Towarzyszy mi od dwóch dni... Jest dziwny... Dziwny, bo pojawił się tak po
prostu, bez przyczyny. Co więcej bez przyzwolenia... nawet nie zapytał czy
może, czy się zgadzam, czy jestem gotowa go przyjąć... Jest...
Myślałam, że to jednodniowe zauroczenie, które przyplątało się do mnie na
ulicy obcego miasta... Chodząc obcymi ulicami, z wyrazem rozmarzenia na
twarzy, z tym Uśmiechem właśnie... poczułam dziwną radość, wewnętrzny
spokój... a może radość spokojną(?)
A dziś, już w moim mieście, było dokładnie tak samo... Znów wewnętrzna radość
(niczym nie spowodowana, a raczej powinnam przejmować się jedną niepomyślnie
dla mnie zakończoną sprawą... ale zupełnie mnie to nie obchodzi...
dziwne...), rozrzucam uśmiechy i nawet nie zdaję sobie z tego sprawy...
Dopiero ludzie, którzy przypadkowo stali sie ich adresatami zwracają moją
uwagę na to co się dzieje... Oddają te uśmiechy... zaczepiają słowem... (jak
łatwo wydobyć z ludzi coś pozytywnego...)
Nic z tego nie rozumiem...
Może wiosna...
Może słońce, którego tak mi było brak...
Radość, spokój, ufność...
Nie chcę się z tym żegnać. Wiem, że to ulotne, ale jest pięknie...
Chciałoby się powiedzieć CHWILO TRWAJ...
Aaa... i żeby nie było... niczego nie brałam na poprawę nastroju