tusinka
28.06.05, 08:00
Warszawa - ulica Madalinskiego pomiedzy Kielecka a Lowicka. Na niedzielnym
spacerze popoludniowym, niedaleko domu, ide sobie z psina (mix jamnika z
pinczerkiem) spacerkiem. Psiura wacha trawe, slonce swieci, jest milo i
spokojnie. Cos mnie tknelo i obejrzalam sie za siebie. To co ujrzalam mnie
zmrozilo. Gnal do mnie cicho (nie slychac bylo lap) bez jednego mrukniecia
wielki pitbull - bez kaganca!. A za nim chlopczyk ok. 10-letni. Ja
intuicyjnie psine za siebie pod mur, zaslonilam nogami. Zdalam sobie sprawe,
ze jesli zaatakuje to nie mamy szans. Wrzasnelam na psa gromko i to go
zastopowalo. Chlopczyk zdazyl dobiec i zlapal smycz. Pomijajac, ze dziecko
nie powinno wychodzic z takim psem samo, powiedzialam malemu, ze pies
powinien miec kaganiec. A maly mi napyszczyl, ze hej. Postarszylam go policja
i straza miejska, a on mi, ze se moge wzywac. Poniewaz wiem gdzie chlopiec
mieszka, to mu to powiedzialam i wtedy sie przestraszyl, zlapal psa i uciekl.
Nie musze mowic jak bardzo w srodku bylam zdenerwowana. Po powrocie do domu
powiadomilam policje i straz miejska. Mam nosic gaz pieprzowy i go uzyc - za
to mi nic nie grozi, grozi wtedy jeslibym tego psa zabila - dobre co? On nas
gryzie, ja go jakims cudem zabijam i jeszcze mam sprawe! Jesli zobacze tego
psa z dzieckiem to mam wezwac straz na cito. Od wczoraj wychodze na spacer z
gazem i zdecydowanie go uzyje bedzie trzeba.
A po psie sprzatamy kupy.
Pozdrawiam