timoszyk
16.06.08, 17:57
Ustawodawstwo tego typu jest czkawka gospodarki ubieglej epoki, gdy pracowalo
sie glownie przy tasmie, czy spulchnianiu gleby. Gospodarka obecna jest
gospodarka innowacyjna. Wygrywaja w niej tylko ci, ktorzy wprowadzaja
innowacje, w postaci odkryc naukowych, patentow, wdrazania nowych wyrobow,
oprogramowania, itd. Te zajecia wymagaja wlasciwie ciaglego zaangazowania i
zaleza od tego chwilowego olsnienia, ktore pozwala sprawe, nad ktora pracuje
pchnac naprzod. Moze to sie zdarzyc w kinie, nad rzeka, czy nawet nad kuflem
piwa. By jednak naplywaly nowe pomysly musze byc zainteresowany w ich
nadejsciu, czyli mozliwie duzo myslec o swojej pracy, a wiec liczenie kazdej
jej minuty sensu wielkiego nie ma.
Nie wyobrazam tez sobie lekarza, na przyklad chirurga, odmierzajacego kazda
minute w obawie, czy tez aby nie przekroczyl jakiegos limitu ustanowionego
przez politykow.
A co robic ze sportowcami, aktorami? Przeciez to praca, jak kazda inna. A
pisarze, dziennikarze? Czy ma sie takze do stosowac do nich to ustawodawstwo?
To wszystko nie jest niczym nowym pod sloncem. Wielki nasz pianista Paderewski
pisze w swoich pamietnikach o turnee po Australii, ktora juz w tych dawnych
czasach wprowadzila "postepowe" ustawodawstwo pracy. Gdy cwiczyl wraz z duza
orkiestra, w pewnym momencie odezwal sie szef lokalnego zwiazku zawodowego,
bebniarz i oswiadczyl, ze minal juz czas i nalezy konczyc, bo tak kaza
przepisy. Nie pamietam czym sie skonczyly scysje z tym bebniarzem, ktorego
jedynym zadaniem podczas calego wystepu bylo jeden jedyny raz w beben uderzyc.
W kazdym razie nie uderzyl wlasciwie.
Jakies ustawodawstwo chroniace pracownika przed eksploatacja pracodawcy
powinno istniec, bo moga sie zdarzyc rozne przypadki skrajne. Jednakze bardzo
czesto ustawodawstwo pracy ma w gruncie rzeczy chronic pracownika przed nim
samym. Wole sam decydowac o wlasnym losie.
Waclaw Timoszyk