Dodaj do ulubionych

Mniej niż zero!

26.05.20, 16:45
Zaraza gorsza niż COVID19!

https://cdn.donald.pl/filer_public_thumbnails/filer_public/a7/b3/a7b3dedf-d7d0-4acf-a79c-22f37fa7668c/photo_2019-07-02_125120.jpeg__655x0_q85_crop_subsampling-2_width-655.jpg
Obserwuj wątek
    • sorel.lina Re: Mniej niż zero! 26.05.20, 16:53
      Popatrzcie na tego człowieka. To dr Andrzej Szaniawski. Dziś odszedł na drugi brzeg... R.I.P.

      https://img-s-msn-com.akamaized.net/tenant/amp/entityid/BB14zptU.img?h=600&w=799&m=6&q=60&o=f&l=f&x=692&y=493

      W czasie pierwszych rządów ministra Ziobry w resorcie sprawiedliwości przesiedział prawie rok w areszcie wydobywczym. Dostał za to 450 tysięcy złotych odszkodowania. Więzienie zrujnowało mu zdrowie. Dzisiaj zmarł.

      Więzienie zrujnowało mu zdrowie. Nie chciał się leczyć, bo, jak mówił, nikt go już nigdzie nie zamknie. Więzienie odebrało mu coś jeszcze: prawo do wykonywania zawodu lekarza, co było dla niego jedną z ważniejszych spraw w życiu. Nigdy do końca się po tym nie podniósł. Przez ostatnie lata był złamanym człowiekiem. Trudno się z tym pogodzić – mówi Joanna Derda, siostra doktora Andrzeja Szaniawskiego, bohatera naszego tekstu z 2015 roku.

      Do celi trafił 20 marca 2006 r. Policjanci – dwóch rosłych i jeden niski blondyn, kurdupel, tego najlepiej zapamiętał – przyszli po niego akurat wtedy, kiedy wybierał się do lekarza. Nie słuchali, że dzień wcześniej upadł i złamał sobie szczękę, zabrali go na komendę policji w Ostrołęce.

      Wtedy, wczesną wiosną 2006 r., trwała już w najlepsze antykorupcyjna kampania ówczesnego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry. Wprawdzie słynny doktor Mirosław Garlicki, szef kliniki kardiochirurgii szpitala MSWiA, jeszcze nie został aresztowany (przyjdą po niego w lutym 2007 roku), ale pierwsi mafiosi w kitlach – jak nazywał lekarzy Ziobro – już usłyszeli zarzuty o łapówkarstwo.

      Wśród nich był dr Andrzej Szaniawski, lekarz ze szpitala psychiatrycznego w podwarszawskich Tworkach. Prokurator zarzucił mu, że w 2000 r. przyjął 2 tys. zł za wystawienie fałszywej opinii lekarskiej dla piekarza z Ostrołęki, skazanego za spowodowanie wypadku. A potem wziął kolejne 500 zł za udzielenie mu przepustki z Tworek. Wszystko po to, by piekarz uniknął więzienia.

      Razem z doktorem Szaniawskim zatrzymano Urszulę Ludwikowską, ordynatorkę psychiatrii sądowej w Tworkach: ona z kolei miała przyjąć od żony piekarza drogocenny antyk – metalową figurkę wycenioną później przez biegłego na 45 złotych. Lekarzy obciążały zeznania Bożeny B., znanej w Ostrołęce oszustki.

      – [i]Ta sprawa była całkowicie absurdalna. Bożena B. zeznawała, że doktor Szaniawski przyjął kasę. Opisywała, że wkładało mu się pieniądze do kieszeni fartucha. Problem w tym, że on nigdy nie nosił fartucha, taki miał zwyczaj [/i]– mówi Maria Ejchart, która z ramienia Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka występowała jako przedstawiciel społeczny w sprawie przeciwko lekarzowi.

      Była na każdej rozprawie. – Prokurator mówił o lekarskiej mafii, o układzie, sugerował, że sprawa zatrzymanych lekarzy to odprysk ostrołęckiej ośmiornicy, w której biorą udział tamtejsi urzędnicy i sędziowie. To wszystko brzmiało porażająco – opowiada.

      Pamięta, że doktor Ludwikowska siedziała w areszcie na warszawskim Grochowie w celi dla palących, choć miała groźnego tętniaka płuc.
      – Na badania do przychodni poza zakładem karnym była prowadzona w kajdankach na rękach i nogach, chodziło o to, by ją upokorzyć.

      Lekarka spędziła w areszcie dziewięć miesięcy. Wyszła dopiero, gdy w jej sprawie interweniował minister zdrowia w rządzie PiS, prof. Zbigniew Religa.

      Doktor Szaniawski siedział dalej.

      cdn.
      • sorel.lina Re: Mniej niż zero! 26.05.20, 16:59
        Jego żona na początku myślała, że zaszła jakaś pomyłka, przecież mąż nie jest łapówkarzem, tego była pewna. Pracowali razem w Tworkach (ona była pracownikiem socjalnym) i pamięta, że kiedyś dostał czekoladki od wdzięcznego pacjenta.
        – W środku były pieniądze, więc Andrzej poprosił mnie, żebym znalazła adres tego pacjenta i odesłała mu pieniądze – mówi Marzena Szaniawska.

        Była przekonana, że za chwilę wszystko się wyjaśni.
        – Ale kiedy go zobaczyłam na pierwszej rozprawie, zdałam sobie sprawę, że sytuacja jest dramatyczna. Był taki biedny, chory, nie mógł mówić, miał złamaną szczękę – wspomina.

        Dopominałem się, żeby coś mi z tą szczęką zrobili, bo ból był taki, że wytrzymać się nie dało. Nie słuchali, nie dali leków przeciwbólowych – opowiada doktor Szaniawski.

        Dopiero po kilku dniach konsultacja i diagnoza: konieczna jest operacja. – Tyle tylko, że zrobili ją dopiero po miesiącu, kiedy szczęka się już zrosła i trzeba ją było na nowo łamać.

        On też był przekonany, że szybko wróci do normalnego życia. Koledzy spod celi powiedzieli mu, że posiedzi trzy miesiące. Ale trzy miesiące minęły, potem kolejne trzy i nic się nie działo.
        – Mówię do mojej pani adwokat, że miałem cierpliwość obliczoną na pół roku i dalej już nie chcę być w tym więzieniu, coś z tym trzeba zrobić – wspomina doktor Szaniawski.

        Był nawet taki moment, że rozważał przyznanie się do winy, żeby tylko go wypuścili. Ale w końcu doszedł do wniosku, że to nie ma sensu, bo przecież nie wziął łapówki. Dowiedział się wtedy, co to jest areszt wydobywczy. –Przyszedł ten policjant razem z prokuratorem i mówi: co pan tu robi? Pan powinien w domu siedzieć, wnuki bawić. Wyraźnie sugerował, że jak się przyznam, to mnie wypuszczą. A jak nie, to długo posiedzę

        Czy był wściekły, że stała mu się taka niesprawiedliwość? Nie, raczej bezradny. Że dzieje się coś, na co nie ma żadnego wpływu.

        Wyglądało zresztą na to, że nikt nie ma. Jego prawniczka nie miała dostępu do akt prokuratorskich, a oskarżyciel tłumaczył to dobrem śledztwa. Sprawa – twierdził – jest rozwojowa. Na pierwsze widzenie z rodziną zgodził się dopiero po dwóch miesiącach.

        To była Rakowiecka, więźniowie w czerwonych mundurkach, obok mój mąż. Siedział za szybą, rozmawialiśmy przez telefon, uprzedzono nas, że wszystko jest rejestrowane. Ja płakałam, Andrzej udawał, że nie płacze. Było strasznie – opowiada Marzena Szaniawska. Potem, kiedy męża przeniesiono do aresztu na Białołęce, przynosiła mu lekarstwa, bo chorował na cukrzycę. Przemycała je w butach.

        Mniej więcej w tym czasie do doktora Szaniawskiego dotarło, że padł ofiarą antykorupcyjnego zapału ministra Ziobry.
        Prowadzili mnie na jakieś badania, mieli mi chyba rentgen zrobić. Idziemy korytarzem, ja z przodu, za mną strażnik więzienny. I z przeciwka idzie koleżanka, którą znam od 20 lat. Idzie i mnie nie widzi. „Jolu, to ty znajomych nie poznajesz” – pytam ją. A ona mija mnie bez słowa. I wtedy pomyślałem, że nie jest dobrze.

        cdn.
        • sorel.lina Re: Mniej niż zero! 26.05.20, 17:01
          Bezradność i poczucie, że to nie może być prawda – tak te pierwsze miesiące wspomina przyrodnia siostra doktora Szaniawskiego Joanna Derda.
          Ale też strach, bo wcześniej nie sądziłam, że w naszym kraju coś takiego może spotkać niewinnego człowieka. Cieszyłam się tylko, że nasz ojciec już nie żył i nie musiał na to wszystko patrzeć – mówi. Ojciec to znany filozof, prof. Klemens Szaniawski.

          Derda jest dziennikarką, więc użyła wszystkich znajomości, by sprawą zainteresować prasę.
          Ale niewiele to dało. Każdy mówił, że to wstrząsająca historia, i tyle. Ktoś poradził mi, żebym poszła do posłanki Julii Pitery. Poszłam. Powiedziała mi, że sprawa jest wstrząsająca i obiecała, że się nią zajmie, po czym zamilkła. Moja mama poprosiła o pomoc senatora Bogdana Borusewicza, z którym była kiedyś zaprzyjaźniona. Odpowiedział, że w naszym kraju niewinni ludzie nie siedzą w więzieniu. Zwróciłam się więc do senatora Romaszewskiego, który był wtedy przewodniczącym senackiej komisji praw człowieka. Odesłał mnie do swojej żony. Byli bardzo mili, ale kiedy dostarczyłam im dokumenty, przestała odbierać ode mnie telefony – opowiada.

          Profesorowi Andrzejowi Rzeplińskiemu z Fundacji Helsińskiej pokazała listy, jakie brat wysyłał do rodziny. Był wstrząśnięty.
          – Od tej pory fundacja stawała na głowie, żeby nam pomóc. Ale i tak na każdym kroku napotykaliśmy mur – mówi Derda.

          Przełom nastąpił prawie po roku, gdy o sprawie dowiedział się zaprzyjaźniony z rodziną doktor Marek Edelman.
          – Najpierw wpadł w szał, a potem napisał osobiste poręczenie dla mojego brata i poprosił o to samo Tadeusza Mazowieckiego, prof. Bronisława Geremka i Henryka Wujca. Poręczenia zostały doręczone prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu i wkrótce po tym, w marcu 2007 r., Andrzej został wypuszczony z aresztu. Spędził w nim prawie rok – opowiada Joanna Derda.

          cdn.
          • sorel.lina Re: Mniej niż zero! 26.05.20, 17:04
            Doktor Szaniawski pamięta, że kiedy wyszedł na wolność, żaden z kolegów lekarzy się nie odezwał, nie zaoferował pomocy.
            Odczekałem dłuższą chwilę i sam zadzwoniłem do jednej koleżanki, a ona mówi, że jest okropnie. Wszystkim pozakładali podsłuchy, żeby dokuczyć i zastraszyć. Ta moja koleżanka bała się strasznie. Nie chciałem jej przysparzać problemów, nie prosiłem o wiele. Ale była jedyną, która mi pomogła.

            Pamięta jeszcze jedno – podczas którejś rozprawy, a było ich przez te wszystkie lata kilkadziesiąt – powiedział: zrozumcie państwo, że były to czasy ministra Ziobry.
            Protokolantka chciała tak zapisać: były to czasy ministra Ziobry, ale sędzia kazał jej przekreślić i podyktował: były to czasy trudne dla lekarzy. Teraz też będą trudne czasy dla lekarzy. Ziobro ma jakiegoś zajoba na ich punkcie, bo uważa, że mu ojca nie umieli wyleczyć. Przyczepił się do doktora Garlickiego i niewiele z tego wynikło. Tyle wynikło, że zrujnował mu karierę.


            Jego kariera też się skończyła, nie wrócił już do pracy.
            Izba Lekarska przysłała mu pismo, że nie może wykonywać zawodu, ponieważ toczy się przeciw niemu postępowanie. Miał czekać na wyjaśnienie sprawy. A ona skończyła się po siedmiu latach. Całe szczęście, że moja bratowa zarabiała, a potem Andrzej mógł przejść na wcześniejszą emeryturę. Tyle że to psi grosz – mówi Joanna Derda.

            cdn.
            • sorel.lina Re: Mniej niż zero! 26.05.20, 17:12
              28 maja 2012 r. Sąd Rejonowy dla Warszawy Pragi-Północ uniewinnił Andrzeja Szaniawskiego z zarzutu łapówkarstwa.
              Doktor Ludwikowska została skazana na pół roku w zawieszeniu na dwa lata.
              – Nie uniewinniono jej, bo przyznała się do tego, że wzięła tę cholerną figurkę za kilkadziesiąt złotych – irytuje się Maria Ejchart z Fundacji Helsińskiej.

              Tamta sprawa była dla niej wyjątkowa. Zdarzyła się na fali walki przeciwko lekarzom. Ten kontekst polityczny miał kolosalne znaczenie. Absurdem było to, jak długo się toczyła i jak wiele czasu było potrzeba, żeby się oczyścić z takich zarzutów. Oczywiście bardzo trudno byłoby udowodnić, że przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości ulegali naciskom, ale sposób prowadzenia sprawy przez prokuraturę daje wiele do myślenia – mówi.

              Mecenas Anna Czepkowska, która broniła doktora Szaniawskiego, też mocno przeżyła tę sprawę. – Na etapie postępowania przygotowawczego miałam poczucie bezsilności. Nie mieliśmy dostępu do akt. Nie byliśmy w stanie ani zweryfikować zarzutów, ani przygotować linii obrony. Chodziliśmy tylko na kolejne posiedzenia sądu, podczas których sąd przedłużał tymczasowe aresztowanie bez weryfikacji tego, co było w aktach. Również sąd drugiej instancji, który rozpatrywał zażalenia wnoszone przez obrońców na postanowienia przedłużenia tymczasowego aresztu, utrzymywał to w mocy. A przecież nawet pobieżna analiza akt wskazywała, że te zarzuty są mocno wątpliwe – tłumaczy.

              Przykro jej trochę, że na początku procesu było mnóstwo publiczności, a pod koniec sala sądowa świeciła pustkami.
              – Kiedy pan Szaniawski doczekał się wreszcie uniewinnienia, nikt się o tym nie dowiedział. Nie został oczyszczony z zarzutów publicznie – mówi. Ma nadzieję, że nie trafi jej się druga taka sprawa. I że już nigdy w Polsce nie będzie takich spraw.

              Joanna Derda do dziś się zastanawia, dlaczego padło akurat na jej brata?
              – To był pewnie przypadek. Chodziło o to, żeby wykazać, że istnieje jakaś mafia, spisek, że się walczy z korupcją. Nikt nie zastanawiał się nad krzywdą, jaką się ludziom wyrządza – mówi.

              Kiedy dziś słucha wypowiedzi na temat krystalicznie uczciwych panów Ziobry i Kamińskiego, którzy dzielnie walczyli o sprawiedliwość, to się denerwuje, bo wie, jak ta walka o sprawiedliwość wyglądała.
              W sprawie, która dotyczyła rzekomej łapówki w wysokości 2,5 tys. zł, zniszczono człowieka. Nikt nie przeprosił ani nikt nie poniósł za to żadnych konsekwencji. Stało się i trudno.
              (...)

              (...) sąd przyznał mu 450 tys. zł zadośćuczynienia za niesłuszne tymczasowe aresztowanie i doznane w tym czasie krzywdy,
              – Nie chcę tych pieniędzy. Oddałabym wszystko, by móc to, co się stało, jakoś odwrócić.

              Wolałbym te pieniądze zarobić. A zresztą co to za zadośćuczynienie? – pyta doktor Szaniawski.
              Chyba nie można naprawić tego, co się stało. Nie będę już nigdy lekarzem. A poza tym, jakby poważnie traktować opinie lekarzy, to się ze mnie zrobił wrak.

              cdn.
              • sorel.lina Re: Mniej niż zero! 26.05.20, 17:18
                Taką opinię wydał biegły sądowy, który na początku 2015 r. badał doktora Szaniawskiego:

                „Schorowany, bez szans na wyzdrowienie” – ocenił i wyliczył wszystkie dolegliwości: cukrzyca typu 2, marskość wątroby (prawdopodobnie polekowa), żylaki przełyku, wodobrzusze, choroba niedokrwienna serca, niewydolność serca, nadciśnienie tętnicze, zaburzenia świadomości na tle zespołu otępiennego, miażdżyca. Depresja wieloletnia. Wtórne złe zrośnięcie żuchwy, utrata zębów i zaburzenia wymowy – napisał, dodając, że zdrowie pacjenta gwałtownie pogorszyło się w czasie aresztowania.
                (...)
                W więzieniu – przypomina sobie – najgorsze było to, że nagle przestał być szanowanym lekarzem. – Ten mały kurdupel policjant zwraca się do mnie: panie Andrzeju. Więc ja mu: albo jestem Andrzej Szaniawski, albo proszę pana. Uważam, że zrobiliście głupstwo, zatrzymując mnie, ale przynajmniej się do mnie odnoście właściwie.

                A współwięźniowie jeszcze gorzej się odzywali: ej, ty! – W więzieniu albo jesteś najsilniejszy, albo najbogatszy i wtedy sobie poradzisz. A ja nie byłem ani jeden, ani drugi. Siedziałem w celi z pięcioma facetami i nie miałem aż takiej kasy, żeby ich zaopatrywać w różne rzeczy z więziennej kantyny. Nie znałem grypsery, więc byłem traktowany jak więzień drugiej kategorii. Po operacji jadłem przez rurkę zrobioną z długopisu, z którego wyjąłem wkład i wszyscy się ze mnie nabijali. Więc musiałem się bić – mówi. – No tak, bić – potwierdza. I wyjaśnia: był w celi taki jeden, który się nie bił, i kazali mu siedzieć pod łóżkiem. – Wiedziałem, że albo będę się bił, albo będę mieszkał pod łóżkiem – tłumaczy i zapala papierosa.

                Czy ma poczucie krzywdy? – Nie wiem. Ale chyba nie mam do nich pretensji. Do nikogo – mówi po dłuższym namyśle.

                Na kolejne pytanie – czy jeszcze na coś czeka – też odpowiada z ociąganiem:
                Tak, czekam. Na co? Aż umrę.


                / newsweek 2015/

                ---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

                Dr Szaniawski już się doczekał. Niech spoczywa w pokoju.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka