01.02.11, 22:53
Jorus szedł powoli, przystając co pewien czas i wstrzymując oddech wsłuchiwał się w ciemność. Poprawił, uwierający biodra, gruby sznur, poluzował nieco węzeł i puścił go z westchnieniem ulgi na chropawą materię habitu. Za dnia nigdy by sobie na to nie pozwolił i nawet teraz, w ciemnościach, odczuwał z tego powodu wyrzuty sumienia, ale chodził już tak od pięciu godzin i zmęczenie dawało mu się coraz bardziej we znaki. Oczy, nadwyrężone wpatrywaniem w nieprzeniknioną czerń, łzawiły i piekły, bose stopy przejęły całe zimno posadzki, podchodziło już ono pod kolana i manifestowało się regularnymi skurczami łydek, każdy krok był męczarnią. A przecież musiał uważać, nie mógł pozwolić sobie choćby na najmniejszą chwilę odprężenia, gdyż mogłaby okazać się fatalną w skutkach. Wodząc, dla lepszej orientacji, palcem po ścianie, posunął się naprzód, nagle znieruchomiał. Znajome, ledwo wyczuwalne zgrubienie na gładkiej powierzchni, dotykał go setki, tysiące razy, zawsze z niewyobrażalną bojaźnią bowiem wiedział, że tylko krok dalej znajdowały się drzwi do Przybytku, a w nim najcenniejsze co posiadali, cudowna Relikwia Zbawiciela. Opadł na kolana i i szorując je do krwi posuwał się wzdłuż niewidocznych drzwi, słowa modlitwy szeptał tak cicho, że słowa zdawały się zapadać bezszelestnie w grubych fałdach habitu.
"Panie, oto chylę głowę przed Twoją wielkością. Posyp ją popiołem i zrównaj z prochem ziemi, bom niegodny być nawet śladem w pyle przed Twoimi drzwiami. Ale jeżeli taka wola Twoja, to pobłogosław mi na wieki"
Z przejęcia nie czuł bólu pękającej skóry, po raz dwudziesty tej nocy dusza śpiewała w nim pieśń dziękczynną, bo dokładnie tyle razy przeczołgał się obok drzwi i ciągle jeszcze był sobą, nie rozpadł się ani w nicość, ani w pył, jak to niedawno wydarzyło się z bratem Jarubisem. Co prawda nikt nie zobaczył tych resztek po nędzniku (musiał nim być, jeżeli Pan taki los mu zgotował), gdyż Świątobliwy Przeor, jeszcze przed porannym Zborem, rozrzucił je osobiście na cztery strony świata i pod karą potępienia wszechświatnego, zakazał, na wieki wieków, wymawiać jego imię. Na wspomnienie tego dnia, po plecach Jorusa przeleciały zimne ciarki i strach znowu pochwycił go za włosy, tym bardziej, że w czerni, gdzieś naprzeciwko, coś zachrobotało ledwo dosłyszalnie. Wstrzymał oddech i w myślach przeklinał własne serce, które zaczęło dudnić tak głośno, że nie pozwalało mu zlokalizować niespodziewanego dźwięku. Lecz w momencie, gdy zdecydowany już był podnieść alarm i ostrzec wszystkich mieszkańców klasztoru przed śmiertelnym niebezpieczeństwem, chrobot zamienił się w lekkie skrzypienie i tuż obok niego pojawiła się smuga bladego światła, ktoś otwierał drzwi sali Zboru. Ciągle jeszcze osłabiony z przerażenia zrozumiał, że noc, a tym samym jego dyżur dobiegł końca, że zaraz usłyszy krzepiące słowa porannego kazania. Jeszcze na rozdygotanych strachem nogach wsunął się do sali i nie patrząc na zgromadzonych; siostry i braci, wzniósł oczy ku stojącemu na Skrzyni przeorowi, a ten, jak każdego ranka i od niepamiętnych czasów rozpoczął od słów:
- Na początku był Koniec Świata.....
Jorus nie skupiał się na treści kazania, słyszał je już tyle razy i znał na pamięć, wolał wyobrażać sobie te odległe czasy, tuż po Końcu Świata, gdy pierwsi ludzie wyszli z jam i zaczęli się rozmnażać, gdy nauczyli się rozpalać ogień, wyrabiać tkaniny i chwalić Pana, a ten, w swojej łasce, darował im za to klasztory, aby mieli gdzie mieszkać i byli w miarę bezpieczni przed atakami krwiożerczych kretów. Te wstrętne kreatury potrafiły wyskoczyć niespodziewanie spod ziemi, wyssać krew swojej ofierze, odgryźć głowę, a nawet porwać w całości w Bezpowrotny Tunel. W stosunku do grzeszników były szczególnie zawzięte i chodziły słuchy, że tak naprawdę Jarubis nie rozsypał się w pył, lecz podczas nocnego obchodu został porwany przez kreta. Jorus skłonny był nawet w to uwierzyć, gdyż niejednokrotnie nakładał sam na siebie pokutę za to, że po dyskusjach z Jarubisem zdarzało mu się nieopatrznie zastanawiać nad prawdami, co do których nikt nigdy nie powinien był mieć wątpliwości.
Chociażby takie krety.
Pomimo że nikt ich nigdy nie widział, to wszyscy jednak o nich wiedzieli, nawet fragment porannego kazania dokładnie je opisywał, a poza tym wiadomym jest, że nikt nie boi się czegoś, co nie istnieje. Zresztą najstarsi bracia potwierdzali opowieść zasłyszaną w czasach ich dzieciństwa, że sąsiedni klasztor zapadł się niespodziewanie sam w sobie, a cóż innego mogło być tego przyczyną, jak nie podkopy czynione przez krety. Uratowała się wtedy tylko jedna siostra i co najważniejsze, strzeżona przez nią cudowna Relikwia Zbawiciela. Niestety, relikwia nie wytrzymała katastrofy i przestała pokazywać Znaki Nieba, chociaż wierni nadal, w Dniu Kwitnienia, obnosili ją w uroczystych procesjach po polach, a potem powtarzali to tuż po zbiorach, w Dniu Obumierania i zawsze w nadziei, że gdy Świątobliwy Przeor popuka w nią palcem i wzniesie ku niebu, pokaże się na niej Cud Słońca, dziwne, magiczne, dla nikogo niezrozumiałe znaki. Sam fakt, że pokazywały się tylko pod wpływem światłości świadczyło o tym, że pochodziły bezpośrednio od Pana i były jego posłannictwem w celu ratowania grzesznych dusz.
Jorus znowu poprawił uwierający biodra sznur i aż zadrżał pod ciężarem karcącego spojrzenia przeora, spuścił głowę i wsłuchał się z pokorą w grzmiące słowa.
-....albowiem nie dostąpią oni Przeistoczenia i na wieki ugrzęzną w smole Bezpowrotnego Tunelu, a imię ich wymazane będzie na wieki i przeklęte na wysokościach. Countdown !
- Countdown - przytaknęli wszyscy z należytym szacunkiem
Ponownie zaskrzypiały drzwi i Jorus, unikając spojrzenia przeora, wybiegł czym prędzej na oszczędnie, świecami oświetlony korytarz, jako pierwszy dotarł do pochylni i sapiąc z każdym krokiem coraz głośniej, wydostał się na powierzchnię klasztoru. Gwałtownie przysłonił ręką oczy, gdyż poranne słońce wręcz go oślepiło i dopiero po paru chwilach, ciągle jeszcze je mrużąc, rozejrzał się po okolicy. Już na pierwszy rzut oka rozpoznał, że w ciągnącym się aż po samą dżunglę polu kukurydzy, nie było śladów zniszczenia, poczuł wielką wdzięczność, gdyż zrozumiał, że Opatrzność czuwała nad nim i nad jego wynalazkiem....

Obserwuj wątek
    • al-szamanka Re: JORUS 01.02.11, 22:54
      Wynalazek nie był sam w sobie nadzwyczajny, a jego pomysł narodził się niespodziewanie w głowie Jorusa podczas połowu ryb. Był jak olśnienie, spłynęła na niego łaska pańska, lecz mimo to, przeor spoglądał krzywym okiem, gdy z niejakim trudem zdołał namówić parunastu krzepkich braci, aby razem przekopać kanał i w ten sposób napełnić naturalną nieckę, po lewej stronie pól, wodą z pobliskiej rzeki. Dzikie barany nie potrafiły pływać, ze względu na swoje ogromne cielska nie były w stanie przedrzeć się przez gęstą dżunglę - pola, warzywniaki i sady były w ten sposób chronione ze wszystkich stron. Jorusa rozpierała grzeszna duma, gdyż zdawał sobie sprawę, że dzięki niemu uda się zgromadzić wystarczające zapasy żywności nie tylko na użytek własny, ale także pomóc nadwyżką klasztorom sąsiednim. Co prawda, w bezpośrednim sąsiedztwie znajdowały się tylko dwa, ale przeor niejednokrotnie opowiadał, że za Wielką Przepaścią musi ich być znacznie więcej, gdyż zamiarem Zbawiciela musiało być podklasztorowanie całej ziemi, inaczej w ogóle nie nastąpiłby początek Końca Świata.
      Od niego bowiem wszystko się zaczęło, od tej pierwszej chwili, gdy powstał czas, a pierwszy brat wygrzebał z jamy siebie i pierwszą siostrę .
      Świat był wtedy jeszcze półpusty, zryty siłami tworzenia, rozgrzany ich oddechem, ziemia pociła się brązowymi, maziowatymi kałużami i dygotała pod stopami w niekończących się, konwulsyjnych dreszczach. Dopiero pierwszy deszcz wygładził nieco jej oblicze, a niedługo potem, nieobliczalna dżungla zaczęła rozrastać się w zastraszającym tempie, zachłannie zapełniać wszystkie puste miejsca tak bardzo, że zmusiła ludzi do ustawicznej z nią walki. Trzeba przyznać, że na początku dostarczała także pożywienia; owoce, jaja zamieszkujących ją ptaków, czasami uwięziony w gęstych lianach baran, który ku uciesze wszystkich lądował w ognisku i zamieniał posiłek w radosną ucztę przerywaną naprędce tworzoną pieśnią, lub pierwszym, prostym kazaniem głoszonym przez kogokolwiek, gdyż w tamtych czasach nie było jeszcze przeorów. Wraz z pomysłem siania kukurydzy, rozpoczęło się w piątym pokoleniu karczowanie dżungli i okazało się zadaniem prawie ponad siły. Ostre i twarde baranie rogi tępiły się nadzwyczaj szybko, łamały się na dziwacznie poskręcanych korzeniach, niektóre z nich rozpadały się w brązowy pył inne zaś, przekłuwając na wylot ogromne kamienie, ginęły głęboko w ziemi i już wtedy zaczęto się zastanawiać, czy nie łączą jej z Bezpowrotnym Tunelem. Ciężka praca opłaciła się jednak podwójnie; obszar siewów powiększał się, a pewnego dnia stał się cud, gdyż paru braci dokopało się pierwszego klasztoru. Jeden z nich zapadł się nagle pod ziemię i zginał śmiercią męczennika, ale ci, którzy chcieli go ratować odkryli pochylnię i idąc w dół dotarli do korytarzy, pomieszczeń, a także do Przybytku, świętego miejsca, którego jedna ściana w cudowny sposób powielała wszystko, cokolwiek się w nim znajdowało. Wszystkie pomieszczenia pełne były szczątków Końca Świata, szorstkiego kurzu i rozpadających się pod najlżejszym dotknięciem, pęków cienkich lian. I właśnie w tym dniu, jak głosiło, przekazywane z pokolenia na pokolenie, kazanie, w jednym z korytarzy objawiła się Relikwia Zbawiciela.
      Relikwia była płaska, z jednej strony opatrzona małymi wzniesieniami i niewielka, tak, że z łatwością mieściła się w dłoni, w niczym nie przypominała czegokolwiek na świecie, dlatego musiała pochodzić z innego. Brat, który jako pierwszy ją dotknął doznał Cudownego Olśnienia i nieziemsko nawiedzony rozpoczął prawdziwe kazanie, co nakazało wszystkim uznać go za przeora. To właśnie on zadecydował, aby zamieszkać w klasztorze, gdzie byli bezpieczni przed dzikimi zwierzętami, deszczem i gromami z nieba, a gdy nadszedł jego czas, przekazał swoje Olśnienie najstarszemu synowi, a ten swojemu i w ten sposób, już na zawsze, Zgromadzenie miało nawiedzonego, wszystkowiedzącego mędrca. Co prawda, w ostatnich czasach, i szczególnie po tym, gdy relikwia przestała pokazywać Znaki Nieba, a jeden z klasztorów zapadł się sam w sobie, zaczęło pojawiać się zwątpienie w prawdziwość niektórych nauk. Siostra Jantara zaczęła zastanawiać się któregoś dnia, czy rzeczywiście to Pan stworzył dla człowieka klasztory, bo gdyby były one dziełem Najwyższego, to nie mogłyby być takie nietrwałe. Przeor tłumaczył początkowo, że nikt inny nie mógł ich stworzyć, bo przed Końcem Świata istniała tylko pustka zmieszana z grzmotem i ogniem, ale gdy Jantara nie dała się przekonać wystawił ją na pośmiewisko, a po wychłostaniu do krwi skazał na wieczyste wygnanie. Nikt nie stanął w jej obronie, gdyż równałoby to się z grzechem śmiertelnym, ale coraz to więcej braci i sióstr dostrzegało w otaczającym ich świecie rzeczy, których nie dało się wytłumaczyć prawdami nauki, wręcz przeciwnie, zdawało się im zaprzeczać. Grzmoty z nieba uderzały tak samo w miejsca nieczyste jak i święte, choroby gnębiły wszystkich i nie pomijały rodu przeorów, pomimo że z racji ich pozycji, przysługiwała im wyjątkowa opieka pańska, żadna modlitwa w intencji ochrony pól uprawnych nie odniosła skutku i coraz większe stada dzikich baranów niszczyły plony. Jednakże nie każdy ośmielał się o tym mówić, gdyż zawsze znalazł się ktoś, kto chętnie doniósł przeorowi, chociażby po to, aby rodzina otrzymała nieco większy przydział kukurydzy, lub odsunąć podejrzenia od własnej osoby, a nawet dostąpić zaszczytu i awansować na dygnitarza, co już parokrotnie się zdarzyło. Dygnitarzami byli wszyscy z rodu przeora, gdyż już od dnia narodzin mieli w sobie część Olśnienia, dlatego też zabronione im było kalanie rąk pracą, każda z rodzin posiadała celę tylko dla siebie, tylko oni nosili przy sobie kolczaste rózgi do chłostania bluźnierców i tylko oni potrafili, niezrozumiałymi dla zwykłych ludzi, świętym słowami, wypowiedzieć nad głową winowajcy straszliwą klątwę grozy. Chłosty, wygnania i całkowite odmowy przyznania racji żywnościowych, co było jednoznaczne z karą śmierci głodowej, mnożyły się szczególnie w okresach katastrofalnych plonów i jak to często przeor podkreślał, były miłosierną wolą Pana, gdyż zapobiegały przeludnieniu i umożliwiały Zgromadzeniu trwanie w stanie łaski.
      Jorus nie zgadzał się z tym. Dobrze pamiętał ropiejące rany swojego, wychłostanego przez jednego z dygnitarzy, najstarszego brata. Juster odchodził z tego świata w straszliwych męczarniach, tylko dlatego, że ujął się za bluźniercą, który w jego mniemaniu nie zrobił nic złego. Najgorsze, że jako grzesznik nie zasługiwał na Przeistoczenie i przez to skazany był na wieczne potępienie w Bezpowrotnym Tunelu.
      Przerażone głosy braci i sióstr wyrwały Jorusa z głębokiego zamyślenia. Spojrzał tak jak i inni do góry i znieruchomiał ze strachu
      Po niebie płynęła ogromna kula.


      --
      https://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg
      AL
    • al-szamanka Re: JORUS 01.02.11, 22:56
      Pod kulą, na lianach, zawieszona była obszerna skrzynia i nawet z tej odległości można było rozpoznać, że siedzą w niej trzy osoby. I osoby te znajdowały się wysoko w powietrzu...leciały! Jorus przypomniał sobie jak w czasach dzieciństwa słyszał opowiadania siostry-matki, że dawno, dawno temu, ludzie, uwięzieni w twardych skorupach, wzbijali się w niebo, niekiedy tak wysoko, że gubili się wśród gwiazd. Oczywiście była to tylko bajka, gdyż dopiero wraz z Końcem Świata ludzie wyszli z jam, a wiadomo jest, że pod ziemią można się czołgać i ryć, ale nigdy latać. Przerażone głosy połączyły się w jeden jęk rozpaczy, gdyż oto kula zaczęła opuszczać się z wolna tak, jakby chciała wszystkich zmiażdżyć. Większość braci i sióstr padła przed potworem na twarz, inni, osłupiali z przerażenia, spoglądali w kierunku przeora, który wyciągnąwszy w kierunku kuli Relikwię Zbawiciela, szeptał zduszonym głosem Prawdy Pańskie i w ten sposób usiłował przekląć ją na wieki. Ta jednak, nie dość że opuszczała się coraz niżej, to na domiar złego zaczęła sypać ludziom pisakiem w oczy, prawdopodobnie by ich oślepić lub zaczarować. Jednakże w momencie, gdy skrzynia dotknęła ziemi, nawet przeor opadł na kolana i pokornie pochylił głowę przed nieznaną mocą. Zapanowała dziwna, trwożna cisza, nikt nie ośmielał się spojrzeć w kierunku zjawiska, lecz parę chwil potem, od strony skrzyni dobiegły ożywione głosy i jako pierwszy wyskoczył z niej....Jarubis. Wyglądał zupełnie inaczej niż kiedyś; miał krótkie włosy, habit tylko do kolan, nogi owinięte w dodatkowe, wąskie habity, a do stóp, przy pomocy lian, przymocowane dziwne deszczułki. Natychmiast rozpoznał Jorusa, podbiegł do niego i śmiejąc się głośno zmusił go aby podniósł się z kolan.
      - Wróciłem - zawołał - Ludzie, nie bójcie się, nic wam nie grozi. To ja, przecież mnie jeszcze pamiętacie, urodziłem się wśród was, a ci dwaj są moimi przyjaciółmi.
      Wszyscy, początkowo z oporami, potem już nieco odważniej popodnosili się z kolan, niektórzy zbliżali się lękliwie do skrzyni, inni dotykali Jarubisa, a szczególnie jego habity na nogach, gdyż do tej pory nikt czegoś podobnego nie widział, ten zaś śmiał się coraz głośniej, okręcał na wszystkie strony, aby się lepiej pokazać i ułatwić dotyk. Jego dwaj towarzysze wydobyli z pakunków, przywiązanych do pleców, błyszczące kulki zawieszone na cienkich lianach i zaczęli rozdawać je siostrom, które jednakże nie wiedziały co z takimi podarkami począć, lecz poczuwały się do wdzięczności i w związku z tym ustawiły przed przybyszami kocioł kukurydzianej zupy i tykwy ze świeżą wodą. Wszyscy rozsiedli się wokół nich i cudownej kuli, pomimo niepewności i resztek strachu na twarzach spodziewano się usłyszeć niezwykłe wiadomości. Jarubis, nie zwracając uwagi na parujący kocioł, łyknął nieco wody i wskazując ręką pola, dżunglę i przestworza odezwał się donośnym głosem, tak aby słyszał go także, siedzący nieco na uboczu, ród przeora.
      - Drodzy siostry i bracia, jak wiecie odszedłem stąd w poszukiwaniu prawdy, gdyż wiele w naszym tu życiu było dla mnie niejasne. Wędrowałem bardzo długo, gdyż świat jest ogromny, pokonałem Wielką Przepaść i już zaczynałem wątpić, że oprócz nas są inni ludzie, ale któregoś dnia trafiłem na wydeptaną ścieżkę, która zaprowadziła mnie do innych. Ci ludzie żyją tam lepiej niż my, nie mają klasztorów, więc mieszkają na powierzchni, w celach zbudowanych z kamieni i drewna, nie głodują, gdyż mają wiele pól, których dobrze pilnują przed dzikimi zwierzętami, potrafią latać przy pomocy kul, przez co poznali dużo świata i także odnaleźli innych ludzi. Nie jesteśmy sami, inni przyrzekli nam pomóc i podzielić się z nami swoją wiedzą. Jeżeli połączymy się z nimi, to czeka nas wspaniałe życie, lepsze, zamieszkamy tak jak oni na powierzchni, przestaniemy się bać Bezpowrotnego Tunelu, którego nigdy nie było...
      Wśród zebranych zabrzmiały zdumione, pełne obaw głosy....
      Jorus, w bezgranicznym zdumieniu, otworzył szeroko usta i zapomniał je zamknąć. Jak to, jeżeli Bezpowrotny Tunel nigdy nie istniał, to dlaczego ród przeora zawsze z takim przekonaniem opowiadał o nim w kazaniach? Czyżby to oznaczało, że wszyscy odchodzący z tego świata doznawali Przeistoczenia bez względu na to, czy byli bluźniercami, czy też przestrzegającymi prawo? To było niepojęte, niewyobrażalne i napawało dziwnym, przytłaczającym lękiem. Lęk ten odczuwał każdy, gdyż wyraz twarzy Jarubisa zdradzał, że nie był to koniec niesamowitych wiadomości. Przeor wpatrywał się w niego z wyraźnym napięciem, nos i policzki mu poczerwieniały, na skroniach wystąpiły grube zygzaki żył, kurczowo zaciskał pieści i wyglądał jak szykujący się do ataku dziki baran. Jakiś brat-dziecko zawołał głośno; oooooo, i znowu zapanowała pełna oczekiwania cisza.
      - I wierzcie mi - ciągnął dalej Jarubis - inni wiedzą także, co się działo przed Końcem Świata...jego też właściwie nie było. Było za to ogromne nieszczęście, które w jednej chwili zatrzęsło posadami świata i wywróciło go do góry nogami, zniszczyło prawie wszystkich ludzi i prawie wszystko, co stworzyli. Zostały po nich podziemne klasztory, wielka ilość bezładnych kopców kamieni i pamięć w głowach mędrców. Ci przekazują wiedzę z pokolenia na pokolenie nie tylko w słowie, ale także w znakach umieszczanych na płachtach. Nawet dzieci innych potrafią te znaki rozpoznać, dlatego pamięć jest u nich zawsze ta sama i niezmienna, wiedza zaś wzrasta i pozwala tworzyć coraz to lepsze ułatwienia życia. Tam, za Wielką Przepaścią widziałem rzeczy, które dla każdego z was wydałyby się cudem, a przecież są tylko wymysłem człowieka, chociażby te kule, którymi można latać daleko, niczym ptak i wypatrywać jeszcze innych, ocalonych z nieszczęścia. Nie zostaliśmy stworzeni w ziemi, aby potem wyjść z jam na świat, my tą ziemią zostaliśmy przysypani przez co powstało przekleństwo zapomnienia i skrzywionej prawdy. Teraz jednak, przy pomocy nowych braci, odrodzimy się i rozpoznamy w sobie tych, którymi byliśmy.
      Jarubis zamilkł nagle, gdyż z grupy wokół przeora podniósł się groźny pomruk. On sam przyskoczył do skrzyni i szarpiąc ją gwałtownie zaczął wykrzykiwać nad nią najstraszliwsze klątwy.
      - Zgiń w otchłani potworze bluźnierców! Przepadnij na wieki! Niech grom Zbawiciela spopieli na wieki ciebie i tych tu grzeszników!
      Uniósł swoją kolczastą rózgę i bez opamiętania zaczął chłostać przybyszów, którzy zaskoczeni atakiem, nawet nie próbowali się uchylać. Jorus, oszołomiony, spoglądał na widowisko, w głowie mu huczało, czuł się tak, jakby stracił życie, jakby go nigdy nie miał, bo nie było po co żyć, ani teraz, ani dla Przeistoczenia, targała nim rozpacz i niezrozumiała wściekłość. Zerwał się na równe nogi i nie zwracając uwagi na chóralny okrzyk grozy, wytrącił z ręki przeora zakrwawioną rózgę, po czym z całej siły pchnął w gromadę, wzburzonych jego grzesznym czynem, krewnych.
      - Koniec waszego panowania! - wrzasnął w ich kierunku - Ci ludzie przynieśli nam inną prawdę. Po stokroć lepszą. Wierzę im, a nie waszym fałszywym świętościom, wam dały wygodne życie, lecz pozostałym zabraniały myśleć i skazywały na śmierć. Dość tego! Wasza moc nie ma już siły!
      - Nie ma?! - odkrzyknął szyderczo przeor wyciągając przed siebie Relikwię Zbawiciela - Grzeszniku, jeszcze chwila, a potępię cię za życia i tych obcych też. Zapominasz, że jestem przeorem, wykonawcą woli Pana. Na twarz bluźniercy, albowiem wasz czas jest wymierzony! Na twarz, powiadam!
      I obracając się na wszystkie strony, triumfalnie potrząsał relikwią ponad głowami przerażonego ludu, Jorusowi ugięły się kolana, a głowa sama chyliła się w pokorze przed wielkością pańską.
      Głośny śmiech Jarubisa przerwał błagalne mamrotanie o łaskę. Ku nieopisanemu zdumieniu wszystkich, wyciągnął nie wiadomo skąd drugą, taką samą relikwię.
      - Ludzie - zawołał - to żadna relikwia, żadna cudowna świętość, to jest coś, co posiadali wszyscy nasi przodkowie.
      Nazywali to....kalkulator...



      --
      --
      https://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg
      AL

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka