Gość: volny
IP: *.dsl.lsan03.pacbell.net
28.09.01, 07:51
Świat pod kloszem
DZISIAJ PREMIERA: TRUMAN SHOW. Fantazja Petera Weira to film wolnościowy - "Człowiek z
marmuru" epoki mediów
Renesansowa rycina, którą pamiętam ze szkolnego podręcznika, przedstawiała Ziemię jako wyspę z
ogrodem leżącą pod kopułą nieba. Człowiek dochodzi do krawędzi kopuły i wychyla się w Kosmos.
Oglądałem ten obrazek w czasach sputników i światopoglądu naukowego, który propaganda
przeciwstawiała wierze. Obraz ten i wspomnienie dawnego życia pod kloszem nie opuszczały mnie
podczas seansu filmu Petera Weira. Tak się mówi: żyliśmy kiedyś pod kloszem systemu. Do
pewnego stopnia tak było. Mityczny Zachód był dla nas prawie tak niedostępny, jak dla bohatera
"Truman Show", mieszkańca sztucznie stworzonego miasta, niedostępne jest Chicago, nie mówiąc
już o Fidżi. Istnieją dla niego tylko na mapie, tak jak dla nas jedynie na mapie istniały egzotyczne
kraje. Obawiam się jednak, że ludzie epoki mojego dzieciństwa mieli silniejsze poczucie
rzeczywistości niż ich dzieci żyjące w świecie otwartych granic. Żyliśmy pod kontrolą, ograniczeni
murem, który miał nas chronić przed miazmatami i jak bohater filmu Weira słyszeliśmy wciąż, że
żyjemy w najlepszym ze światów. Ale nikt w to do końca nie wierzył. Odbiorcy reklamy wierzą w nią
mocniej, niż ich poprzednicy wierzyli w propagandę systemu. Na festiwalu w Wenecji, po projekcji
"Truman Show", opowiadałem pewnemu Kanadyjczykowi o swoim pierwszym wyjeździe na Zachód.
Pytał, czy było to spełnienie marzeń, czy patrzyliśmy wtedy na Zachód poprzez nasze marzenia?
Odpowiedziałem: nie, to był intensywny kontakt z rzeczywistością jako taką. Nie do końca rozumiał, co
mam na myśli. Może on, w Kanadzie w tym samym czasie myślał, że sam żyje pod kloszem, a
prawdziwa rzeczywistość jest po naszej stronie muru? Tak czy owak, żyliśmy obaj w poszukiwaniu
rzeczywistości. Wierzyliśmy w nią jak w Pana Boga. Truman Burbank również w nią uwierzy, ale z
klatki TV-show będzie mu trudniej wydobyć się niż nam z klatki systemu. Na miejscu obalonego muru
ideologicznego powstał bowiem mur inny, nieuchwytny i wszechobecny, który nie ogranicza człowieka
fizycznie, ale więzi jego świadomość. Patrzę więc na film Weira jak na film wolnościowy. Jak na
"Człowieka z marmuru" nowej epoki, w której obraz przysłonił rzeczywistość. Jeszcze kilka, kilkanaście
lat temu śmielibyśmy się z takiego porównania. Jak można porównywać prawdziwe kajdany ustroju
totalitarnego z papierowymi kajdanami, które zakładają nam media? A przecież, jeśli miarą
prawdziwej niewoli jest zdolność do samodzielnego przeżywania szczęścia, to podłączenie ludzi do
globalnego telewizora przynosi skutki nie mniej dotkliwe niż reglamentacja prawdy za pomocą
staroświeckich metod, takich jak cenzura. Żyjemy w świecie, który nieustannie siebie ogląda, wydając
na pastwę kamer TV coraz większe obszary ludzkiej intymności. Bądź naturalny, kamery na ciebie
patrzą! - jak mówią w TV. Przesyceni kalejdoskopową rozmaitością obrazów, zaczynamy świat za
oknem postrzegać jako sztuczny, powtarzalny, monotonny. Poronione dzieło demiurga. Jak chińska
tapeta z wiersza Zbigniewa Herberta: "W środku płaskiej wody rybak z wędką i trzciny, wyżej wyspa (...)
z pagodą i mostkiem, na którym spotykają się zakochani pod pączkującym księżycem. Gdyby na tym
skończyć, byłby ładny epizod - historia świata w paru słowach. Ale to się powtarza w nieskończoność,
z bezmyślną, upartą dokładnością - wyspa, zakochani, księżyc. Nie można bardziej obrazić świata". W
latach 60. wiersz o chińskiej tapecie można było odnieść do monotonii świata komunistycznego. Dziś
pasuje on znakomicie do pozornie rozmaitego, a w gruncie rzeczy monotonnego i powtarzalnego
świata obrazów TV. Przestaliśmy odnosić je do rzeczywistości; sztuka przemieszała się z życiem;
media stają się same dla siebie płaszczyzną odniesienia. Teraz one wchłaniają w siebie życie,
wydają się silniejsze od rzeczywistości. O tym właśnie mówi alegoria "Truman Show". Pomysł
telewizyjnego demiurga polega na tym, żeby samo życie zaprząc do gry. Trzeba na to stworzyć
konsekwentnie sztuczny świat, umieścić w nim człowieka, tak aby nie wiedział, że jest obserwowany;
dać mu sztucznych rodziców, przyjaciół, żonę, otoczyć statystami; zapalić na niebie sztuczne gwiazdy,
słońce i księżyc - który w momencie, gdy bohater zacznie uciekać, zamieni się w reflektor. Jednak w
odróżnieniu od klasycznych antyutopii literackich Orwella, Huxley'a, Bradbury'ego oraz kina, które z
nich wyrosło, głoszącego nadejście nowego totalu i telewizyjnej superwładzy, film Petera Weira
(według scenariusza Nowozelandczyka Andrew Niccola) ma zdumiewająco jasny ton, jakby należał
już do nowej, posttelewizyjnej epoki. Jest nabity podobną energią i daje podobną satysfakcję, jak
niektóre wolnościowe filmy, które pamiętam z czasów rozkładu poprzedniego systemu, które
pokazywały rzeczywistość, zdawało się, niezmienną i wiecznotrwałą jako zżytą dekorację. I tak samo
jak wtedy za pieniądze państwa powstawały filmy antyustrojowe, tak teraz Paramount funduje nam
spektakl, który obnaża sam siebie, stając się seansem terapeutycznym: z jednej strony daje nam
odczuć potęgę mediów, z drugiej strony rozbija tę potęgę jak bańkę mydlaną. I to przy naszym -
widzów - współudziale. Widz jest wpisany w ten spektakl. Przez większość akcji podglądamy
Trumana z tej samej perspektywy reżysera-demiurga. I doznajemy niezwykłego wrażenia, że postać
wymyka autorowi, wychodzi z ram spektaklu. W trakcie spektaklu zmienia się nastawienie
publiczności i samego reżysera, który nie jest demonem. Tematem "Truman Show" nie jest klatka,
jaką zastawia na nas współczesna kultura. Ten film daje coś więcej niż przestrogę. Daje szansę
spojrzenia na naszą kulturę jako na formę przemijającą, dynamiczną, która sama na siebie zastawia
pułapki i sama znaduje wyjście. Kiedy Jim Carrey kłania nam się w finale, wykonując swój firmowy
uśmiech, mamy wrażenie, że staliśmy się razem z nim mądrzejsi o pewne doświadczenie natury
wewnętrznej. Bierzemy udział w pewnym obrządku kultury, ale mamy poczucie jego względności.
Peter Weir w swoim brawurowym filmie osiągnął efekt paradoksalny: życzymy bohaterowi, żeby
wyszedł z ram spektaklu, a tym samym - żeby spektakl, który oglądamy, wreszcie się skończył. *
Truman Show - film produkcji USA 1998. Reż. Peter Weir.