Dziewczyny, proszę poradźcie, bo czuję, że sytuacja zaczyna mnie przerastać

W zeszłym tygodniu we wtorek lekarz prowadzący moją ciążę stwierdził, że
obumarła (8 tc.); w środę potwierdziłam to u innego lekarza, w piątek
zgłosiłam się do szpitala.
W szpitalu lekarz badając mnie powiedział, że rozpoczęcie się samoistnego
poronienia to kwestia kilku dni - że korzystniejsze dla przyszłych ciąż
będzie, jeśli macica oczyści się sama, bez użycia leków (to była pierwsza
ciąża - mam 32 lata i bardzo chcemy z mężem mieć dzieci....).
No i od tego piątku czekam, cały tydzień. Najpierw miałam plamienia, potem
lekkie krwawienie, brzuch mnie pobolewa, ale wciąż jest to nieporównywalne z
krwawieniami i skurczami jakie miewam podczas miesiączek. Każdego dnia mam
wrażenie, że już się zaczyna... i tak mijają kolejne dni. Wczoraj byłam u
lekarza: powiedział, że macica jest już pełna krwi, że zarodek się wchłonął,
pęcherzyk jest spłaszczony, i lada moment poronienie się zacznie. Ale dziś to
samo: krwawienie niewielkie, lekkie bóle, czyli nadal nic się nie dzieje.
I ja psychicznie już nie wytrzymuję. Ponadto, jak długo mogę być na
zwolnieniu? Zwolnienie miałam już wcześniej, z powodu złego samopoczucia i
plamień w trakcie ciąży, nie chodzę do pracy ponad miesiąc. Czy zgłosić się
ponownie do szpitala i mieć to z głowy? Czy jednak poczekać jeszcze kilka dni,
skoro to już prawie się zaczyna, i skoro to lepsze pod kątem przyszłych ciąż?
Przepraszam, że pytam Was jaką podjąć decyzję jak małe dziecko, ale jestem po
prostu wykończona nerwowo tym wszystkim...