reptar
07.07.04, 08:10
Czasem zdarza się tak, że zadanie byle jakie od strony warsztatowej staje się
bardziej angażującą rozrywką niż inne, dopracowane i dopieszczone.
Dobrym przykładem są zadania logiczne (obserwatorzy, rozmieść liczby, ukryty
rysunek, deduktomino etc.). Ładne zadanie to takie, gdzie daje się wyciągać
wnioski i sukcesywnie przybliżać się do rozwiązania jak po nitce do kłębka.
W takim "ładnym" zadaniu autor świadomie ukrywa pewne wskazówki, wczuwa się
w rolę rozwiązującego, który pewne zależności powinien i *ma szansę* wyłapać.
Najprostszym przypadkiem takiej świadomie poczynionej wskazówki (i po prawdzie
nadużywanej) jest narożne pole w wypustkach, do którego można dotrzeć tylko
od jednej liczby. Albo dwa narożniki w deduktominie, gdzie w jednym rogu jest
3 sąsiadujące z dwiema 4 (a więc musi być to kamień 3-4, choć jeszcze nie
wiadomo, jak ułożony), a w innym rogu 4 sąsiadujące z 3 i 6 (natychmiastowy
wniosek: musi tu być kamień 4-6, bo 4-3 jest już gdzie indziej).
Czasem zdarza się jednak zadanie, które wprawdzie ma jedno rozwiązanie,
ale nie dające się odkryć takimi krokami. Trzeba robić założenia na tak
i na nie, potem następne, rozgałęziać drzewko gdybań dla wyeliminowania
poszczególnych odnóg rozumowania, a wszystko to razem czaso- i papierochłonne.
Na pewno nieraz zetknęliście się z takim ukrytym rysunkiem (malowane liczbami)
w którym nic nie chciało się kleić. Zniechęcające, prawda, ale czy zawsze?
Twierdzę, że niekoniecznie. Kiedy w "Wiedzy i życiu" były zadania eliminacyjne
Łamigłówkowych Mistrzostw Polski, nad jednym takim blokowiskiem przesiedziałem
kilkanaście godzin, wciąż na nowo przerysowując poszczególne etapy i zdobycze.
I wcale nie uważam tamtego czasu za zmarnowany. To było wspaniałe dochodzenie.
Zdarzają się też i inne, "nielogiczne" zadania, które pasują do tego wątku.
Choćby klasyczna jolka (obecnie: jolka TM). Pamiętam po dziś dzień taką jedną,
w której - a były to jakieś Technopolowe eliminacje - redakcja celowo, jak
mniemam, pozmieniała autorowi objaśnienia na bardzo ogólne. Nie pamiętam
konkretów, ale było to mniej więcej "kraj w Europie", "kamień szlachetny",
czyli na każde określenie można było wymyślić całe mnóstwo wyrazów - a to
była jolka! (tu akurat jolka-szyfr). Po kilku dniach prób ugryzienia tego
zadania wykombinowałem wreszcie rzecz niemal genialną: zauważyłem,
że w mniej więcej tym samym czasie w innych czasopismach temu samemu autorowi
opublikowano dwa zadania z rozwiązaniami wziętymi z Bułatowicza. Przymierzyłem
to nazwisko do szyfru i to było własnie to! (jakież było moje rozczarowanie,
kiedy się okazało, że już ktoś inny rozwiązał tę jolkę przede mną!).
Jest zatem coś dziwnego - najrozmaitsze wady (kiepskie objaśnienia, brak
wczucia się autora w rolę rozwiązującego, może nawet błąd w zadaniu, itp.)
paradoksalnie podnoszą atrakcyjność zadania. Czy zgodzicie się z takim
twierdzeniem?