pani_mw
13.08.07, 18:47
5 lipca - pozytywny wynik testu ciążowego (ok 4 tydzień), następnego dnia
kwiaty od ukochanego, wspólna kolacja z moimi rodzicami i świętowanie
wieczorem ze znajomymi (ja wróciłam wcześniej do domu, do sąsiedniego bloku, a
narzeczonego koledzy przynieśli - dosłownie przynieśli na rekach nad ranem)...
Później badania (beta HCG, glukoza, morfologia, mocz, toksoplazmoza) i 13
wizyta u ginekologa. Karta przebiegu ciąży założona, wyniki w normie. Trochę
stresu, obaw i lęku - umowa o pracę do lutego, zaplanowany wcześniej ślub na
październik, ale duże wparcie od narzeczonego. 21 lipca pierwsze USG - poszłam
sama. Lekarz pokazał mi pęcherzyk żółtkowy i powiedział, że nie widzi zbyt
wyraźnie, ale być może są dwa zarodki - aż mi się ciepło zrobiło. Pokazał mi
bijące serduszko (sprzęt nie złapał echa, ale wyraźnie było widać, że bije -
lekarz uspokajał, że to może być wina urządzenia, że tak się zdarza). Kazał
przyjść za tydzień, żeby upewnić się czy będą bliźniaki czy też nie.
Pojechaliśmy na badanie razem. Weszliśmy do gabinetu i szok! Dostałam
skierowanie do szpitala na wyłyżeczkowanie. Nie wierzyłam - nie miałam żadnego
plamienia, krwawienia - jedyne co teraz kojarzę to to, że przez ostatni
tydzień wrócił mi apetyt - wręcz zasysało mi żołądek, mogłam jeść non stop.W
tym wszystkim nie pytałam o nic - na czym polega zabieg, czy w znieczuleniu
itp. Pierwszy telefon do mamy i płacz... W szpitalu powiedzieli, że skoro nie
krwawię to mam przyjechać w poniedziałek. pojechaliśmy do drugiego szpitala,
bo myśleliśmy, ze nas spławili. Tam nas też nie przyjęto, bo trwał akurat
remont całego oddziału ginekologicznego. Lekarka na konsultacji powiedziała mi
jednak, że nie ma pośpiechu z zabiegiem, bo dla kolejnych ciąż będzie jeżeli
dojdzie do naturalnego poronienia i jak sama zacznę krwawić. Weekend trwał dla
nas całą wieczność - nie docierało do nas to co sie stało - tym bardziej, że
nadal nie krwawiłam. Jak sobie pomyślałam, że noszę martwe dziecko... Z całej
niewiedzy o takiej sytuacji łudziliśmy się, że jest jeszcze jakaś szansa, że
wynik USG w szpitalu będzie inny... Niestety... Pojechaliśmy w poniedziałek
rano do szpitala - przyjęli mnie na oddział i czekałam - sama. Narzeczonego
wyprosili, bo to "nie czas na wizyty". Pielęgniarka przyniosła mi ulotkę
(www.poronienie.pl) i pismo od szpitala, że mi współczują utraty dziecka itp.
Po powrocie z USG zastałam na korytarzu moją mamę... Wiedziałam już, że będę
miała zabieg w narkozie... Rozmowa nam się nie kleiła, nie bałam się, nie
płakałam, nie panikowałam - byłam nad wyraz spokojna tego dnia. Gorzej z mamą
- popłakała mi się i to ja musiałam ją pocieszyć i postawić do pionu - teraz
obie się z tego śmiejemy... Ok. 13 zabrano wszystkie panie z sali pod
zabiegowy - byłam przed ostatnia - nawet nie pamiętam o czym wtedy myślałam...
Wezwano mnie do gabinetu, zaproszono na fotel. Jak tylko usiadłam zamknęłam
oczy, żeby nie przyglądać się tym wszystkim narzędziom, białym ścianom i
twarzom lekarzy. Pamiętam tylko jak przywiązano mi nogi do fotela. Obudziłam
się na sali. Wezwałam pielęgniarkę, bo czułam jak krew leci mi po udach.
Zmieniła mi podkład i zostałam sama. Później przyszedł psycholog - nie miałam
ochoty rozmawiać, słuchałam tylko tego co mówi, niewiele odpowiadając na
pytania. Po 15 przyjechał mój narzeczony. Pomógł mi iść do łazienki, a to ile
krwi tam zobaczyłam przeraziło mnie. Umyłam się, ubrałam i pojechaliśmy do
domu. Lekarz na obchodzie powiedział, że mogę zostać w szpitalu, ale nie
chciałam, fizycznie dobrze się czułam. Zapytał tylko ile chcę zwolnienia
lekarskiego - miesiąc, dwa - uśmiechnęłam się tylko i powiedziałam, że
maksymalnie do końca tygodnia, bo muszę wracać do pracy (ja - głupia!). We
wtorek dopiero do mnie dotarło to co sie stało, najgorzej było wieczorami -
gdy szum całego dnia się wyciszał. Narzeczony pracował od rana do wieczora,
więc widzieliśmy sie tylko rano przez pół godziny i godzinę wieczorem. I tak
przez ostatnie dwa tygodnie. W tak trudnym dla nas obojga okresie nie mogliśmy
spędzać przez pracę więcej czasu razem. Trudno... Ja nie mam pretensji i
rozumiem... Choć chwilami wściekałam się, że akurat teraz muszę to przeżywać
sama i on też jest sam. Tydzień temu pojechałam na konsultację do gin, bo
zaczęłam mocno krwawić i czułam, że złapałam jakieś zakażenie. Dość długo
rozmawiałam z lekarzem (pierwszy raz u niego byłam) - wysłuchał mojej historii
i bardzo pozytywnie mnie nastawił, a co gorsza powiedział o błędach jakie
popełnił szpital, albo może inaczej - o czy nie poinformowali mnie lekarze w
szpitalu. Pierwsz rzecz dotyczyła samego zabiegu - nie poinformowano mnie, że
jest inny sposób niż mechaniczne rozciągniecie szyjki i oczyszczenia macicy.
Dla mnie lepiej by było, gdybym dostała tabletki poronne i naturalnie zaczęła
krwawić, bo na tym etapie ciąży płód wydala się sam, całkowicie. Tyle, że
wymagało by to leżenia w szpitalu kilka dni i czekania - czyli zajmowanie
łóżka i strata większej ilości pieniędzy za pobyt przez szpital. Lekarze
poszli na łatwiznę, bo wyłyżeczkowanie jest szybsze i tańsze, choć
niekoniecznie lepsze dla zdrowia kobiety. druga sprawa o której powiedział mi
lekarz podczas konsultacji to to, że skoro już rozciągnięto mi szyjkę to
powinni mi przepisać antybiotyki przeciwbakteryjne i przeciwgrzybiczne, żeby
nie doszło do zakażenia z jakim właśnie przyszłam na tą konsultację. Dostałam
jeszcze dwa tygodnie zwolnienia - lekarz śmiał się, że mam łapać ofertę last
minute i lecieć gdzieś wylegiwać się pod palmami - dla ochrony zdrowia
psychicznego. Pod palmami się nie wyleguję, ale odpoczywam w domu... po dwóch
tygodniach od zabiegu postanowiliśmy się kochać - czułam się dobrze, nie
krwawiłam już, zrobiliśmy to delikatnie i głównie z potrzeby bliskości po tym
co się stało i tych dwóch tygodniach spędzonych prawie osobno. Liczyłam się z
tym, że to co się goi znowu zacznie krwawić i tak sie stało,ale dobrze nam to
zbliżenie zrobiło. Teraz robię badania na krzepliwość krwi... Każdy z lekarzy
miał swoją teorię na temat tego co było przyczyną - właśnie problemy z
krzepliwością krwi, zwykła infekcja np. katar, albo po prostu błędy
genetyczne... Mam nadzieję, że wyniki będą ok i nic nie stanie nam na
przeszkodzie, żeby zacząć starać sie za 3 miesiące ponownie... Chyba, że
psychicznie nie będę na to gotowa, bo póki co boję się zbliżać do dzieci.
Wypisałam się i chcę to zdarzenie zostawić już za sobą, nie wracać do tego,
nie rozdrapywać...