Początkowo w ogóle nie zamierzała niczego ujawniać, bo - jak oświadczyła -
"odechciało się jej", żeby nie denerwować opinii publicznej takimi
potwornościami. Podobnie zachował się pewien rosyjski rewolucjonista, który ...
iskry.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=1684&Itemid=1