Moje serce rozdarło się dzisiaj po raz kolejny. Żeby nie mieszać opowiem od
początku.
w Styczniu 2006 roku byłam już w 34 t.c. i dowiedziałam się, że mój synek nie
żyje. Wywołano "naturalny" poród. Najkoszmarniejsze godziny z mojego
życia,potem łyżeczkowanie, pogrzeb, mała sosnowa trumienka. przyczyna zgonu-
uduszenie pępowiną, ale dziecko było za małe na wiek ciążowy, tylko 1140 g.
Styczeń 2007, 29 t.c. kolejnej ciąży - szpital, ciąża wysokiego ryzyka.
27.01.07 szybka cesarka na dyżurze. Córka, 31 t.c., 2pkt Apgar, skrajna
hypotrofia, wylewy do mózgu,retinopatia, wada serca... Ma trzy lata i mogę
powiedzieć, że się cudem wygrzebała z tego wcześniactwa.
12.2009 poronienie w 9 t.c. Czekam , aż wszystko do końca ze mnie
wyleci,a jak nie to łyżeczkowanie

Trzy ciąże i każda inaczej patologiczna. Nie wytrzymuję tego nerwowo.
Moje koleżanki i kuzynki zachodzą w ciąże i rodzą bez problemu. Aktualnie
siedem bliskich mi kobiet jest w ciąży. Tylko ja mam takie koszmarne problemy.
Miałam mnóstwo badań i narazie wszystko ok. Lekarze już chyba nie mają
pomysłów. Tak bardzo chciałabym być normalna. Nie chcę przecież milionów w
totka. Też tak macie?