Dodaj do ulubionych

ŁUŻYCZANIE- EUROPEJSCY TYBETAŃCZYCY

21.06.04, 15:42
Kto przekroczy graniczną Nysę Łużycką i pojedzie na zachód przez teren RFN,
ten po jeździe mniej więcej półgodzinnej zauważy dwujęzyczne napisy na
tablicach przydrożnych i stacjach kolejowych, czasami także dwujęzyczne
szyldy, albo nawet ktoś z miejscowych zagadnie przybysza z Polski w mowie,
która jest podobna do naszej i przy większej uwadze okazuje się w dużym
stopniu zrozumiała, aż może nawet słabo zorientowanemu Polakowi wydać się, że
ma do czynienia z polskimi słowami i napisami. Pamiętam, że wielki neonowy
napis na nieistniejącym już budynku w centrum Budziszyna: Haus der Mode ? Dom
mody przybysze od nas odbierali jako napis niemiecko-polski, ponieważ nie
mieli pojęcia o istnieniu Łużyczan ani o ich języku, nie przypuszczali więc,
że napis "Dom mody" był w języku górnołużyckim, tak się złożyło, że akurat w
tych słowach identycznym z polszczyzną. Taka pomyłka świadczy o nieznajomości
naszych bliskich sąsiadów zza Nysy, którzy ze swojej strony mają o nas
wyjątkowo dobre mniemanie. Tysiąc z górą lat temu Łużyczanie pozbawieni
zostali przez Niemców własnej państwowości i z tego powodu nie wchodzili w
konflikty graniczne z Polakami, od których z czasem oddzielił ich pas
kolonizacji niemieckiej, natomiast po trzecim rozbiorze znaleźliśmy się w
położeniu podobnym do nich, niektórzy Polacy pomagali im, pisali o nich, czym
zaskarbili sobie wdzięczność Łużyczan. Obraz Polaka w opinii "małego narodu"
jest wyjątkowo dobry, z naszej strony należy się przynajmniej życzliwe
zainteresowanie położeniem społeczności, która ufa w naszą szlachetność.
Na początku XXI wieku żyje zaledwie około 70 000 Łużyczan rozproszonych na
własnej ziemi pośród Niemców i niektórym u nas wydaje się, że nie warto
poświęcać uwagi tak małej społeczności i w dodatku niezamożnej. ? Lepiej
trzymać z silnymi i bogatymi ? myślą sobie. Ale nie wszyscy podzielali to
stanowisko. Wilhelm Bogusławski, autor Rysu dziejów serbołużyckich wydanych w
Petersburgu w 1861 roku pisał we wstępie do tego dzieła: "Wartość każdej
społeczności historia ocenia nie według ilości milionów lub mil kwadratowych,
lecz według przeświadczenia, z którym lud postępuje do zrozumienia jestestwa
swego według tej wytrwałości, która niczym się nie zrażając, prowadzi do
rozwinięcia własnych sił i użycia onych na pożytek ogólny ludzki. A któż
zaprzeczy, że pod tym względem Serbołużycznie przewyższyli wiele ludów na
świecie?" Autorowi prekursorskich Dziejów, Wołyniakowi, którego konieczność
zmusiła do życia w rosyjskiej stolicy, darujmy rusycyzm "serbołużycki" i
romantyczny patos. Doceńmy raczej to, że podczas wartościowania starał się
nie brać pod uwagę czynników powierzchownych, najłatwiej dostrzegalnych, ale
zauważał wartości moralne, głęboko, jego zdaniem, tkwiące w Łużyczanach. "Lud
taki ? ciągnął rozważania wstępne ? ośm [sic!] wieków żył w statecznym oporze
przeciw systematycznemu niemczeniu", z czego wyciągał wniosek, że ów lud "nie
tylko nie stracił prawa do zaszczytnego miejsca w dziejach, lecz owszem
zasługuje na szczególne poznanie jego przeszłości, tym bardziej, że zaśpiewał
pieśń odrodzenia wtedy właśnie, kiedy go policzono do zmarłych".

Koniec tego narodu obwieszczał już Marcin Luter i dlatego stał na stanowisku,
że nie warto na język łużycki tłumaczyć niczego, a podobnie myślały następne
pokolenia Niemców. Pomylili się jednak. Naród łużycki, chociaż porównywany
bywa do topniejącej bryły lodu, nie wsiąkł do końca w niemieckich przybyszów,
pomimo że Łużyczan korumpowano, wyśmiewano lub straszono, byle wyrzekli się
własnej tożsamości. Pewnej pomocy doznawali ze strony Czechów i Polaków, a
pomoc ta miała nie tylko wymierną wartość w pieniądzu, ale głównie znaczenie
moralne. I dla małego narodu, i dla jego prześladowców była przypomnieniem,
że jest on częścią wielkiej wspólnoty słowiańskiej, otrzymuje też od niej
środki na zachowanie swojej tożsamości. Środki, jakich sam nie zdoła
zgromadzić, gdyż do narodowości łużyckiej przyznawali się zwykle biedni
wieśniacy, gospodarujący na małych kawałkach ziemi, a także wyrobnicy w
miastach. We wdzięcznej pamięci mają Łużyczanie polskiego pisarza Józefa
Ignacego Kraszewskiego, który pieniądze ofiarowane mu podczas jubileuszu 50-
lecia pracy pisarskiej (zebrało się 2000 marek) przekazał jako fundusz
wspomagający uczniów narodowości łużyckiej. Pieniądze z funduszu
Kraszewskiego mieli otrzymywać ci uczniowie i studenci, którzy czynią
największe postępy w nauce języka ojczystego. Chodziło o to, aby tej ofiary
nie nadużywali tacy uczniowie i studenci pochodzenia łużyckiego, którzy w
pogoni za karierą zapominać woleli o swoim pochodzeniu. W nagrodę za trud
poniesiony przy nadobowiązkowej nauce języka ojczystego (obowiązkowo trzeba
było uczyć się niemieckiego, francuskiego, języków klasycznych) blisko
czterystu niezamożnych uczniów i studentów otrzymało stypendia z funduszu
Kraszewskiego. Niedawno też (1998) uczcili Łużyczanie uroczystą sesją w
Budziszynie 150-lecie urodzin polskiego adwokata Alfonsa Parczewskiego
urodzonego w Wodzieradach koło Łodzi, a mieszkającego długo w Kaliszu,
następnie organizatora studiów prawniczych na odrodzonym Uniwersytecie
Warszawskim i następnie na Wileńskim, gdzie nawet był rektorem. Parczewski z
własnej kieszeni zapłacił za druk dolnołużyckiej czytanki dla początkujących
i za wydany z jego własnej inicjatywy książkowy kalendarz pod
nazwą "Pratyja", gdzie łużycki wieśniak mógł we własnej mowie przeczytać
porady gospodarskie, ciekawostki ze świata i własnego kraju, coś z historii
własnego narodu itp. Zresztą nie tylko Parczewski i nie tylko na powyższe
cele dawali grosz polscy przyjaciele najmniejszego narodu słowiańskiego,
który był i jest zbyt mały i zbyt biedny, aby sam zdołał zaspokoić własne
potrzeby edukacyjne i kulturalne. Pomagali Polacy (obok Czechów) przy
pokryciu Serbskiego Domu w Budziszynie, przyjmowali na wakacje łużyckich
uczniów i studentów oraz młodzież wiejską na uniwersytet ludowy w Dalkach.
Nie będę wyliczał wszystkich przejawów naszej pomocy dla Łużyczan, bo nie
chodzi tu o przechwałki. Chcę natomiast wyjaśnić, że z powodu tamtych
precedensów oni i teraz oczekują od nas zaangażowania w projekty ważne dla
ich przyszłości. Podczas istnienia NRD państwo wschodnioniemieckie, które
chciało okazać swoją poprawność i wzorowe podejście do prześladowanej w
Rzeszy mniejszości, finansowało potrzeby kulturalne Łużyczan: prasę, teatr
zawodowy i wiejskie teatry amatorskie, chóry, radio, szkoły, Serbski ludowy
ansambl czyli łużycki odpowiednik naszego Mazowsza lub Śląska, instytut
naukowo-badawczy w Budziszynie i naukowo-dydaktyczny przy uniwersytecie w
Lipsku i inne. Z przedstawicielami Łużyczan spotkał się premier O. Grotewohl,
ich delegację przyjął prezydent Wilhelm Pieck, o którym dyskretnie
rozpuszczano pogłoskę, że pochodzi z dolnołużyckiej rodziny nazwiskiem Pjeck.
Pogłoska ta nie była nigdy dementowana. Prawdą jest, że Pieck pochodził z
Gubina czyli z miasta na Łużycach, może nawet jego przodkowie rzeczywiście
nazywali się Pjeck, co po polsku brzmiałoby: Piecyk, przecież ogromna część
Niemców w NRD to zgermanizowani Słowianie, rzecz jednak w tym, czy mają oni
łużycką, lutycką, obodrycką świadomość narodową? Oczywiście nie! Także u
Wilhelma Piecka nie sposób doszukać się jakichś prołużyckich postaw, a plotka
miała werbować zwolenników dla komunistycznych władców. Była to oczywista
manipulacja. Jednak niektórym Łużyczanom wydawało się początkowo, że w NRD
znaleźli swoją własną ojczyznę; wiersz o tym napisał Jurij Brezan, nagradzany
w NRD pisarz łużycki.

Za rządowe wsparcie przyszło jednak płacić bezwzględnym posłuszeństwem wobec
wszelkich poczynań władców NRD. Także w tych, które były niebezpieczne dla
istnienia małego narodu. Jednym z celów wyznaczonych przez władze była szybka
i przymusowa kolektywizacja gospodarstw wiejskic
Obserwuj wątek
    • witomir Re: ŁUŻYCZANIE- EUROPEJSCY TYBETAŃCZYCY 21.06.04, 15:43
      Jednym z celów wyznaczonych przez władze była szybka i przymusowa
      kolektywizacja gospodarstw wiejskich. W wielkich gospodarstwach kołchozowych
      łużyccy chłopi pracowali z Niemcami, którzy najczęściej zajmowali kierownicze
      stanowiska i środkiem komunikacji językowej stał język niemiecki, inaczej niż w
      gospodarstwach rodzinnych, w których przy pracy mówili po swojemu. Drugim
      czynnikiem bardzo niebezpiecznym stało się oparcie enerdowskiej energetyki na
      węglu brunatnym. A węgiel brunatny zalega pod łużyckimi wsiami. Kopalnictwo
      węgla brunatnego zaczęło się na Łużycach już przed stu laty, w okresie
      międzywojennym. Na tle wykupywania gruntu chłopskiego przez firmy wydobywające
      węgiel powstała nowela Jana Skali Stary Szymko (została przetłumaczona na
      polski), której tytułowy bohater pomimo nacisków ze strony kapitalistów trwa na
      swoim kawałku gruntu jak na placówce. To nie przypadek zresztą, że Placówka B.
      Prusa została pt. Na straži przetłumaczona na język górnołużycki. Ale w
      przedwojennych Niemczech, bogatych w węgiel kamienny, wydobywanie węgla
      brunatnego odbywało się na stosunkowo małą skalę. W NRD węgiel brunatny stał
      się podstawowym paliwem. Robiono z niego brykiety, spalano w elektrowniach,
      przetwarzano na benzynę. Powstawały wielkie kombinaty górniczo-energetyczne, a
      przy nich brykieciarnie, elektrownie, zakłady przetwórcze, przy nich zaś nowe
      osiedla mieszkaniowe, bo takie kombinaty potrzebowały po kilkanaście tysięcy
      ludzi do pracy. Dostarczały ich wioski likwidowane pod odkrywkowe kopalnie
      węgla brunatnego, podobnie jak to stało się u nas np. w okolicach Bełchatowa.
      Tylko że tam stało się tak na nieporównanie większą skalę. Poza tym poziom wód
      gruntowych tak bardzo się obniżył, a zanieczyszczenia powietrza, związkami
      siarki zwłaszcza, tak źle wpływały na hodowlę roślin i zwierząt, że nawet te
      wsie, które nie zostały rozryte przez gigantyczne koparki, ani nie zasypane
      przez zwałowiska ziemi, nie miały szans na dotychczasową egzystencję. I one
      ulegały kombinatom i popadały w ruinę. Niemal cały obszar środkowych Łużyc
      przypominać zaczął księżycowy krajobraz bez zieleni, bez śladów życia
      organicznego. Łużyczanie, wcześniej społeczność głównie wiejska, znajdowali
      więc nowy rodzaj pracy w kombinatach i nowy dach nad głową w osiedlowych
      blokach. "Socjalistyczna industrializacja" dotykała także Niemców, ale im
      przynajmniej nie groziła wynarodowieniem, natomiast Łużyczanie pomieszani w
      nowych osiedlach z Niemcami i pracujący z Niemcami tracili możność posługiwania
      się własnym językiem z otoczeniem. Łużycczyzna pozostawała przydatna najwyżej w
      gronie rodzinnym, lecz i tu nie dla najmłodszych, dla tych, co musieli chodzić
      do niemieckich żłobków i przedszkoli. Zniszczenie w całości około
      osiemdziesięciu wsi, w których zamieszkiwali Łużyczanie i częściowo
      kilkudziesięciu dalszych, stało się ciężkim ciosem wymierzonym w mały naród,
      dla którego straty poniesione przy kolektywizacji tudzież industrializacji były
      odpowiednio dotkliwsze niż dla Niemców. Beznadziejny klimat wsi łużyckiej
      przeznaczonej na zagładę oddała dobrze Angela Stachowa w mikropowieści Vineta,
      gdzie na tle gigantycznych maszyn kopalnianych w pustoszejącej wsi, którą
      opuszczają mieszkańcy, zaczyna kiełkować uczucie między dwojgiem młodych,
      uczucie w zalążku skazane na zniszczenie, oni bowiem są świadomi, że ich świat
      kończy się jak niegdyś słowiańska, nadbałtycka Wineta, a przyszłość jest
      niewiadoma.

      Do tych klęsk przyszło w latach sześćdziesiątych ograniczenie miejsca języka
      ojczystego w nauczaniu szkolnym. Przedmioty takie jak biologia, chemia, fizyka,
      nauczanie techniczne miały być odtąd nauczane wyłącznie w języku niemieckim. Za
      szykanę należy też uznać kierowanie absolwentów łużyckiej szkoły pedagogicznej,
      dla których łużycki był językiem ojczystym, do szkół niemieckich, a
      przeznaczanie do szkół z nauczaniem języka łużyckiego absolwentów tegoż
      pedagogium narodowości niemieckiej, którzy w latach swoich studiów język (górno)
      łużycki poznali niedoskonale. Upierał się na przykład taki niemiecki słuchacz
      owego studium przygotowującego nauczycieli dla szkół łużyckich, że nie jest
      błędne zdanie: šuler steji před blidu (to jest: uczeń stoi przed stołem), skoro
      mówi się: šuler steji při blidu (uczeń stoi przy stole). Niemieccy nauczyciele
      z takim pojęciem o języku, którego mieli uczyć, wzbudzali tylko niechęć uczniów
      i ich rodziców do przedmiotu i jałowej nauki, a o to właśnie chodziło.

      Ludzie postawieni na kierowniczych stanowiskach w ogólnołużyckiej organizacji
      DOMOWINA otrzymywali polecenia, aby z Łużyczan wykrzesać entuzjazm i dla
      kołchozów, i dla zagłady wsi łużyckich, i dla ograniczania nauki w językach
      łużyckich. DOMOWINA traciła zaufanie ludu, uczciwi ludzie byli stopniowo
      odwoływani z funkcji, nastąpił kryzys zaufania.

      Wspominam ostatni festiwal kultury łużyckiej w czerwcu 1989 roku, zorganizowany
      na pokaz z wielkim rozmachem, a na koniec z bankietem dla zagranicznych gości.
      Wiele wskazywało, że czas ważnych przemian nadchodzi też dla NRD. Jednak
      ówcześni działacze DOMOWINY pytani przeze mnie, jak mają poczynać sobie
      Łużyczanie, gdyby doszło do połączenia państw niemieckich, nie mieli żadnych
      pomysłów, a tylko wyrażali pogląd, że byłoby to katastrofą dla ich narodu. Za
      kilka miesięcy załamał się jednak system rządów w NRD, w następnym roku doszło
      do zjednoczenia Niemiec i wtedy okazało się, że brakuje Łużyczanom dobrych
      pomysłów na nową sytuację, a "wielki brat" w osobie Gorbaczowa nie wymógł
      żadnych korzyści dla Łużyczan za cenę zjednoczenia, np. utworzenia z Górnych i
      Dolnych Łużyc osobnego kraju związkowego, co było dość skromnym życzeniem
      Łużyczan, któremu jednak Niemcy nie uczynili zadość i Łużyczanie nadal są
      podzieleni między Brandenburgię i Saksonię. Rosjanie nieraz odwoływali się do
      słowiańskich uczuć Łużyczan, traktując jednak ten naród w sposób
      instrumentalny. Wprawdzie są w Rosji prawdziwi przyjaciele "małego narodu
      słowiańskiego", co nie może dziwić, skoro są też w Japonii, Korei czy
      Australii, nie mają oni jednak potrzebnego wpływu. Wychodząc z byłej NRD
      Rosjanie pozostawili "słowiańskich braci" sam na sam z Niemcami.

      Sytuacja na Łużycach po 89 roku uległa przemianie. Sprawiedliwość każe
      przyznać, że niektóre zmiany były na korzyść. Na przykład kontakty z krajami
      Unii Europejskiej, wyjazdy do nich i do wielu innych krajów stały się łatwe i
      proste. Tak samo kontakty z innymi małymi narodami, np. Walijczykami,
      Lapończykami, Fryzami, Baskami... U Bretończyków podpatrzyli Łużyczanie system
      dwujęzycznej edukacji od wieku przedszkolnego i po dostosowaniu do własnych
      warunków starają się go realizować jako WITAJ-projekt. Na przełomie czerwca i
      lipca tego roku w Chrósćicach na Górnych Łużycach odbył się międzynarodowy
      festiwal pod nazwą: Folklora małych ludow z třoch kontinentow. Łatwiejsze są
      też kontakty z Polską, przyjazdy do nas, podczas gdy w NRD na polonofilów
      łużyckich spoglądano jak na kontrrewolucjonistów, po powrocie byli
      przesłuchiwani przez Stasi, zdarzały się szykany.

      Zmalało tempo niszczenia wsi łużyckich przez kopalnictwo węgla brunatnego, co
      nie znaczy, że ich niszczenie minęło. Głośny stał się opór mieszkańców wsi
      Rogow (niem. Horno) przed zniszczeniem jej przez kombinat "Laubag". Próżno
      przedstawiciele kapitalistów argumentują, że przy eksploatacji węgla zatrudnią
      miejscowych i zmniejszy się liczba bezrobotnych. Pomimo że bezrobocie na
      obszarze Łużyc jest wysokie, ludzie nie chcą zatrudnienia przy pracy, która ma
      niszczyć ich społeczność i środowisko przyrodnicze. Dodam, że projekt
      rozkopania Rogowa jest niebezpieczny i dla Polski, wieś leży bowiem blisko
      granicy na Nysie, a węgiel z niej ma opalać kotły elektrowni położonej tak
      blisko rzeki, iż dymy z węgla brunatnego są zwiewane najczęściej na polską
      stronę. Rogow stał się w Niemczech głośny z powodu
      • witomir Re: ŁUŻYCZANIE- EUROPEJSCY TYBETAŃCZYCY 21.06.04, 15:43
        Rogow stał się w Niemczech głośny z powodu zaciętej walki prowadzonej przez
        jego mieszkańców z firmą wydobywczą w sądach wszystkich instancji. Sądy te
        kolejno stawały po stronie kapitału; zdesperowanym mieszkańcom udało się tylko
        o kilka lat odwlec wyrok zagłady na ich wieś, a teraz udają się ze skargą do
        międzynarodowego trybunału w Strasburgu, nie sądzę jednak, aby okazał się on
        lepszy od krajowych instancji niemieckich. Na korzyść nowego porządku można
        więc powiedzieć tyle, że zagładę wsi można odwlekać i liczyć na zniechęcenie
        przeciwnika ? firmy "Laubag" - przez długie procesy, kolejne apelacje, co w NRD
        było nie do pomyślenia. Ale zamiar zniszczenia kolejnej wsi łużyckiej drąży
        umysły decydentów tak samo jak dawniej .
        Instytucje łużyckie z braku środków finansowych ciągle ograniczają liczbę
        pracowników i liczbę celów do realizacji. W poszukiwaniu oszczędności
        niemieckie władze federalne i krajowe ? Brandenburgii i Saksonii ? ograniczają
        wydatki na cele ważne dla Łużyczan. Niedawno protesty opinii dolnołużyckiej
        wywołała decyzja o likwidacji zaocznych studiów dla nauczycieli języka
        dolnołużyckiego na uniwersytecie w Poczdamie i połączeniu ich z sorabistyką w
        Lipsku, co wprost uniemożliwi studentom zaocznym naukę. Likwiduje się szkoły z
        nauką w mowie ojczystej i stawia uczniów przed wyborem dalekich dojazdów albo
        uczęszczania do pobliskiej szkoły z nauczaniem tylko niemieckim. A podczas
        pisania tego artykułu otrzymałem najnowszy numer tygodnika "Nowy Casnik", z
        którego dowiaduję się, że wspomniany przeze mnie wcześniej zespół pieśni i
        tańca czyli Serbski ludowy ansambl z braku pieniędzy musi w najbliższym czasie
        zwolnić dziesięciu muzyków, siedmiu chórzystów i dwie tancerki. Podobne
        wiadomości napływają co tydzień. Rozgoryczony dziennikarz łużycki pyta więc ?
        przepiszę to dosłownie, aby czytelnicy mieli próbkę języka dolnołużyckiego ?
        kaka jo ta ironija : we tłustych knigłach na Europski parlament se pišo, kak
        derje a pśikładnje Nimska Serbow a jich kulturu a rec spechujo a podperujo. W
        praksy jo to hynac! [Jakaż to ironia: w grubych księgach dla parlamentu
        europejskiego pisze się, jak to dobrze i przykładnie Niemcy popierają Łużyczan
        i pielęgnują ich kulturę i mowę. W praktyce jest to inaczej!] I kończy
        pytaniem: Chto buźo našym źiśam raz rozjasniś, až taki bogaty kraj, kenž ma
        pjenjeze za wšo možne, njoco wecej Serbam to daś, což trjebaju za swojo
        žywjenje a eksistencu? [Kto wyjaśni naszym dzieciom, że taki bogaty kraj, który
        ma pieniądze na wszystko, nie chce dać Łużyczanom tego, co im potrzebne dla
        życia i egzystencji?] I w tym samym numerze inna wiadomość, że władze saskie
        pomimo protestów zamierzają od nowego roku szkolnego zamknąć łużycką szkołę w
        Chrósćicach . Uzasadnienie jest zawsze takie samo: oszczędności budżetowe,
        konieczność dostosowania wydatków do rygorów Unii Europejskiej wynikających z
        przyjęcia od 2002 roku euro jako środka płatniczego, a oszczędności te dotykają
        tak samo Niemców jak Łużyczan. Ale to pozorna sprawiedliwość. Wiadomo przecież,
        że przy oszczędnościach jednakowo równych, "sprawiedliwych", zanim tłusty
        schudnie, chudy umrze. I to, co nie udało się średniowiecznym margrabiom, ani
        Bismarckowi, ani Hitlerowi, tzn. zniszczenie narodu łużyckiego, może udać się
        demokratycznym (socjaldemokratycznym albo na odmianę
        chrześcijańskodemokratycznym) władzom Niemiec, chwalonym w międzynarodowych
        gremiach oraz instytucjach w rodzaju Rady Europy i Unii Europejskiej,
        przyjmowanych z honorami na szczytach G-8, na których dyskutuje się rzekomo o
        pomocy najsłabszym. Eksterminacja Łużyczan może się udać, biorąc pod uwagę
        obojętność "braci słowiańskich", a faktycznie ich rządów, wrażliwych na uśmiech
        Joschki Fischera i podobnych indywiduów, a niewrażliwych na krzywdę. Tak to
        właśnie jest z rządzącymi.



    • sztylet69 Re: ŁUŻYCZANIE- EUROPEJSCY TYBETAŃCZYCY 22.06.04, 21:36
      Ja juz nie mam sil prostowac tych wszystkich glupot, zreszta pisalem na tym
      forum wiele o Serboluzyczanach (nie: Luzyczanach, bo to po prostu mieszkancy
      krainy Luzyce a wiec i Niemcy, i Serbowie, i Polacy itd).
      Stosunek do Polakow wcale nie jest rozowy, tez o tym pisalem.

      Wies Rogow/Horno: pare tygodni temu bylem tam po raz ktorys. Wies juz w zasadzie
      nie istnieje, wyrobisko podeszlo pod szose. Wyglada to tak,ze pol wsi na
      poludnie od szosy (szosa przecinala wies mniej wiecej na pol) juz nie istnieje,
      widac krawedz odkrywki.
      Jeszce jedno: Rogow juz na koncu nie byl wsia serbska. Od 1945 roku stpniowo
      ludzie sie asymilowali, do Rogowa zjechala bardzo duza grupa przesiedlencow z
      terenow przyznanych Polsce (tzw wypedzeni). Oni zmienili radykalnie sklad
      etniczny wsi serboluzyckich.We wsi mieszka ostatni rolnik z zona, nie chce
      opuscic wsi, nazywa sie Domain. Pare razy rozmawialem z nim, facet jest
      samowystarczalny (tzn ma wlasny ogrod ze wszystkim, lacznie z ziolami, owocami,
      warzywami, miodem itd). Co ciekawe, ten czlowiek nie ma slowianskich korzeni ale
      jezdzi sprzedawac niektore owoce (i po sadzonki) na targ do polskiego Gubina i
      podlapal polskich slowek.
      Tam tez czasem bywa angielski pisarz ktory pisze o Rogowie itd. Natomiast
      okolica nie jest juz serbska, nawet we wsi obok jest serboluzycka szkola
      podstawowa, ale maja ja zamknac.

      Wracajac do tematu postu: Serboluzyczanie (nie Luzyczanie!) bardziej
      przypominaja Celtow (Szkotow, Walijczykow) a nie Tybetanczykow. Bo swojej
      kultury pozbywaja sie stopniowo, przez pokojowa asymilacje, po prostu dzieci (z
      wyjatkiem kilku wiosek kolo Kamenza) wola bardziej atrakcyjna kulture niemiecka,
      z TV, popkultura itd.Nie bylo agresji jak w Tybecie. I tak jak u Celtow, sa
      jednostki ktore sie z tym nie pogodzily, np dzialacze itp
    • sztylet69 Re: ŁUŻYCZANIE- EUROPEJSCY TYBETAŃCZYCY 22.06.04, 21:47
      "Głośny stał się opór mieszkańców wsi
      Rogow (niem. Horno) przed zniszczeniem jej przez kombinat "Laubag". Próżno
      przedstawiciele kapitalistów argumentują, że przy eksploatacji węgla zatrudnią
      miejscowych i zmniejszy się liczba bezrobotnych. Pomimo że bezrobocie na
      obszarze Łużyc jest wysokie, ludzie nie chcą zatrudnienia przy pracy, która ma
      niszczyć ich społeczność i środowisko przyrodnicze. Dodam, że projekt
      rozkopania Rogowa jest niebezpieczny i dla Polski, wieś leży bowiem blisko
      granicy na Nysie, a węgiel z niej ma opalać kotły elektrowni położonej tak
      blisko rzeki, iż dymy z węgla brunatnego są zwiewane najczęściej na polską
      stronę"

      I znowu bzdura. Ludzie,tez mieszkancy Rogowa, chca tej pracy. Wielu twierdzi,ze
      protest byl po to,zeby podbic ceny wykupu nieruchomosci w Rogowie. Byly nawet
      wypadki kupowania czegokolwiek:trawnikow, sadu, klombu. Tylko po to,zeby miec
      jakakolwiek nieruchomosc na terenie wykupu Laubagu.
      Kiedy Laubag podal ile zaplaci odszkodowania (sumy takie,ze wielu juz nie bedzie
      pracowalo do konca zycia), plus darmowy domek dla kazdego-to niektorzy
      mieszkancy wsi mieli za zle protestujacym (soltys, paru rolnikow, ekolodzy) ze
      przedluzaja sprawe.
      Faktycznie, Laubag wybudowal Nowe Horno, pre kilometrow dalej, na przedmiesciach
      Barsc/Forst.

      To,co idzie z kominow elektrowni Picnjo/Peitz (jej kominy goruja nad cala
      okolica) to para wodna. W czasach komunistycznej NRD cala okolica faktycznie
      byla czarna, np mieszkancy Chociebuza/Cottbus mowili,ze bez sensu bylo
      wychodzenie w bialej koszuli-bo zaraz byla szara.

      Zagrozenie dla Polski jest inne: olbrzymia dziure w ziemii po odkrywce zalewa
      sie woda (a jest o co walczyc, bo np kolo Boxbergu dziura ma 60 km kwadr!!), co
      sciaga wode z calej okolicy., Polacy prostestowali, poniewaz widocznie polskie
      lasy maja a malo wody, schna, iglaste partie robia sie rude.

      Ale poza tym, poelcam okolice. Ja w ogole stamtad pochodze (30 km), polska
      strona Nysy jest bardzo ladna, rozlegle lasy, pagorki, wawozy, no i zalew w
      Raduszcu. Teraz po wejsciu do UE coraz wiecej szkopow przyjezda do nas na ryby.
      Kolo Raduszca i dalej Krosna Bobr wpada do Odry.A to kiedys ziemie serboluzcykie.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka