Witajcie, jestem tutaj poraz pierwszy. Miałam nadzieję nigdy tu nie trafić, ale zapewne każda z nas miała.
O drugie dziecko staraliśmy się z mężem równo rok. Był to czas stresujący (głównie dla mnie), bo od początku przeczuwałam, że już tak łatwo nie pójdzie (z córką zaciążyłam od razu). Badania wykazały brak owulacji. Zaczęłam leczenie. Dokładnie rok po rozpoczeęciu starań zobaczyłam na teście II kreski. Radość była ogromna, choć coś ją zaczęło wyciszać. Nie potrafiłam się do końca cieszyć. Na pierwszym USG potwierdzającym zobaczyłam 2,7mm pęcherzyk. Na kolejne bylam umówiona po 3 tygodniach, ale po tygodniu trafiłam do szpitala z plamieniem. Po tym, co usłyszałam po USG moja radość legła w gruzach. Ciąża bliźniacza, jednojajowa, jednoowodniowa z jednym zarodkiem martwym. Lekarze nie dawali szans drugiemu, chociaż mój lekarz był innego zdania.
Po tygodniu wyszłam do domu. Na wizycie u swojego lekarza dowiedziałam się, że drugi maluch jednak żyje, ale ma jest wadliwy. Miał jakąś przetokę, w której była krew. Lekarz powiedział, że do końca I trymestru (to byl 8 tc) powinien obumrzeć i się wchłonąć nie zagrażając drugiemu.
Niestety...po dwóch tygodniach dowiedziałam się, że nie żyją oba. Umarły w 9tc4d mając zaledwie po 25 i 27 mm
Jestem prawie tydzień po zabiegu, moja rozpacz jest ogromna. Myślałam, że lżej ją przejdę, mając u boku 4 letnią córeczkę.
Czuję się źle, nie lubię siebie, obrzydza mnie moje ciało. Boję się dotknąć mojego pustego brzucha.
Mam wielkie oparcie w mężu i koleżance, która też kiedyś straciła swoje dzieciątko.
Chciałabym i się boję kolejnej ciąży. Możemy się starać po 3-4 m-cach, ale kolejnej straty bym nie zniosła.