Dodaj do ulubionych

wypędzeni przez 'polskich patriotów'

13.11.03, 17:24
Misięcznik "Czasopis" z października 2003 r. na okładce zamieszcza zdjęcie
uczniów klasy III szkoły w Żurobicach k. Siemiatycz, wykonane w 1935 r.
Podpis pod fotografią: Wśród wypędzonych, o których w Europie teraz tak
głośno, byli też Białorusini. Niektóre z dzieci, widocznych na tym zdjęciu, z
Białostocczyzny na wschód wygonili "polscy patrioci".

Dziennikarze "Czasopisu" odnaleźli na Grodzieńszczyźnie dwie przedwojenne
mieszkanki Żurobic. Ich wspomnienia opublikowano pod tytułem: Życie z
lierą "A".

"Gdyby nie bandyci, nie wyjeżdżalibyśmy z rodzinnych stron, a teraz moja
Ojczyzna jest tutaj" - mówi 67-letnia Alina Sacharewska. Prawie 60 lat temu,
wraz z rodzicami i starszą siostrą Lidią, zmuszona była uciekać z rodzinnych
Żurobic w pobliżu Siemiatycz na Białoruś i faktycznie rozpoczynać życie od
nowa, choć jeszcze niedawno wydawało się to całkiem niewyobrażalne. Dziś
siostry Sacharewskie mieszkają w Mostach na Grodzieńszczyźnie. O
wydarzeniach, które całkowicie zmieniły ich losy życiowe, mówią co prawda
powściągliwie, ale w ich słowach i ruchach daje się nadal wyczuć poczucie
krzywdy życiowej ludzi, wypędzonych z domu rodzinnego.

Wspomina Alina Sacharewska (ur. w 1936) - Wioska naprawdę była dobra,
Białorusini i Polacy żyli w zgodzie. Razem obchodzili wszystkie święta.
Zapoczątkoweali to Białorusini, zapraszając na święta Polaków, a potem - gdy
były święta katolickie, to Polacy w pierwszej kolejności zapraszali w gości
Białorusinów. Nie było wtedy żadnej różnicy w wiosce, Polak czy Białorusin.
Ale po wojnie sytuacja całkiem się zmieniła. Białorusinów przestano uważać za
ludzi. Gdy poszłam do szkoły, a chodziłam tylko do pierwszej klasy, nazywano
mnie ciągle kacapką. Nawet dla naszych sąsiadów staliśmy się tylko kacapami.

Mówi Lidia Sacharewska (ur. w 1928) - Po wojnie powstał zupełny nieporządek.
Rządzić zaczęli bandyci, w większości Polacy. W naszej wiosce wybili wielu
Białorusinów. Przychodzili, nakładali kontrybucję i trzeba było płacić.
Płacili, płacili, aż w końcu wielu zaczęło już brakować pieniędzy. Wtedy
bandyci przychodzili i zabierali pszenicę, żyto, także wszelką odzież, nawet
dziecięcą. Bandytów tych nazywano Armią Krajową. Przychodzili i mówili: "Jedź
do raju". Przyszli, zabrali wszystko, a na koniec zabrali też i konia,
uprząż, cały rynsztunek. Przyszła wiosna, trzeba robić w polu, a nie ma czym.
I wciąż tylko kacapy i kacapy, "kacapy do raju". Przyszli raz do chaty,
postrzelili kota. Ze strzelbami stali nad dziećmi, nad łóżkami, tak żeby nikt
nawet nie pisnął. Mówili: "Dawaj kontrybucję!", jak nie masz pieniędzy, to
dawaj zboże, wszystko co tylko było w chacie, i mięso, i słoninę. Zabierali
tylko od Białorusinów. Bandyci przychodzili też do cerkwi i kazali batiuszce
odprawiać służbę tylko po polsku. Stali tak przez całą mszę ze strzelbami i
pilnowali, żeby mówił wyłącznie po polsku.

Alina Sacharewska: - Na chatach Białorusinów była jeszcze namalowana
litera "A" - znaczy się przyszła tu Armia Krajowa. Tak samo jak faszyści
Żydom malowali gwiazdę Dawida, tak i nam, Białorusinom, bandyci malowali te
litery "A". Były takie wioski, gdzie mieszkali wyłącznie Białorusini.
Stawiali oni warty i dyżurowali po nocach, nie wpuszczali bandytów. Dzięki
temu te wioski wybroniły się. Pamiętam takie wioski: Czarna Wielka, Czarna
Średnia, Czarna Cerkiewna. Te wioski odbiły się. A my co, mieszkaliśmy za
Żurobicami, na kolonii, jaką tu wartę postawisz, za mało chłopów. Pamiętam,
przyszli pewnej nocy, zabili Śnieżkę, następnej nocy - zabili Mikusa,
pięcioro ludzi w jedną noc, i jeszcze trzy osoby - w następną. Idziemy
rankiem do szkoły, a przed tymi chatami wiszą tylko czarne chorągwie. Cóż
więc pozostawało innym Białorusinom? Tylko wyjeżdżać. Polacy z naszej wioski
wcale się za nami nie wstawiali, bali się.

Lidia Sacharewska: - W 1946 r. nasz ojciec poszedł do Siemiatycz i udało mu
się tam coś załatwić, dali nam nawet za darmo dwa wagony. Na stację kolejową
w Siemiatyczach zawieźliśmy z wioski wszystko samochodem. Załadowaliśmy do
wagonu i siano, i krowy, i źrebaka, nawet kota ze sobą wzięliśmy, psa, gęsi,
wszystko co tylko się zmieściło. W Siemiatyczach sformowano już całe kolumny
Białorusinów z całej Białostocczyzny. Nocą przychodzili Polacy, walili w
patelnie i krzyczeli "Kacapy do raju, do raju, do raju". Ale, zdaje się, że
wtedy ochraniała nas już polska władza. Nikt nas nie męczył, w wagonach
nikogo nie zabijali, tyle że krzyczeli. Gdy wyjechaliśmy, mówiono, że w
wiosce stało się jeszcze gorzej, bandyci chodzili nawet i po polskich
domach.



Obserwuj wątek
    • h.olender Kacapy - do raju 27.11.03, 08:29
      Tak właśnie wygląda w praktyce ta nasza tradycyjna i odwieczna,
      nadzwyczajna "tolerancyjność" i staropolska "gościnność" w wydaniu
      siemiatyckim. Trudno tu zresztą mówić o "gościnności", gdyż ludność prawosławna
      zamieszkuje te tereny od tysiąca lat. Ruscy osadnicy pojawili się w rejonie
      Siemiatycz o kilkaset lat wcześniej od osadników polskich z Mazowsza.

      Listopadowy "Czasopis" przynosi wspomnienia jeszcze jednego mieszkańca Żurobic.
      Józef Pokotiło, jeden z tych byłych białoruskich mieszkańców wsi Żurobice,
      którzy w sierpniu 1946 r. zmuszeni byli opuścić swoje domy, ziemię i
      pospiesznie wyjechać z rodzinnych stron. Wielu z nich, w tym i 18-letniemu
      wówczas Józefowi, wydawało się, że jeśli nie "dziś", to z całą
      pewnością "jutro" wszystko się odmieni i będą oni mogli powrócić do swojej
      wioski, do zwykłego porządku życia, toczącego się od pokoleń. Nic takiego
      jednak nie nastąpiło. Dziś w "Czasopisie" Józef Pokotiło wspomina koleje losu
      swojej rodziny.

      Wyjeżdżaliśmy jako ostatni ze wszystkich Białorusinów. Po wsi wałęsały się już
      wtedy tylko głodne koty i skowyczące psy. Było strasznie, pootwierane drzwi we
      wszystkich porzuconych chatach, tak samo okna, hulał tylko wiatr. Żal było
      chodzić po wsi, wszystko zrabowane. Patrzysz tylko i widzisz: ten ciągnie
      słomę, a tamtem taszczy coś innego. A wszystko to "swoi", sąsiedzi! Z pustych
      domów zdejmowano nawet okna i drzwi. Do dziś mam ten obraz przed swoimi oczami,
      co się wtedy działo. Z Białorusinów w wiosce pozostali tylko starcy i ci,
      którzy nie zdołali wyjechać, albo też zupełna biedota, od której niczego nie
      można było zrabować, bo niczego nie miała.

      Bandyci zaczęli przychodzić do wsi zaraz po zakończeniu wojny w 1945 r. W
      mundurach wojskowych, z karabinami i automatami. Chodzili i węszyli, gdzie co
      lepsza gospodarka i mówili: "Wypierdalaj do raju!" Wywołali u naszych ludzi
      popłoch - a to zabili dwóch ludzi, a to za parę dni jeszcze jednego. Chodzili
      po domach, przedstawiali się jako "Armia Krajowa" i kazali przygotować na
      następny dzień tyle to a tyle tysięcy złotych. Mówili, że pieniądze potrzebne
      są dla rannych, na leki, na konie, na żywność. Chodzili tylko po Białorusinach,
      do Polaków niczego nie mieli. Mówili, że utrzymywać powinni ich tylko
      Białorusini. Dlatego też Białorusini zaczęli wyjeżdżać, porzucając dorobek
      całego swojego życia.

      Dobrze pamiętam nasz ostatni dzień w wiosce. Był upalny dzień, świeciło słońce.
      Dzień przed wyjazdem tata wynajął polskich żołnierzy, żeby pilnowali naszych
      domów, całego dobytu, bo inaczej obrabowano by nas do szczętu. Ile tym
      żołnierzom zapłacił nie powiem, bo nie pamiętam, ale płaciliśmy na pewno, a na
      dodatek jeszcze ich karmiliśmy. Wynajęliśmy łącznie 23 żołnierzy, do spółki na
      trzy rodziny. Pilnowali nas przez całą dobę, dyżurowali w domach, wystawiali
      wartę i patrolowali okolicę w nocy przed naszym wyjazdem.

      Rankiem podstawiono nam samochód wojskowy. Pojechaliśmy do Bielska. Wzięliśmy
      ze sobą tylko rzeczy najbardziej potrzebne, tyle ile mogliśmy. Konia, dwie
      krowy, około 18 owiec, parę świń, zboże, mąkę. Dotarliśmy do Bielska. Trzeba
      było gdzieś to wszystko trzymać. Tata umówił się z pewnym gospodarzem
      mieszkającym na skraju Bielska. Miał on duże podwórko, zmieścił się tam cały
      nasz inwentarz. Mieszkaliśmy tam dwa tygodnie. Tata nie spieszył się z dalszą
      jazdą. Może się jeszcze łudził, że wszystko to jakoś się przemiele, przekręci,
      wróci na swoje miejsce i powrócimy do Żurobic, do naszego domu.

      Ale okazało się, że stało się jeszcze gorzej, bandyci rośli w siłę... Zaczęli
      przychodzić nawet i do Bielska. Pamiętam, że tata powiedział wtedy: "Nie zabili
      nas tam, w Żurobicach, to zabiją tutaj, w Bielsku. Trzeba uciekać". Poszliśmy
      do konsulatu, dali nam wagony, był cały pociąg dla przesiedleńców. Na nasze
      trzy rodziny dali trzy wagony towarowe. Załadowaliśmy bydło do dwóch wagonów, a
      sami wsiedliśmy do trzeciego.

      Zaraz za granicą była stacja Andrzejewce, tam też i wysiedliśmy. Nikt nas nie
      wyganiał z pociągu, można było jechać dalej. Niektórzy dotarli tymi wagonami aż
      do Rosji. Ale nasz tata wysiadł od razu, tuż za granicą. Pewnie nadal myślał,
      że wszystko może się jeszcze odmieni i wrócimy do domu. W Andrzejewcach
      siedzieliśmy - zdaje się - przez tydzień na rampie, było upalne lato. Jedliśmy
      własne zapasy. Żywności nam nie dawali, mówili, że nie ma.

      Po pewnym czasie tata znalazł dom we wsi Krzywonosy, w rejonie wołkowyskim. W
      domu tym mieszkał wcześniej jakiś Polak, który wyjechał do Polski. Dom był
      pusty, ale dość stary, mieszkaliśmy tam jakieś półtora roku. Było nas
      siedmioro, tata z mamą, trzech braci i dwie siostry. Starosta rady wiejskiej
      zapewnił nam transport, aby przewieźć inwentarz. Pamiętam, że przyjechaliśmy 22
      sierpnia, zdążyliśmy jeszcze posadzić ziemniaki. Pomieszkaliśmy tam trochę, ale
      Sowieci zaczęli robić problemy. Tata powiedział, a niech ich wszyscy diabli..
      Kupił dom w Mostach.

      Było nas pięcioro dorosłych dzieci, wszyscy nie mogli się pomieścić w jednym
      domu. Wziąłem sobie działkę, tak samo siostra z bratem, pobudowaliśmy się.
      Sami, władza nam nie pomagała. Dostaliśmy tylko pożyczkę, na tamte pieniądze
      było to 500 rubli. Można było wtedy za to kupić tylko okna i drzwi. Ożeniłem
      się, także z kobietą przesiedloną ze wsi pod Białymstokiem. Żona zmarła 16 lat
      temu...

      Wszystko w życiu minęło, przyszła teraz starość... Gdzieś na początku lat 60-
      tych mój tata był jeszcze w Żurobicach w odwiedzinach, wtedy już było można.
      Sąsiedzi namawiali go do powrotu, ale odmówił. "Już stąd raz uciekałem i więcej
      nie chcę...", powiedział.
    • h.olender o jeszcze kilku wypędzonych 17.12.03, 09:34
      Na tamten, lepszy świat.

      378. Świąder Walerian, zamieszkały we wsi Zabłocie (gm. Milejczyce), na
      gospodarstwie rolnym w Zabłociu, uprowadzony w czerwcu 1946 r. z Zabłocia przez
      członków bojówki WiN pod dowództwem "Rocha" i zamordowany, ciała nie
      odnaleziono.

      389. Tyborowicz Irena, c. Aleksandra i Nadziei, ur. ok. 1931 r. w rodzinie
      chłopskiej, przy rodzicach we wsi Minczewo (gm. Drohiczyn), zamordowana 2
      grudnia 1944 r. w Minczewie przez członków tzw. "sekcji egzekucyjnej"
      dowodzonej przez por. Zygmunta Błażejewicza ps. "Zygmunt", oficera V Brygady
      Wileńskiej AK.

      390. Tychoniuk Aleksander s. Nestora i Marii, ur. ok. 1885 r. w rodzinie
      chłopskiej, wykształcenie podstawowe, na gospodarstwie rolnym we wsi
      Hornowszczyzna (gm. Dziadkowice), żonaty, bezpartyjny, zmordowany 7
      października 1949 r. w Hornowszczyźnie przez członków oddziału WiN pod
      dowództwem Czesława Pileckiego ps. "Jaskółka".

      (Źródło: Czasopis, nr 10 z października 2003 r., rubryka "Zginęli po wojnie")
      • szczerbiec1 Bywa różnie 26.01.04, 20:35
        A może również Białorusini wydawali Polaków gdy wchodziła Armia Czerwona?
        Gdyby w Polsce były konflikty jak w dawnej Jugosławii, byłoby to samo co
        Serbowie Chorwatom zgotowali.Śmierć i płacz.Jestem tolerancyjny ale w historii
        zawsze wykorzystywano mniejszości narodowe jako piątą kolumnę.Radzę:uwaga co
        mówisz i gdzie mówisz.Pst.
        Czasy powojenne były dziwne.Inna była mentalność.Tam gdzie drwa rąbią tam i
        wióry lecą.
        Zbliża się rocznica Powstania Styczniowego w Siemiatyczach. Warto zastanowić
        się z kim przez lata walczyliśmy.
        P h.olender, bojówki to byly SS a nia WiN czy NSZ.
        • h.olender Re: Bywa różnie 05.02.04, 11:18
          szczerbiec1 napisał:

          > A może również Białorusini wydawali Polaków gdy wchodziła Armia Czerwona?

          Ale czy istniały na tych terenach jakieś białoruskie bandy, które zajmowały się
          grabieniem i mordowaniem Polaków?

          > Jestem tolerancyjny

          Ha, ha, ha. Świetny dowcip.

          > P h.olender, bojówki to byly SS a nia WiN czy NSZ.

          Tak napisano w "Czasopisie". To zresztą tylko kwestia terminologii.
          Słowo "bojówka" jest nawet dość neutralne. Większość prawosławnej ludności
          zamieszkałej na tych terenach używa terminu "bandy".
          • aldon Re: Bywa różnie 10.02.04, 14:18
            Wiekszość prawosławnej ludności uzywa określenia bandy a wiekszość katolickiej
            ludności używa określenia bohaterzy. Czy jak w życiu punkt widzenia zalezy od
            punktu siedzenia.
            Pozdrawiam
            Aldon
            • h.olender bohaterzy - zbrodniarze 10.02.04, 16:55
              aldon napisał:

              > Wiekszość prawosławnej ludności uzywa określenia bandy a wiekszość
              > katolickiej ludności używa określenia bohaterzy.

              A już najtrudniej pogodzić się z tym, że nasi "bohaterzy" bywali też zwykłymi
              bandziorami i zbrodniarzami.
              • szczerbiec1 Re: bohaterzy - zbrodniarze 11.02.04, 22:01
                Mniejszości narodowe nie miały regularnych oddziałów.Działały cicho i
                skrycie.To dzięki nim tylu Siemiatyczan odmroziło sobie ręce na Syberii.
                P. h.olender-w Związku Sybiraków nie ma mniejszości.Ciekawe jak TO skomentujesz.
                Swoich nie wysyła się ,prawda ?
                Zauważyłem,że nawet wysłany na Syberię- Białorusin nie powie złego słowa na
                Rosjan. Podobnie jest w Iraku.Są zamachy dzięki Irakijczykom, a oni oskarżają
                Amerykanów.
                P. h.olender-powtarzam, jestem tolerancyjny, ale jak ktoś mi pluje w twarz ,to
                ja zawsze oddaję.
                • h.olender Re: bohaterzy - zbrodniarze 12.02.04, 11:57
                  szczerbiec1 napisał:

                  > P. h.olender-w Związku Sybiraków nie ma mniejszości.
                  > Swoich nie wysyła się ,prawda ?
                  > Zauważyłem,że nawet wysłany na Syberię- Białorusin nie powie złego słowa na
                  > Rosjan.

                  To w końcu Białorusini byli wysyłani na Syberię czy też nie? Bo już się
                  pogubiłem w tych sprzecznych zeznaniach.

                  > P. h.olender-powtarzam, jestem tolerancyjny

                  Już prawie uwierzyłem ;-)
                  Gdzieś czytałem, że niemal wszyscy pensjonariusze więzień są głęboko przekonani
                  o swojej niewinności, i że za kratki trafili całkowicie niesłusznie.
    • h.olender Re: wypędzeni przez 'polskich patriotów' 26.03.04, 13:33
      W numerze 12/03 Czasopisu zostal zamieszczony niepodpisany list z Hajnowki, w
      ktorym autor protestuje przeciw zamieszczeniu w pazdziernikowym numerze
      informacji "o jakichs dzieciach bialoruskich wypedzonych przez
      polskich "patriotow" i nazywa takie informacje "chamskimi, nacjonalistycznymi i
      wrecz szowinistycznymi". Nie wiem, gdzie sie urodzil, gdzie wyrosl i jakie
      wyksztalcenie otrzymal autor listu, ze nic nie slyszal i nic nie wie o
      zbrodniczych wyczynach swoich ziomkow (sic!), ktorych mozna nazwac podanymi
      wyzej epitetami. Kazdy starszy mieszkaniec Hajnowki wie o tych niechwalebnych
      zajsciach. Replikant napisal, ze "wsrod katolikow, jak i prawoslawnych, sa
      ludzie i ludziska" i przytoczyl przyklad, jak pewien prawoslawny przyglupek
      rozpalonym zelazem okaleczyl jego rasowego psa. Oczywiscie potepiam takie
      postepowanie i uwazam, ze jego sprawca winien byc surowo przez sad ukarany. Ale
      na pewno, powtarzam, na pewno, surowo ukarani zostac powinni mordercy 2872
      osob, zamordowanych na Bialostocczyznie w pierwszych latach powojennych i
      sprawcy wypedzenia ponad 39 tysiecy osob ze swych chat, ze swej ziemi, do ZSRR.

      Dziei ze wsi Zurobice kolo Siemiatycz, z fotografii zamieszczonej w
      pazdziernikowym Czasopisie, tez zostaly wypedzone. Doszlo do tego, ze ludzie z
      domow oznaczonych literami K+M+B, do wojny zyjacy se swoimi sasiadami w
      normalnych stosunkach, przeksztalcili sie nagle we wrogow, zadajacych, by ci
      sasiedzi wynosili sie "do Stalinka", bo tylko oni tutaj beda mieszkac. Mimo ze
      mieszkali tu od wiekow, powinni teraz poddac sie na wschodzie rzadom, ktore
      stworzyl im Felek Dzierzynski. Tak wypedzeni zostali mieszkancy prawoslawnej
      wsi Pokaniewo w gminie Milejczyce. A w spalonych w 1946 roku przez
      bande "Burego" Zaleszanach (gm. Kleszczele) ploneli zywcem kobiety, dzieci,
      krowy i uwiazane na lancuchach psy. Autor wspomnianego na poczatku listu
      napisal, ze jego okaleczony rozpalonym zelazem pies plakal. A czy slyszal on,
      jak plakali mieszkancy Zaleszan i innych palonych i rabowanych wiosek? Raczej
      nie, nie chce slyszec. Mogl sobie za to przeczytac (Czasopis 10/03) kolejny
      wykaz zamordowanych po wojnie mieszkancow Bialostocczyzny. Dalej autor listu ma
      pretensje do Sokrata Janowicza, ze zle wyrazal sie o Armii Krajowej i nazywa
      taka postawe nacjonalistyczna, a wrecz szowinistyczna, jak gdyby polskosc AK
      dawala jej prawo do czynienia zla. Moze AK w centralnej Polsce, w Warszawie,
      wygladala inaczej, bo tam w jej szeregach bylo wiecej inteligencji. Trzeba
      tutaj wiedziec, ze Sokrat Janowicz na swej wschodniej Bialostocczyznie nie mogl
      raczej obserwowac pozytecznej walki AK z okupantem niemieckim, ale mogl znac
      jej stosunek do Bialorusinow. O tym stosunku czytal zapewne nie tylko w
      polskich wydawnictwach, stad jego ocena moze byc blizsza prawdy.

      Mnie i moja rodzine w dniu 28 wrzesnia 1947 roku tez obrabowala polska banda,
      ubrana w polskie mundury z ryngrafami Matki Boskiej; na powitanie powiedzieli
      nawet: "Niech bedzie pochwalony Jezus Chrystus" i przystapili do rabunku.
      Wszystko z domu zabrali, a mlodszemu memu bratu Janowi rekojescia pistoletu
      rozbili glowe, aby pokazal, gdzie jest schowany moj akordeon. Ani ja, ani
      rodzice polityka sie nie zajmowalismy i nie sluzylismy ani w polskich, ani w
      radzieckich urzedach. Takie dzialania, jak to opisane powyzej, nie zostaly
      dotad prawidlowo ocenione i potepione. Obywatel z Hajnowki, jak wielu jemu
      podobnych, nie chce nawet o tym wiedziec i sluchac. Jest on tez zdziwiony tym,
      ze prawoslawni nie uwielbiaja papieza, co w jego oczach jest "ksenofobia i
      nietolerancja w wykonaniu bialoruskim". A sprawa jest przeciez zupelnie jasna:
      prawoslawni maja swoja religie, swoje duchowienstwo, swoje obyczaje, modlitwy,
      nabozenstwa i swoich koscielnych zwierzchnikow, totez maja obowiazek
      byc "poddanymi" owych duchownych i sluchac wlasnie ich wskazowek. Klaniac sie
      papiezowi nie maja obowiazku - tak samo, jak katolicy nie podlegaja duchownym
      prawoslawnym.

      (Mikolaj Kopczuk, Bialystok, list opublikowany w "Czasopisie" nr 3 z 2004 r.)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka