beatkadaniela
08.03.06, 20:18
Cholerny świat z dzieciakami... Żar się z nieba leje, laseczki na plaży, a ja
cięższa o 10 kilo marzę o porodzie. Nie, sorki, narzekać nie powinnam, bo
miał być wcześniak, a docholowałam do 3 dni przed terminem. Jest 10.07.2002
roku, jestem w 9 miesiącu ciąży zagrożonej, właśnie do balii na balkonie
wrzucam 19-mies. synka i wywlekam pranie na sznurki.
Ciąża zagrożona, do dup... z lekarzami. Zrobił patafian USG i na odchodnym do
mnie "Proszę się przygotować na wodogłowie". Sens jego słów dotarł do mnie w
tramwaju, w połowie drogi między Kliniczną a Dworcem Głównym. Cały skład
słyszał jak ryczałam matce w słuchawkę... Potem stówa na prywaciarza i
okazało się, że może ale zdecydowanie nie musi, a i tak wszystko okaże się po
porodzie. Mam się nie stresować, nie denerwować, nie ruszać, nie wstawać, nie
kochać z mężem własnym, nie oddychać, broń Boże. K... mać.
I tak pogodnie, swobodnie, oddychając (troszkę), gotując, piorąc,
prasując,karmiąc latorośl dotrwałam do w/w 10.07 i nic. psia kość.
Leżę. Plackiem. Damian coś kwęka, niech kwęka. Nauczyłby się mówić,
smarkacz.Wszystko mnie wkurza. Coś mnie kłuje w boku, brzuch swędzi. Nie
wytrzymam...
W mojej główce zalągł się szatański pomysł, mieszanina desperacji i
determinacji. W końcu to ciąża zagrożona, więc niech mnie położa w tym
szpitalu, odpocznę choć kilka dni od domu, męża, pieluszek, kaszek. A co.
Przejrzałam torbę, zapakowałam książeczkę zdrowia, podmyłam się elegancko,
ubrałam małego i idę do ślubnego, piętro niżej, gdzie
pracuje. "Kochanie...dzwoń...po...taksówkę. Zaczęło...się..." Widzę bladość
jego oblicza, chwila namysłu i ruszył. Torba, dziecko, telefon, ciężarówka.
Jesteśmy w drodze "Boli cię? Złap mnie za rękę..." Taksówkarz blady. Mi się
chce spać.
Jesteśmy na izbie. "Pani dokąd?" do porodu. KTG, niby cóś, ale słabo, cholera
odeślą do domu. Karzą czekać, przyjdzie doktor. Damian konfiskuje gumowe
rękawiczki, szpatułki do gardła, gaziki. Mąż bada możliwości sprzętowe
szpitalnego złomu. Czas leci, ja wątpię.
Pół godziny jest doktor. "Na samolot, zbadamy się" "Panie doktorze, ja już
nic nie czuję. To chyba fałszywy alarm. Ja pojadę do domu." Moje wątpliwości
sięgnęły zenitu, a pan doktor..."Kochana, tu 3 palce rozwarcia, pani już
nigdzie nie pojedzie. Jedynie na oddział".
Zamurowało mnie na amen.Mąż z synem pocałowali i odpłyneli. Ja szpitalną
kieckę i na salkę.
No super. Poczekają godzinę i dadzą mi spokój. Odeślą na oddział i odpocznę.
Super salka. Elektryczne łóżko, piła, lustro. Łażę, oglądam. Poszłam do
łazienki, pogadałam z położną o remontach i ulubionym fryzjerze, posłuchałam
jak babeczka z sali obok męczy płuca przy porodzie...Minęła godzina.
Pielęgniarki już wkurza to moje szwędanie."Położy się, nogi na bok, 4
palce.Nic pani nie czuje???" Nie.
Przeczytałam 3 miesięczniki dla mamusiek, pogadałam z położną o przepisie na
faworki i kulturze amerykańskiej. Kolejna godzina, no niech odeślą mnie na
oddział. Głodna jestem, a to zaraz jakaś kolacja. Przegapię i dadzą mi
resztki z kuchni. Pielęgniarki zdesperowane."Położy się, nogi na bok.
Przebijamy pęcherz." Cholera. Wyszły. Woda po nogach cieknie. 19.35. Kazali
skakać na piłce. Fajnie. Stara baba i ma radoche...Woda ścieka po piłce,
kurcze, wezmę papierowe reczniki i trochę wytre, napaskudziłam, głupio tak
trochę. Wstaję. 19.42. Skurcz pierdzielnął mną o podłoże.Jasny szlak...Nie
mogę się podnieść. Jakby mnie Pudzian walnął po krzyżu sztangą. Podnoszę się
idzie drugi, trzeci, galopują "Siostrooooooo!!!!!" "Na łóżko!!!Jest pełne
rozwarcie...Czuje pani skurcze parte???" EEEEEEEENIEEEEE "Jak będą wołać" Nie
zdążyła dojść do drzwi. 19.52 Siostroooo idzieeeee "Cholera, szerzej
nogi" "proszę przeć" Siostro, proszę nie nacinać, błagam "Postaramy się,
teraz przyyyyyyj kobieto. Boże jak boli, preee. Jeszcze, jeszcze, nie mam sił
nie dam rady, cholerny świat z dzieciakami, zachciało mi się, głupia kobieta.
Rozerwie mnie na kawałki.
Cisza..."Jest!!!!Córka, ma pani córkę!!!" Boże, maleńka, aniołku, moja
śliczna, zdrowa córeczka, skarb...
Dziękuję ci Boże za cholerny świat z dzieciakami.