Straszna ochota mnie naszla na poczatku drugiej ciazy, by obejrzec sobie
zdjecia usg poprzedniego malucha (z 7 i 10 tygodnia). Dopadlam do swojego
'medycznego' segregatora, przerylam go, potem przewalilam szafe i wiecie co
sie okazalo - ze nie ma sladu po nich. Dlugo nie moglam sobie przypomniec
gdzie je wsadzilam, az nagle oswiecilo mnie: wyrzucilam je w przyplywie
zlosci, zaraz po pierwszym poronieniu. Chyba bylam wtedy lekko oszolomiona i
szybko wymazalam ten epizod (epizod wyrzucania) z pamieci, bo dlugo potem
bylam przekonana, ze leza sobie spokojnie schowane (i tez nigdy ich wczesniej
nie poszukiwalam). Gdy odkrylam, ze je wyrzucilam i nigdy juz nie zobacze
mojego pierwszego robaczka, z glowka i raczkami - zalamalam sie. Nie moglam
uwierzyc, ze wtedy podarlam je i wywalilam do smieci. Strasznie przykro mi
sie zrobilo... Ze nie ma juz ani sladu, poczulam, ze zrobilam krzywde
maluchowi, ze wtedy nie chcialam na te zdjecia patrzec, ze sie ich
pozbylam...

Okropne. Wyrzucic jedyna pamiatke...

((
Strasznie chcialabym teraz obejrzec te nieistniejace juz zdjecia...
Przypomniec sobie jak wygladalo moje dziecko, bylo juz takie duze... Wydaje
mi sie, ze podniosloby mnie to na duchu. Po drugiej ciazy mam tylko zdjecie
usg z 3 tygodnia. Tylko taka mala kropeczke. W 5 tygodniu tez bylam na usg,
ale zabraklo w gabinecie papieru w drukarce... W 7 tyg. juz zdjecia nie
chcialam.
Czasem jednak zastanawiam sie teraz, czy gdybym zatrzymala te zdjecia i mogla
je obejrzec, czy nie cierpialabym bardziej. Przypominaloby sie wszystko ze
zdwojona sila... Moze tak jest lepiej...
Kochane, czy zachowalyscie sobie zdjecia usg Waszych utraconych maluchow?
Zagladacie do nich?
Buziaki
--
Aga