siostra_festera
16.05.16, 16:38
Byłam w 7-letnim związku z mężczyzną. Uważam, że całkiem udanym. Były wielkie plany założenia rodziny, budowy domu, wspólnej przyszłości. Nic z tego nie wyszło. Wiadomo: zdarza się. Rozstaliśmy się kulturalnie, chociaż emocjonalnie kosztowało mnie to bardzo dużo. Po prostu któregoś dnia powiedział, że musimy porozmawiać, porozmawialiśmy, powiedział, że jego uczucia się zmieniły, chce być szczery wobec mnie i nie chce kontynuować tego związku. Grom z jasnego nieba, bo nic w jego zachowaniu nie wskazywało na cokolwiek złego. Ale jak napisałam - po pierwszym szoku zaakceptowałam to i pogodziłam się z tym. Właściwie to godziłam się cały rok, byłam emocjonalnym wrakiem, ale to już mój problem. Samo rozstanie przebiegło bez problemów, bez złośliwości, mogłabym nawet napisać z klasą. 2 lata później zostałam nawet zaproszona na jego ślub, poszłam tam i nawet udało mi się dobrze bawić. Od tej sytuacji minęło już w sumie prawie kolejne 7 lat. Mieszkamy w tym samym mieście, mamy stosunki koleżeńskie, od czasu do czasu widujemy się na ulicy, porozmawiamy chwilę, wyślemy sobie życzenia na święta i tyle. Z jego żoną zresztą podobnie. Moi znajomi i przyjaciółki mówią, że to było wzorcowe rozstanie. Ja nie uważam, żeby było tak różowo, ale po tylu latach zdaję sobie sprawę, że stało się dobrze, jak się stało. Mimo, że czasami oczywiście mam nieprzyjemne "ukłucia" moich uczuć, gdy pomyślę, że on ma dwójkę dzieci a ja jestem nadal sama, to jednak pogodziłam się z całą sytuacją. Zresztą nie o to chodzi.
Niedawno dowiedziałam się, całkiem przypadkiem (nie chcę opisywać jak, to dłuższa historia i w sumie nie ma żadnego znaczenia), że gdy on był ze mną przez ostatnie dwa lata, to już wtedy po kryjomu szukał sobie innej kobiety i zdradzał mnie. Chodził na randki, umawiał się przez internet, przyprowadzał nawet kobiety do mieszkania, które wynajmowaliśmy. Nic wcześniej nie zauważyłam i nie podejrzewałam. Wiadomość dla mnie bardzo nieprzyjemna, ale oczywiście skoro minęło tyle lat, to wzruszyłam ramionami. Tylko nie wiem jak się zachować. Nie chcę mieć z nim już nic wspólnego, po tym, czego się dowiedziałam. Z drugiej strony głupio mi zrywać te dobre, luźne stosunki, jakie mamy z powodu czegoś co miało miejsce tak dawno temu, zwłaszcza gdy on ma już swoją rodzinę.
Nie wiem jak postąpić. Mam do niego pretensje po tych wielu latach, ale czy w mojej sytuacji nie jest to absurdalne? Najchętniej przestałabym go zauważać i zaczęła traktować, jak nieznajomego, ale tak nagle przestać np. kłaniać się na ulicy czy porozmawiać chwilę w centrum handlowym przy przypadkowym spotkaniu...? Jak uważacie?