wscieklyuklad
26.03.20, 16:00
Na jednym z wątków poświęconych wirusowi wklejam maile jakie otrzymuję od kolegów z całego świata - specjalistów z różnych dziedzin medycyny.
Kążdy obserwuje jakieś konsekwencje zakażenia - często objawy niejasne do dyskusji w gronie specjalistów.
Od okulisty, po pulmonologa, od chirurga po lekarza GP. Nowy patogen prowadzi do różnych powikłań narządowych.
Pół biedy, gdy jest się w stanie ocenić stopień uszkodzenia metoda obiektywną.
I tak np. duszność ze spadkiem saturacji, zaburzeniami świadomości, trudnością w oddychaniu dowodzą z reguły uszkodzenia płuc z następstwem podłączenia do respiratora.
Łzawienie i świąd oczu (już wykryto wirusa w łzach) to wskazanie do dospojówkowych leków antywirusowych.
Biegunka i wymioty będą leczone typowe gdyż manifestują się w sposób przejrzysty.
Już same zaburzenia smaku i węchu (a więc konglomerat laryngologiczno-neurologiczny) może świadczyć o zakażeni.
Ale jest jeden narząd, w który wirus uderzył ze szczególną siłą.
Mózg.
I nie mam tu na myśli destrukcji mózgowej tkanki wywołanej faktyczną obecnością tam wirusa (dane odnośnie uszkodzenia centralnego systemu nerwowego poznamy pewnie w przyszłości).
Wirus uszkodził niewiarygodnie wielką ilość ludzi. Uszkodził ich mentalnie, zniekształcając ocenę realiów. Panika gna przez poszczególne kraje prowadząc do działań często dalekich od logicznych.
Facebook obiegają już słitfocie prezentujące żywność kupioną "na wszelki wypadek", a która ze względu na nikłą trwałość zalega dziś wiele śmietników. Panika wiedzie do gwałtownych i absurdalnych działań i dopiero po czasie - gdy choćby szczątkowa refleksja dotrze do "stunned brain" ludzie zaczynają powoli wracać do dawnych nawyków, gdy decyzje podejmowane są w pełni świadomie i na miarę potrzeb.
Wszelkie działające jeszcze punkty usługowe przypominają dziś powstańcze barykady - wejście do Stacji Diagnostyki Samochodów po wewnętrznej stronie zostało odcięte kanapą od kontuaru, a inspektor uzbrojony w rękawiczki jednorazowe odebrał dowód rejestracyjny by oddać go po potwierdzeniu "użyteczności auta w ruchu lądowym".
Przed pobliską miejsca pracy apteką ustawia się co najwyżej kilka osób, oddalonych od siebie nie o metr i nie dwa, ale 5-6 metrów - wiadomo przychodzą tu pewnie tacy, co kupują coś na katarek będąc siewcami śmierci.
Wszyscy zachwycają się subordynacja społeczną - grzecznie siedzą w domu, po ulicach szwenda się procent :przedpandemicznych", a dla tych co w domu, rzekomo największym problemem jest organizacja czasu (jeśli naturalnie nie pracują w nich zdalnie).
A przecież nietrudno pojąć, iż to nie subordynacja wynikająca z obowiązku przestrzegania narzuconych ograniczeń, lecz z przerażenia, by czasem nie natknąć się na kogoś, kto "poczęstuje" chorobą. Są oczywiście tacy, którzy w dupie mają obostrzenia - ci najczęściej uznają, iż komu jak komu, ale im nic nie jest się w stanie złego stać - przykładem młodzież zalegająca bulwary nadrzeczne i pociągająca płyny z jednej butelki krążącej w kółeczku, czy też wysoki jak brzoza a głupi jak koza koszykarz Utah Jazz, który demonstrując luzactwo najpierw wyśmiał przestrogi a następnie - by udowodnić, iż nie wierzy w wirusa poobmacywał dziennikarskie mikrofony co przypłacił chorobą a NBA zawieszeniem rozgrywek.
Przerażający strach przed chorobą/zgonem - widać było i dziś w wolskim Seymie. Każdy tu był dziś potencjalnym "zapłonem" a większość - faktycznie zesrana z przerażenia - przyszła tylko dlatego by wyborca nie zniechęcił się doń przy następnych wyborach, jako że debata miała dotyczyć spraw ważkich społecznie.
Zakończę ten post konkretnym przykładem mózgozjeba z wolskiego poletka.
Pracownicy szpitala przy ul. Karowej nie jeżdżą komunikacją zbiorową, by nie narażać siebie i pacjentek. Za zostawianie auta przed szpitalem płacą po 30 zł dziennie.
- Musimy kombinować. Podzieliliśmy się na grupy, pracujemy rotacyjnie, żeby w razie zakażenia nie pozbyć się całego personelu - mówi Monika Jabłonowska, kierowniczka medycznego laboratorium analitycznego ze szpitala przy ul. Karowej. - Przede wszystkim jednak od dwóch tygodni nie korzystamy z komunikacji miejskiej, by nie narażać się na zagrożenie - dodaje lekarka.
"Nie miałam czasu się kłócić"
Szpital ginekologiczno-położniczy im. Księżnej Anny Mazowieckiej działa przy ul. Karowej na Powiślu. Teren w jego okolicy objęty jest strefą płatnego parkowania. - Od dwóch tygodni razem z kolegami zostawiamy auta w pobliżu placówki i płacimy za strefę ok. 30 zł dziennie. W perspektywie miesiąca robi się z tego spory wydatek, a nie zarabiamy - zaznacza kierowniczka laboratorium. I dodaje: - Część personelu jest na zwolnieniach, bo opiekuje się dziećmi. Jedna z koleżanek w tym czasie odstąpiła mi kartę uprawniającą do zostawiania auta na strzeżonym parkingu przy ul. Furmańskiej. Ale karta jest przypisana do konkretnego auta. Jednego dnia wytłumaczyłam pracownikowi ochrony całą sytuację i wpuścił mnie z uśmiechem, ale następnego dnia w budce był kierownik. Powiedział, żebym spieprzała z parkingu, bo to, co robię, to oszustwo. Nie miałam czasu się kłócić, bo śpieszyłam się na dyżur. Więc dalej płacę za pozostawianie auta na ulicy.
Tak naprawdę to mało mnie rusza, czy to mózgozjeb idiopatyczny czy pokoronawirusowy.
Pandemia mózgozjebów nie rusza.
Z jednym wyjątkiem.
Gdy chodzi o własne zasrane i nic nie warte życie (wegetację)