seitice
24.06.06, 19:41
Nauka Jezusa jest nielogiczna, kontrowersyjna i - paradoksalnie - mało
"chrześcijańska".
Jezus mimo ogólnie znanych, przypisywanych mu zalet był osobą patologicznie
antyrodzinną jak również nietolerancyjną i megalomańską. Tak ogólnie można by
scharakteryzować jego osobowość na podstawie samych tylko opisów w Biblii. Oto
konkretne przykłady.
Na początku pierwszej Ewangelii (4:21-22) czytamy o tym jak Jezus powołuje
niejakiego Jakuba i Jana na swoich uczniów w momencie kiedy naprawiają oni
sieci rybackie z ojcem. Jakub i Jan zostawiają ojca i idą za Jezusem. Autor
Ewangelii nie pisze nic o reakcji starego rybaka, który teraz sam musi
naprawić sieci, żeby móc wyżywić siebie i rodzinę, o której autor nie raczy
nic powiedzieć. Losy ojca Jakuba i Jana jak i jego rodziny wydają się Jezusowi
kompletnie nieważne. "Syn Boży" nie przejmuje się w ogóle tzw. wartościami
chrześcijańskimi.
Bardziej jeszcze moralnie oburzające i antyrodzinne wypowiedzi Jezusa mają
miejsce w innej sytuacji (8:21-22), kiedy Jezus otoczony jest tłumem ludzi
gotowym "gdziekolwiek" iść za nim. Jeden spośród uczniów prosi jednak Jezusa,
aby pozwolił mu najpierw pochować swego ojca, który widocznie - tak się
złożyło - właśnie zmarł. Jezus wtedy odpowiada: "Pójdź za Mną, a zostaw
umarłym grzebanie ich umarłych." Jest to odpowiedź tak skandaliczna, że
autorzy polskiej edycji Biblii Tysiąclecia (wydanie IV) spieszą z
wyjaśnieniem, że chodzi tu o sens metaforyczny, tzn. że według Jezusa, "trzeba
iść bezzwłocznie za powołaniem Bożym" i że "obowiązków zwykłych dopełnią
równie dobrze nie powołani."
Cóż za koszmarna metafora żydowskiego megalomana z Betlejem. Nie tylko wobec
ojców swoich uczniów wykazuje Jezus pogardliwą obojętność. Według Mateusza
12:46-50, wcale nie lepiej potraktował Jezus swoją własną matkę i braci.
Podczas kolejnego, płomiennego ma się rozumieć, przemówienia do "tłumów",
Jezus dowiaduje się, że jego matka i bracia dołączyli się do słuchaczy i
próbują się z nim skontaktować. Jezus, któremu ktoś przekazał tę informację,
jest wyraźnie rozsierdzony i powiada: "Któż jest moją matką i którzy są moimi
braćmi?". Następnie wyciąga rękę w kierunku swoich uczniów i stwierdza, że to
oni są jego matką i braćmi, bo "kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w
niebie, ten Mi jest bratem, siostrą i matką".
Takie odezwanie się o matce i braciach jest zarówno szokujące jak i
niekonsekwentne, bo w innym miejscu przypomina przecież Jezus swoim słuchaczom
tzw. "prawo Boże", które mówi, że trzeba czcić ojca i matkę i że kto
"złorzeczy ojcu lub matce, niech śmierć poniesie" (15:4). Oczywiste jest więc,
że "Syn Boży" nie tylko co innego mówi a co innego czyni, ale również zapomina
o tym, o czym sam głosi w swoich kazaniach.
Ale to nie koniec jezusowskiej antyrodzinnej megalomanii. W Rozdziale 19.,
Piotr pyta się Jezusa, na co on i inni uczniowie Jezusa mogą liczyć skoro
zostawili wszystko i poszli za nim. Wtedy to Jezus obiecuje nagrodę za
opuszczenie domu i rodziny, mówiąc te szokujące słowa: "Każdy, kto dla mego
imienia opuści dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole,
stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy".
I to ma być ten, który jest inspiracją dla polskich katolików i partii
politycznych takich jak Liga Polskich Rodzin! Czy może być coś bardziej
absurdalnego w polskim teatrze absurdu polityczno-katolickiego niż puste
ględzenie ludziom o "wartościach chrześcijańskich" jakich niby nauczał Chrystus?
Czym można tłumaczyć tak patologicznie antyrodzinne nastawienie Jezusa? Może
manią wielkości i chorobliwą chęcią wyłączności? Taka mania jest bardzo typowa
dla kaznodziejów wszelakiej maści, którzy chcieliby zapewnić sobie monopol na
całkowite posłuszeństwo swoich "uczniów" i mieć nad nimi niekwestionowaną
kontrolę umysłową.
A co obiecuje Jezus tym, którzy się z nim nie zgadzają? Dla takich, ten
żydowski kaznodzieja nie ma żadnego miłosierdzia: wszyscy oni pójdą do piekła.
"Idźcie precz ode Mnie", rzecze "Syn Boży", "przeklęci, w ogień wieczny,
przygotowany diabłu i jego aniołom!".
O karach piekielnych przygotowanych przez Boga i jego syna, wszyscy
chrześcijanie wiedzą, a przynajmniej wydaje się, że wiedzą - choć może nie
całkiem sobie zdają sprawę z nieludzkości takiej kary. Natomiast nie wszyscy
chyba wiedzą w jaki sposób wyraża się o swoich przeciwnikach ten mędrzec z
Betlejem. Nie wszyscy wiedzą, że Jezus wcale nie przebiera w słowach i nazywa
wszystkich tych, którzy się z nim nie zgadzają "wężami" i "plemieniem
żmijowym" (12:34, 23:33). Taki dobór słów świadczy, jak podkreślił Russell w
swoim eseju, o "mściwej furii" tego, który ciągle uważany jest, jeżeli nie za
boga, to za najlepszego, moralnie niedoścignionego z ludzi. Dla Russella
jednak, sposób wypowiadania się Jezusa i ton jego wypowiedzi nie wskazują
wcale na doskonałość moralną. I dlatego Russell uważa, że Budda i Sokrates, na
przykład, byli na wyższym poziomie moralnym niż "twórca chrześcijaństwa".
Wyobraźmy sobie przez chwilę, jak byśmy obecnie zareagowali na tego typu
publiczne oświadczenia jakiegoś współczesnego kaznodziei, których ciągle nie
brakuje. Wyobraźmy sobie, że np. nauczyciel w szkole nazywa uczniów, którzy
się z nim nie zgadzają, "wężami", żmijami", czy "plemieniem żmij". Czy nie
należałoby takiego "nauczyciela" zwolnić z pracy i skierować na badania
psychiatryczne?
Według chrześcijan, Jezus to symbol nie tylko szczęścia i ładu rodzinnego, ale
i pokoju w ogóle. Znowu trudno się z tym zgodzić czytając uważnie Nowy
Testament. Oto np. w Rozdziale 10. Ewangelii Mateusza, Jezus nagle stwierdza
co następuje: Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie
przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić syna z jego
ojcem, córkę z matką, synową z teściową; i będą nieprzyjaciółmi człowieka jego
domownicy. (34-36)
I wreszcie to oświadczenie, które szokuje swą antyrodzinną patologią: Kto
kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha
syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. Z pewnością jakiś
zawodowy egzegeta, uciekając się do metaforycznej interpretacji Biblii, będzie
przekonywał, że powyższy tekst nie znaczy to, co znaczy. Że w tak prostym
języku ukryta jest "wielka tajemnica boża", dostępna tylko tym, którzy wierzą,
ale nie myślą logicznie. Albo tym, którzy wierzą, ale nie czytają Biblii,
tylko zdają się na zawodowych interpretatorów żydowskich opowieści i mitów
(księży, biskupów, papieża, itd.), Dlaczego ten, który "przynosi miecz" kocha
pokój, i dlaczego ten, który chce, żeby go kochać bardziej niż kogokolwiek ma
coś innego na myśli niż to, że chce żeby go kochać bardziej niż kogokolwiek?
Ale dla tych, którzy i myślą logicznie, i zadają sobie trud czytania "słowa
bożego", Biblia jest jak każda inna książka: słowem ludzkim, nie boskim; nie
doskonałą w swej mądrości, ale często pozbawioną mądrości; nie o Bogu, ale o
bogu wymyślonym przez ludzi; nie o Jezusie miłującym pokój i szczęście
rodzinne, ale o Jezusie obojętnie i wrogo nastawionym do życia rodzinnego; o
Jezusie mówiącym o kochaniu wrogów a jednocześnie przygotowującym dla nich
męki spalania w płomieniach piekieł na wieki wieków.
Innym problemem jest stosunek Jezusa do swego "Ojca", czyli "jedynego Boga,
stworzyciela nieba i ziemi". Jest to "Ojciec" tak ważny, że jak twierdzi
Jezus, nikt nie powinien nazywać nikogo "ojcem" z wyjątkiem tego jednego "Ojca
w niebie": "Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest
Ojciec wasz, Ten w niebie" (23:9). Niewątpliwie chodzi tu o problem
tłumaczenia aramejskiego słowa "Abba", które zwykle znaczy "ojciec", choć jest
bliższe polskiemu terminowi "tata" czy angielskiemu "daddy". (W języku
aramejskim "Abba" to tytuł "zaszczytny", jak mówi Biblia Tysiąclecia. Termin
aramejski jest użyty w wersji oryginalnej tylko trzy razy w Nowym Testamencie:
w Ewangelii Św. Marka 14:36, w liście do Rzymian 8:15, i w