bd_007
01.09.09, 08:58
Statystyka to ciekawa dziedzina, pełna paradoksów. Wątek o tym ile
zarabiają warszawiacy świetnie to uświadamia. Popełniłem w nim błąd
metodologiczny - przyznaję. Wziął się on jednak z tego, że za daną i
poprawną przyjąłem metodologię opartą na porównaniu średnich
zarobków z ceną metra mieszkania. A właśnie ten wątek ujawnił, jak
bardzo jest ona absurdalna.
Na początek mały przykład. W miasteczku A mieszkają sami
tradycjonaliści – mąż pracuje w i zarabia średnio 4000 zł, żona nie
pracuje. Miasteczko B ma model partnerski – pracują mężowie i żony,
zarabiając średnio 3500 i 2500 zł. Zgodnie z jak najbardziej
przyjętą i poprawną metodologią, w miasteczku A średnia płaca to
4000 zł, w miasteczku B to 3000 zł. Pytanie za 100 punktów - gdzie
są droższe mieszkania?
Podany wyżej przykład wcale nie jest skrajny. Według danych, które
przytoczył Poszi:
www.stat.gov.pl/cps/rde/xbcr/warsz/ASSETS_08p_05_03.pdf
i ogólnie dostepnej wiedzy, na jednego mieszkańca Warszawy przypada
0,66 pracującego w Warszawie, a dla Radomia ten wskaźnik to ledwie
0,19.
Co zatem określa siłę popytu na nieruchomości? Średnia płaca -
wolumen zarobków podzielonych przez liczbę pracujących. A może
jednak coś innego - wolumen zarobków podzielony przez liczbę
mieszkań!
Załóżmy, że liczba osób w gospodarstwie domowym jest podobna w
różnych miastach (gdyby była większa w Warszawie to mielibyśmy tam
słynny "głód mieszkań", który, jak wiadomo, nie istnieje).
Porównajmy sobie siłę popytu w Warszawie i Radomiu. Załóżmy, że w
Radomiu zarabia się X zł na jedno dostępne mieszkanie. W Warszawie
szybkie szacunki tego wskaźnika dają: 0,66/0,19 * 4100/2600 = 5,5.
Bardzo ciekawie. W Warszawie średnie płace są tylko 58% wyższe niż w
Radomiu. Jednak na każde mieszkanie w Warszawie przypada aż
pięciokrotnie większy dochód wypracowany Warszawie niż na każde
mieszkanie w Radomiu przypada dochód wypracowany w Radomiu. Ciekawa
obserwacja, nieprawdaż?
Wybór, który wskaźnik jest lepszy zostawiam Wam. Można się
dogmatycznie upierać przy relacji płac do ceny metra, ale trzeba się
pogodzić, że prowadzi ona do takich paradoksów jak to, że np.
stworzenie nowych miejsc pracy w danym obszarze implikuje spadek cen
nieruchomości. Co kto woli :)