Dodaj do ulubionych

słowa i czyny, które łagodziły ból.....

10.12.04, 16:58
Zaisa rozpoczęła wątek "słowa, które nie powinny pasć" i bardzo dobrze, bo
napewno każda z nas spotkała się z okrucieństwem polskich szpitali i lekarzy
ale ja chciałam coś ku pokrzepieniu serc. W całej tej tragedii napeno
spotkałyście się też z ludzkimi odruchami, słowami czy czynami lekarzy a może
pielęgniarek.
Ja napisze o swoim przypadku (choć w w wątku Zaisy też się (nieststy)
wypowiadałam.
Jak byłam w szpitalu na zabiegu to opiekowała sie mną bardzo młoda
pielęgniarka, była przesympatyczna gdyby nie ona to bym chyba tego nie
wytrzymała. Mąż mi opowiadał, że jak juz byłam po zabiegu ale jeszcze wpół
przytomna (z powodu narkozy) to cały czas opowiadałam mu jaka ta pielęgniarka
jest urocza smile ja tego nie pamiętam ale on mi mówił, że ja tak trajkotałam o
niej bez przerwy. Ona zreszta to słyszała bo a to lek podała a to kroplówka
itd. i tylko sie uśmiechała do mojego Męża. Muszę Wam powiedzieć , że żałuję,
że się nie zapytałam jak się nazywa bo chyba bym jakąś pochwałę do dyrektora
szpitala wysłała!
Obserwuj wątek
    • yadrall Re: słowa i czyny, które łagodziły ból..... 10.12.04, 22:50
      Ja podam pozytyw. Już po zbiegu na sali
      obudziłaqm się z narkozy przepisowo bez poduszki,ale z moim malutkim
      jasieczkiem pod głową. Położna podłożyła mi ją pod głowe,bym sie lepiej czuła
      jak otworze oczka. A wieczorem jak pielęgniarka przyszła dać zastrzyk z
      antybiotyku to spytała jak się czuje oraz czy przynieść mi jakąś tabletke,zebym
      mogła lepiej zasnać,bo rozumie,że moje nerwy są nadwyrężone... Ogólnie opieka
      pielegniarska w szpitalu w Wejherowi (pomorskie) jest SUPER!!!
    • zaisa Re: słowa i czyny, które łagodziły ból..... 10.12.04, 23:00
      Tak, Gago, ten watek jest bardzo potrzebny. Tylko szkoda, ze te ludzkie odruchy
      tez wymagaja opisywania, a rzadko sa czyms normalnym, po prostu "ludzkim".

      U mnie to bylo przytulenie, objecie. Siedzialam na tym nieszczesnym sedesie,
      chyba chodzilo juz o lozysko - polozna kucala obok a ja wlasciwie na niej
      wisialam i moglam plakac i cos mowic.
      Za pierwszym razem tez polozna albo pielegniarka prowadzila mnie z gabinetu usg
      - podtrzymywala, dopytywala sie o szczegoly zwiazane z ciaza.
      Potem salowa, myjaca podloge, do mnie, takiej bez zycia na lozku: "Trzeba
      lezec?" "Teraz chyba to juz wszystko jedno..." Nie powiedziala nic wiecej, ale
      jej glos, westchnienie, spojrzenie - wiedzialam, ze wspolczuje, ze wie, ze cierpie.
      Ale ile tego bylo - kilka minut na trzy dni?
      • akala Re: słowa i czyny, które łagodziły ból..... 21.12.04, 11:28
        Bardzo potrzebny. Za wiele widzi sie tych zlych przykladow, a przeciez nie
        mozemy uwierzyc, ze caly swiat jest zly kiedy nam sie cos zlego przytafia.
        Dodaje moje doswiadczenia, ze szpitala Sw.Jana w Salzburgu - i musze
        powiedziec, ze w calym tym koszmarze caly czas czulam wdziecznosc dla ludzi
        ktorzy mnie otaczali. Tak sie stalo, ze akurat w dniu kiedy zaczelam krwawic, a
        nie wiedzialam jeszcze, ze to oznacza jakies wieksze problemy (dwa dni po
        zrobieniu testu - krotko bylam swiadoma mama), zostalam akurat sama w domu, moj
        Przyjaciel wyjechal na spotkanie firmowe do Bawarii i nie zostawil numeru
        telefonu. Zadzwonilam do pierwzsego lepszego ginekologa, zeby sie upewnic co do
        tych krwawien - i od tej pierwszej chwili wszyscy ludzie, z ktorymi mialam
        kontakt okazywali sie troskliwi, ciepli i spokojni. Asystentka ginekologa
        odeslala mnie do izby przyjec, proszac zebym uwazala na siebie i dala jej znac,
        jak sie sytuacja rozwija. Powedrowalam do szpitala, gdzie ujal mnie ten sam
        spokoj i cieplo, ale bez rozczulania sie - na izbie przyjec, w gabinecie, przy
        USG ktore nie pokazalo nic z oczekiwanej osmiotygodniowej ciazy, u pielegniarek
        ktore zabraly mnie na patologie... I pozniej to samo - rzeczowy spokoj, ale
        pelen troski i wspolczucia. Lekarze, siostry, pacjentki na mojej sali...
        Wszyscy zachowywali sie cicho i z szacunkiem - mimo, ze mieli ze mna mase
        klopotow bo bylam w panice, przerazona i nie docieralo do mnie to co mowili -
        moj niemiecki jest ciagle bardzo slaby, trzeba bylo powtarzac i tlumaczyc po
        kilka razy. To byl akurat tydzien kiedy na bloku operacyjnym byly wlasciwie
        same poronienia - i cale mnostwo, wiec czasu nikt nie mial za duzo, ale u nas i
        tak plynal jakos wolniej. W nocy rozmawialam dlugo z pielegniarka,
        przejrzalylmy krok po kroku cala dokumentacje, badania, zeby jeszcze raz
        zorientowac sie jakie sa szanse. Kiedy rano okazalo sie ze poziom hormonow
        ciazowych spada gwaltownie, nikt nie mial mi za zle placzu i spazmow -
        wedrowalam po korytarzu i mam ciagle w pamieci pielegniarki przygotowujace
        swiateczne dekoracje, oszroniony park za oknem i dwie pacjentki z zaawansowanym
        rakiem, siedzace pod stojakami do kroplowek (razem z patologia ciazy jest tu
        tez onkologia), ktore sie do mnie bardzo smutno usmiechaly. Wszystko dalej
        istnieje, mimo mojej straty, czas plynie w strone Bozego Narodzenia, i sa
        ludzie, ktorym tego czasu nie starczy na jeszcze jedna probe... Nagly dystans
        do samej siebie, porownianie mojej sytuacji do ich sytuacji...
        Zabiegu bardzo, okropnie sie balam, ze wzgledu na narkoze. Na moja prosbe
        prowadzacy anestezjolog zrezygnowal z mojego koszmaru - maski - i dostalam
        tylko zastrzyk. Ostatnie co pamietam, to lekarke prowadzaca zespol, ktora
        prosila zeby mnie czyms choc troche przykryc "Dziewczyna trzesie sie z zimna,
        tak strasznie sie denerwuje, biedna" i anestezjolog nachylajacy sie nade
        mna "Dr.Maier, ja sie pania opiekuje, juz dobrze".
        Na drugi dzien wypisali mnie do domu, zapraszajac jednoczesnie na nabozenstwo w
        szpitalnej kaplicy (12.12 to w Austrii dzien dzieci zmarlych przed urodzeniem).
        Wychodzac ze szpitala, chcialam sie wlasciwie modlic za tych wszystkich ludzi -
        salowe, pielegniarki, lekarzy, pacjentki - i czulam ta wlasnie wdziecznosc za
        to, zachowywali sie "po ludzku". Bylo strasznie, ale moglo by byc jeszcze
        straszniej, gdyby oni wszyscy nie byli tacy zyczliwi. Mialam szczescie.

        Pozdrawiam cieplutko, Ala
        • angieblue26 Re: słowa i czyny, które łagodziły ból..... 18.04.05, 09:55
          Moj maz przytulil mnie i powiedzial, ze nasza dzidzia nie umarla. Po prostu z
          jakiejs przyczyny to nie byl jeszcze jej czas. Teraz czeka na moment, kiedy
          bede gotowa - a jej duszyczka wroci do mnie z nowa ciaza.
          To cialko bylo tylko stateczkiem, srodkiem transportu. Poprzedni sie zepsul,
          trzeba go naprawic, wtedy nasza Kruszynka znow bedzie z nami.

          Powiedzial jeszcze, ze dla niego nadal jestem w ciazy, chocby miala trwac
          bardzo dlugo - skonczy sie dopiero wtedy kiedy przyjdzie na swiat nasza Fasolka.
          • akala Dziękuję... 19.04.05, 10:53
            Angieblue, dziękuję Ci za ten list. Słowa Twojeg Męża dokładnie oddają też
            nasze uczucia - wiem, że Dziewczyny tutaj na różne sposoby tłumaczą sobie
            odejście swoich dzieci - żadna z nas nie może wiedzieć na pewno, gdzie są ich
            duszyczki - dlatego wszystkie mamy prawo oczekiwać tego, co uznajemy za słuszne
            i nikt nie ma prawa nam powiedzieć, że nasze oczekiwania nie są prawdziwe -
            jakie by nie były.

            Zastanawialiśmy się nad tym wiele razy, i dla nas byłoby niemożliwie
            niesprawiedliwe, gdyby dusze wszystkich utraconych dzieci musiały odejść i
            nigdy więcej nie wrócić, nienarodzone - bez spotkania ze światem, bez
            doświadczenia całego piękna i okropności Życia. Może to nie całkiem zgodne z
            teologią, ale łatwiej jest mi wierzyć, że Bóg nie pozwoliłby naszej Dziewczynce
            pojawić się tylko na chwilę, na te osiem tygodni, zabierając ją potem już na
            zawsze. Nie, ja wierzę, że jej przygoda ze światem jeszcze się nie rozpoczęła,
            jak napisałaś - "z jakiejś przyczyny to nie był jeszcze jej czas, jej duszyczka
            wróci do mnie z nową ciążą, kiedy będzie gotowa". To ciałko, które straciliśmy,
            był tylko kruchą łupinką, ale dusza naszego dziecka jest silna i powróci,
            musimy tylko o niej pamiętać i wezwać ją z powrotem... Więc przygotowujemy się
            i czekamy na właściwy moment. Oby ten moment szybko nadszedł i dla Was...
            Ściskam mocno, Ala
            • angieblue26 Akala... 19.04.05, 11:52
              To nie mi trzeba dziekowac, ale mojemu mezowi smile
              Nie moge sie doczekac, kiedy wroci z pracy, zeby jeszcze raz mu podziekowac, za
              to, ze jest...
    • kathrin78 Re: słowa i czyny, które łagodziły ból..... 22.04.05, 17:35
      W klinice spotkałam się z zaangażowaniem, pomocą, zrozumieniem i współczuciem. Od czasu jak się dowiedzieliśmy mąż czekał ze mną, opiekował się mną podczas okropnych bóli po czopku rozmiękczającym macicę, dopilnował abym dostała środek przeciwbólowy, czekał podczas zabiegu, po zabiegu i moim przebudzeniu stał już przed salą - jego widok był mi wtedy bardzo pomocny, całą noc spędził przy mym łóżku, a następnego dnia zabrał do domu. Wziął wolne na kilka dni i płakał razem ze mną. Wspólnie z najbliższą rodziną, która nas wspierała podczas pożegnania pochowaliśmy nasze kruszynki.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka