inti1978
23.10.07, 15:25
Przejrzałam posty na forum i widzę tu wiele cierpienia, smutku, ale i radości,
pomocy i szczerych uczuć. Gdybym nie była w takim stanie jaki jestem, jasno
zdawałabym sobie sprawę, że wielu z Was przeżywa coś znacznie gorszego ode
mnie. Ale mam nadzieję, że zrozumiecie - dla mnie jest to największa tragedia
w moim prawie 30-letnim życiu i muszę się przed kimś wygadać...
Może więc od początku.
Postanowiliśmy z mężem, że jesienią zajdziemy w ciąże i będziemy mieli
ślicznego, pulchnego różowiutkiego dzidziusia już późną wiosną. Życie jednak
zgotowało nam niespodziankę i jak się okazało, po prawie 2 miesiącach, że
zaszłam w ciąże w na początku sierpnia. Miałam pewne babskie komplikacje i
dość późno zorientowaliśmy się, że jestem w ciąży - był to pamiętny 23
września... zachowałam sobie test ciążowy, aby pokazać go kiedyś mojemu
maleństwu... Cieszyliśmy się strasznie... okropne słowo... ale naprawdę tak
było, jak dwa głupki, jak dzieci. Wcześniej nie staraliśmy się o dziecko bo
praca, kariera, mieszkanie itp. I nie myśleliśmy, że uda nam się za pierwszym
razem, nie wyobrażacie sobie jaka byłam szczęśliwa. Bardzo już go pragnęłam -
tej małej kruszynki która daje tyle szczęścia i radości. Zarejestrowałam się
do mojego ginekologa, ale na wizytę musiałam czekać ponad 3 tyg. Postanowiłam
więc wcześniej pójść gdzie indziej i potwierdzić mój stan. Bardzo miła i
konkretna Pani doktor mnie zbadała, powiedziała, że wszytko jest ok - 10 t.c.
Byliśmy zaskoczeni, ale bardzo szczęśliwi. Dostałam skierowania na wszystkie
potrzebne badania, USG itp. Postanowiłam jednak, że zrobię je tuż przed wizyta
u mojej gin, aby wszytko było świeże i aktualne i to był mój błąd... Nie
trafiłam już do mojego gin, bo 17.10, na trzy dni przed planowaną wizytą
wylądowałam w szpitalu z mocnym krwawieniem. USG wykazało dużego krwiaka
(46x35 mm) i odwarstwienie się kosmówki - koniec 10 t.c. Ale najważniejsze, ze
misio fikał koziołki, serduszko biło, tętno w normie... Zostałam w szpitalu.
Krwawienie ustało, przez jeden dzień nic nie leciało, ja leżałam w łóżku, mąż
o mnie dbał, strasznie się martwił, wiem, ale nie pokazywał tego po sobie.
Niestety w trzeciego dnia krwawienie wróciło, malutkie jak mi się wydawało, w
porównaniu z tym na początku. Koleje USG, krwiak się nie wchłania, kosmówka
odwarstwiona, leżeć... Ale serduszko bije i jest ok. Pełna nadziei i wiary
grzecznie poszłam leżeć, to była 11 rano. O 15-16 dostałam strasznych skurczy,
krwawienia i stało się... moje maleństwo, które jeszcze 5 godz. wcześniej
fikało koziołki... Już go nie ma... Od tego czasu minęło kilka dni, a ja nie
mogę się pozbierać, jest mi źle, chce mi się wyć. Boję się, że następną ciąże
też poronię... To chyba moja wina, gdybym wcześniej się zorientowała, gdybym
nawet kilka dni wczesniej zrobiła to cholerne USG to krwiak byłby mniejszy,
można było tą ciążę uratować, a tak...
Łzy lecą mi na klawiaturę, ręce mi się trzęsą, ale w głębi duszy wierzę, że
będziemy jeszcze mieli naszego misia. Tylko kiedy, ile razy jeszcze będę
ronić, ile razy nam się nie uda. Boję się i nie wiem, czy za te kilka
miesięcy, kiedy będziemy już mogli zacząć starać się o dziecko, będę mogła,
będę chciała, nie będę się bała. Będę się obawiać, że znów coś zepsuję, że
nie dam rady.
Nie wiem, czy ktoś z Was to przeczyta, ale najważniejsze, że to z siebie
wyrzuciłam... TO MOJA WINA!