Nie chodzi o rzekę tylko o chorobę.
Przeglądam właśnie różne gazety, w których pisze się o parunastu przypadkach odry na Mazowszu, czy jednym biednym Ukraińcu który na nią zachorował. Biadoli się o szczepionkach, profilaktyce, szczepieniach cudzoziemców, jakby bakterie też rozdzielało się wg. narodowości.
Pamiętam, dawno temu, jak to wyglądało w tzw. mrokach komunizmu.
Nikt oczywiście nikogo na odrę nie szczepił. Albo nie było możliwości albo potrzeby. Nie wiem. Rodzice dzieci wychodzili z założenia, że każde dziecko musi przejść odrę i przeważnie większość dzieci ją przechodziła. No trochę zaraźliwa była, więc dzieci tak się tym w szkole albo na podwórku po prostu częstowały.Jeśli dziecko odry nie przechodziło, było to raczej dziwne. Dziecko leżało w łóżku, łykało tabletki i zdrowiało. Nikt nie robił paniki, no bo nie było takiej potrzeby. Kto raz przeszedł odrę, był i jest uodporniony na całe życie. No i tu leży chyba wyjaśnienie, dlaczego pokolenia sprzed lat 70tych jakoś się tej odry wcale nie obawiają.
Sam też przebyłem odrę, mialem tzw. różyczkę. Bozia uchroniła od świnki i szkarlatyny. Grypa była co roku, zjawiala się regularnie. Dzieci chorowały, leczyły się, nabywały odporności i żyły sobie dalej. Biegały po podwórku, chuliganiły, o każdej porze roku każdego dnia przebywały na podwórku, w odróżnieniu od milionów dzisiejszych mimóz, trzymanych przez nerwowych rodziców przeważnie pod kloszem.
Szczepionki tu czy tam, na naturalną odporność nabywaną poprzez przechorowanie tego czy tamtego dobre jest obcowanie z naturą.
Więc nie panikuję nad odrą. Zdrowia życzę.