witomir
21.06.04, 15:42
Kto przekroczy graniczną Nysę Łużycką i pojedzie na zachód przez teren RFN,
ten po jeździe mniej więcej półgodzinnej zauważy dwujęzyczne napisy na
tablicach przydrożnych i stacjach kolejowych, czasami także dwujęzyczne
szyldy, albo nawet ktoś z miejscowych zagadnie przybysza z Polski w mowie,
która jest podobna do naszej i przy większej uwadze okazuje się w dużym
stopniu zrozumiała, aż może nawet słabo zorientowanemu Polakowi wydać się, że
ma do czynienia z polskimi słowami i napisami. Pamiętam, że wielki neonowy
napis na nieistniejącym już budynku w centrum Budziszyna: Haus der Mode ? Dom
mody przybysze od nas odbierali jako napis niemiecko-polski, ponieważ nie
mieli pojęcia o istnieniu Łużyczan ani o ich języku, nie przypuszczali więc,
że napis "Dom mody" był w języku górnołużyckim, tak się złożyło, że akurat w
tych słowach identycznym z polszczyzną. Taka pomyłka świadczy o nieznajomości
naszych bliskich sąsiadów zza Nysy, którzy ze swojej strony mają o nas
wyjątkowo dobre mniemanie. Tysiąc z górą lat temu Łużyczanie pozbawieni
zostali przez Niemców własnej państwowości i z tego powodu nie wchodzili w
konflikty graniczne z Polakami, od których z czasem oddzielił ich pas
kolonizacji niemieckiej, natomiast po trzecim rozbiorze znaleźliśmy się w
położeniu podobnym do nich, niektórzy Polacy pomagali im, pisali o nich, czym
zaskarbili sobie wdzięczność Łużyczan. Obraz Polaka w opinii "małego narodu"
jest wyjątkowo dobry, z naszej strony należy się przynajmniej życzliwe
zainteresowanie położeniem społeczności, która ufa w naszą szlachetność.
Na początku XXI wieku żyje zaledwie około 70 000 Łużyczan rozproszonych na
własnej ziemi pośród Niemców i niektórym u nas wydaje się, że nie warto
poświęcać uwagi tak małej społeczności i w dodatku niezamożnej. ? Lepiej
trzymać z silnymi i bogatymi ? myślą sobie. Ale nie wszyscy podzielali to
stanowisko. Wilhelm Bogusławski, autor Rysu dziejów serbołużyckich wydanych w
Petersburgu w 1861 roku pisał we wstępie do tego dzieła: "Wartość każdej
społeczności historia ocenia nie według ilości milionów lub mil kwadratowych,
lecz według przeświadczenia, z którym lud postępuje do zrozumienia jestestwa
swego według tej wytrwałości, która niczym się nie zrażając, prowadzi do
rozwinięcia własnych sił i użycia onych na pożytek ogólny ludzki. A któż
zaprzeczy, że pod tym względem Serbołużycznie przewyższyli wiele ludów na
świecie?" Autorowi prekursorskich Dziejów, Wołyniakowi, którego konieczność
zmusiła do życia w rosyjskiej stolicy, darujmy rusycyzm "serbołużycki" i
romantyczny patos. Doceńmy raczej to, że podczas wartościowania starał się
nie brać pod uwagę czynników powierzchownych, najłatwiej dostrzegalnych, ale
zauważał wartości moralne, głęboko, jego zdaniem, tkwiące w Łużyczanach. "Lud
taki ? ciągnął rozważania wstępne ? ośm [sic!] wieków żył w statecznym oporze
przeciw systematycznemu niemczeniu", z czego wyciągał wniosek, że ów lud "nie
tylko nie stracił prawa do zaszczytnego miejsca w dziejach, lecz owszem
zasługuje na szczególne poznanie jego przeszłości, tym bardziej, że zaśpiewał
pieśń odrodzenia wtedy właśnie, kiedy go policzono do zmarłych".
Koniec tego narodu obwieszczał już Marcin Luter i dlatego stał na stanowisku,
że nie warto na język łużycki tłumaczyć niczego, a podobnie myślały następne
pokolenia Niemców. Pomylili się jednak. Naród łużycki, chociaż porównywany
bywa do topniejącej bryły lodu, nie wsiąkł do końca w niemieckich przybyszów,
pomimo że Łużyczan korumpowano, wyśmiewano lub straszono, byle wyrzekli się
własnej tożsamości. Pewnej pomocy doznawali ze strony Czechów i Polaków, a
pomoc ta miała nie tylko wymierną wartość w pieniądzu, ale głównie znaczenie
moralne. I dla małego narodu, i dla jego prześladowców była przypomnieniem,
że jest on częścią wielkiej wspólnoty słowiańskiej, otrzymuje też od niej
środki na zachowanie swojej tożsamości. Środki, jakich sam nie zdoła
zgromadzić, gdyż do narodowości łużyckiej przyznawali się zwykle biedni
wieśniacy, gospodarujący na małych kawałkach ziemi, a także wyrobnicy w
miastach. We wdzięcznej pamięci mają Łużyczanie polskiego pisarza Józefa
Ignacego Kraszewskiego, który pieniądze ofiarowane mu podczas jubileuszu 50-
lecia pracy pisarskiej (zebrało się 2000 marek) przekazał jako fundusz
wspomagający uczniów narodowości łużyckiej. Pieniądze z funduszu
Kraszewskiego mieli otrzymywać ci uczniowie i studenci, którzy czynią
największe postępy w nauce języka ojczystego. Chodziło o to, aby tej ofiary
nie nadużywali tacy uczniowie i studenci pochodzenia łużyckiego, którzy w
pogoni za karierą zapominać woleli o swoim pochodzeniu. W nagrodę za trud
poniesiony przy nadobowiązkowej nauce języka ojczystego (obowiązkowo trzeba
było uczyć się niemieckiego, francuskiego, języków klasycznych) blisko
czterystu niezamożnych uczniów i studentów otrzymało stypendia z funduszu
Kraszewskiego. Niedawno też (1998) uczcili Łużyczanie uroczystą sesją w
Budziszynie 150-lecie urodzin polskiego adwokata Alfonsa Parczewskiego
urodzonego w Wodzieradach koło Łodzi, a mieszkającego długo w Kaliszu,
następnie organizatora studiów prawniczych na odrodzonym Uniwersytecie
Warszawskim i następnie na Wileńskim, gdzie nawet był rektorem. Parczewski z
własnej kieszeni zapłacił za druk dolnołużyckiej czytanki dla początkujących
i za wydany z jego własnej inicjatywy książkowy kalendarz pod
nazwą "Pratyja", gdzie łużycki wieśniak mógł we własnej mowie przeczytać
porady gospodarskie, ciekawostki ze świata i własnego kraju, coś z historii
własnego narodu itp. Zresztą nie tylko Parczewski i nie tylko na powyższe
cele dawali grosz polscy przyjaciele najmniejszego narodu słowiańskiego,
który był i jest zbyt mały i zbyt biedny, aby sam zdołał zaspokoić własne
potrzeby edukacyjne i kulturalne. Pomagali Polacy (obok Czechów) przy
pokryciu Serbskiego Domu w Budziszynie, przyjmowali na wakacje łużyckich
uczniów i studentów oraz młodzież wiejską na uniwersytet ludowy w Dalkach.
Nie będę wyliczał wszystkich przejawów naszej pomocy dla Łużyczan, bo nie
chodzi tu o przechwałki. Chcę natomiast wyjaśnić, że z powodu tamtych
precedensów oni i teraz oczekują od nas zaangażowania w projekty ważne dla
ich przyszłości. Podczas istnienia NRD państwo wschodnioniemieckie, które
chciało okazać swoją poprawność i wzorowe podejście do prześladowanej w
Rzeszy mniejszości, finansowało potrzeby kulturalne Łużyczan: prasę, teatr
zawodowy i wiejskie teatry amatorskie, chóry, radio, szkoły, Serbski ludowy
ansambl czyli łużycki odpowiednik naszego Mazowsza lub Śląska, instytut
naukowo-badawczy w Budziszynie i naukowo-dydaktyczny przy uniwersytecie w
Lipsku i inne. Z przedstawicielami Łużyczan spotkał się premier O. Grotewohl,
ich delegację przyjął prezydent Wilhelm Pieck, o którym dyskretnie
rozpuszczano pogłoskę, że pochodzi z dolnołużyckiej rodziny nazwiskiem Pjeck.
Pogłoska ta nie była nigdy dementowana. Prawdą jest, że Pieck pochodził z
Gubina czyli z miasta na Łużycach, może nawet jego przodkowie rzeczywiście
nazywali się Pjeck, co po polsku brzmiałoby: Piecyk, przecież ogromna część
Niemców w NRD to zgermanizowani Słowianie, rzecz jednak w tym, czy mają oni
łużycką, lutycką, obodrycką świadomość narodową? Oczywiście nie! Także u
Wilhelma Piecka nie sposób doszukać się jakichś prołużyckich postaw, a plotka
miała werbować zwolenników dla komunistycznych władców. Była to oczywista
manipulacja. Jednak niektórym Łużyczanom wydawało się początkowo, że w NRD
znaleźli swoją własną ojczyznę; wiersz o tym napisał Jurij Brezan, nagradzany
w NRD pisarz łużycki.
Za rządowe wsparcie przyszło jednak płacić bezwzględnym posłuszeństwem wobec
wszelkich poczynań władców NRD. Także w tych, które były niebezpieczne dla
istnienia małego narodu. Jednym z celów wyznaczonych przez władze była szybka
i przymusowa kolektywizacja gospodarstw wiejskic