stranger.pl
13.02.05, 10:59
60 lat temu bomby na Drezno zrzucili też polscy lotnicy. Ale niektórzy
odmówili wykonania rozkazu ludobójstwa. Dlaczego?
I być może niewiele brakowało, a tego dnia plska jednostka przestałaby
istnieć. Jednak nie z powodu strat, ale buntu.
Jeden z lotników Dywizjonu 300, nazwiskiem Magierowski (archiwum polskich
dywizjonów www.geocities.com/skrzydla nie podaje jego imienia), którzy
wystartowali tego wieczoru, zdążył napisać list do przyjaciela: "Tej nocy
mamy atakować Drezno, jako wsparcie dla Armii Czerwonej. Nie byłoby w tym
niczego wyjątkowego, gdyby nie to, że mamy wykonać takie zadanie w chwili,
gdy nasze serca krwawią po kolejnym rozbiorze Polski dokonanym w Jałcie. Może
to dobrze, że Bogdan nie żyje - nie przeżyłby tego: Lwów, który nigdy nie był
rosyjskim miastem, arbitralną decyzją przekazano Rosji! Pomyśl tylko, ja i
tak wielu innych wędrujących po świecie, uciekających jak przestępcy,
głodujących, ukrywających się w lasach - wszystko po to, by walczyć za... co?
Za to, że nie będziemy mogli wrócić do naszego rodzinnego miasta, ponieważ
ono po prostu przestało istnieć. Czego można więcej oczekiwać? Linię
Ribbentrop-Mołotow nazwano linią Curzona i świat jest zadowolony. Pół Polski
oddano jako prezent. Drugą połowę skazano na włączenie do »wschodniej sfery
wpływów«, tak jakby to była bezludna wyspa na Arktyce lub część Sahary. Byłem
raz w Związku Sowieckim i to mi wystarczy do końca życia. Zarządzono wypady,
więc zaraz lecimy - mówią, że tak trzeba - chociaż w naszych sercach są złość
i rozpacz. To zabawne uczucie, ale czasem zastanawiam się, czy to wszystko ma
sens. Jeśli Niemcy mnie teraz dorwą, nie będę nawet wiedział, za co umieram.
Za Polskę, za Wielką Brytanię, czy za Rosję?".
tygodnik.onet.pl/1547,1214905,dzial.html