Gość: Eliza
IP: *.internetdsl.tpnet.pl
30.07.03, 16:47
Jak mogłeś?
Kiedy byłam mała, moje błazeństwa śmieszyły cię do łez. Nazywałeś mnie swoją
dziewczynką. Zostałam twoim najlepszym przyjacielem pomimo wszystkich
pogryzionych butów i zniszczonych przeze mnie poduszek. Kiedy
byłam "niegrzeczna" groziłeś mi palcem i pytałeś: "jak tak możesz?", ale już
za chwilę ustępowałeś. Przewracałam się na plecy, a ty drapałeś mnie po
brzuszku. Trochę długo trwało zanim przyzwyczaiłam się do życia w mieszkaniu.
Ty byłeś ciągle okropnie zajęty, ale pracowaliśmy nad tym wspólnie.
Pamiętam, jak sypiałam w twoim łóżku z nosem wtulonym pod twoje ramię. Kiedy
tak zwierzałeś mi się ze swoich najskrytszych myśli i pragnień wierzyłam, że
moje życie nie może już być doskonalsze.
Chodziliśmy na długie spacery i razem biegaliśmy po parku. Jedliśmy razem
lody (ja dostawałam tylko wafelek, bo "lody nie są zdrowe dla psów", tak
mówiłeś). W domu ucinałam sobie długie drzemki w promieniach słońca, czekając
aż wrócisz z pracy.
Wreszcie zacząłeś spędzać tam coraz więcej czasu i rozglądać się za ludzkim
partnerem. Czekałam na ciebie cierpliwie, pocieszałam, kiedy spotkało cię
rozczarowanie, kiedy miałeś złamane serce. Nigdy nie beształam cię za
nieodpowiednie decyzje, i skakałam z radości kiedy wracałeś do domu zakochany.
Ona, twoja żona, nie lubi psów. Mimo to powitałam ją w naszym domu, okazałam
jej szacunek i posłuszeństwo. Ty byłeś szczęśliwy, więc ja też. Kiedy
urodziły się wasze dzieci, tak jak ty byłam zafascynowana ich zapachem i
różowością, i tak jak ty, chciałam się nimi opiekować. Tylko, że ona i ty
martwiliście się żebym nie zrobiła im nic złego, więc spędzałam większość
czasu wygnana do innego pomieszczenia. Zostałam "więźniem miłości", chociaż
tak bardzo chciałam okazać im swoje uczucia.
Kiedy trochę podrosły, zostałam ich przyjacielem. Wczepiały się w moje futro
i podążały za mną niepewnym kroczkiem, zaglądały mi w uszy, wsadzały do oczu
palce i całowały w czubek nosa. Uwielbiałam ich pieszczoty - twoje stały się
przecież takie rzadkie. Gdyby było trzeba broniłabym twoich dzieci własnym
życiem.
Wślizgiwałam się im do łóżek i słuchałam szeptanych do mojego ucha sekretów i
najskrytszych marzeń. Razem nasłuchiwaliśmy, czy nie wracasz z pracy. Kiedyś,
dawno temu, kiedy ktoś pytał, czy masz psa, wyciągałeś z portfela moje
zdjęcie i opowiadałeś im o mnie. Przez ostatnie lata odpowiadałeś tylko
krótko "mam" i zmieniałeś temat. Z "twojego psa" stałam się "jakimś psem" i
miałeś za złe każdą sumę, którą musiałeś na mnie wydać.
Ostatnio dostałeś propozycję nowej pracy. Razem z rodziną przeprowadzisz się
do innego miasta. Niestety, w nowym miejscu nie można trzymać zwierząt.
Podjąłeś właściwą decyzję, twoja rodzina dużo na tym zyska. Kiedyś ja byłam
twoją jedyną rodziną...
Cieszyłam się jak zwykle na przejażdżkę samochodem, kiedy wyruszyliśmy w
drogę do schroniska. Schronisko pachniało brakiem nadziei i strachem
wszystkich psów i kotów. Wypełniłeś formularz i powiedziałeś "Na pewno
znajdziecie jej dobry dom". Wzruszyli tylko ramionami i popatrzyli na ciebie
ze smutkiem. Dobrze wiedzieli, co czeka psa w średnim wieku, nawet takiego z
papierami.
Siłą odgiąłeś zaciśnięte na mojej obroży palce swojego syna, który
krzyczał "Tato, proszę nie pozwól im zabrać mojego psa!" Martwię się o niego.
Dałeś mu właśnie piękną lekcję przyjaźni, lojalności, miłości,
odpowiedzialności i szacunku dla życia... Unikając mojego wzroku poklepałeś
mnie po głowie. Uprzejmie odmówiłeś zabrania obroży i smyczy. Musiałeś iść,
miałeś umówione spotkanie.
Kiedy wyszliście, usłyszałam jak dwie miłe panie rozmawiają ze sobą na mój
temat. "Musiał wiedzieć, że wyjeżdża już dawno. Dlaczego nie znalazł psu
innego domu?" powiedziała jedna, a druga dodała: "Jak mógł?"
W schronisku dbają o nas na ile pozwala ich napięty program dnia. Karmią nas
rzecz jasna, ale nie mam jakoś apetytu. Na początku za każdym razem kiedy
ktoś przechodził koło mojego boksu podbiegałam mając nadzieję, że to ty, że
zmieniłeś zdanie, że to wszystko był tylko zły sen, albo że przynajmniej to
ktoś, komu by na mnie zależało, ktoś, kto by mnie uratował. Kiedy zdałam
sobie sprawę, że nie mam co konkurować z roześmianymi szczeniakami,
nieświadomymi własnego losu, zaszyłam się w kącie i czekałam.
Słyszałam jej kroki, kiedy pod koniec dnia szła po mnie. Poprowadziła mnie
między wybiegami do oddzielnego pomieszczenia. Panowała tam błoga cisza.
Posadziła mnie na stole, podrapała za uszami i powiedziała, żebym się nie
martwiła. Serce waliło mi w oczekiwaniu na to, co miało się zdarzyć. Czułam
też ulgę: nadszedł koniec udręk dla więźnia miłości. Zaczęłam martwić się o
tę kobietę - taką już mam naturę, tak samo bałam się o ciebie. Żeby ciężar,
który dźwiga, nie przygniótł jej.
Kobieta delikatnie założyła na mojej łapie opaskę. Łza poleciała jej po
policzku. Chciałam pocieszyć tę kobietę tak jak pocieszałam ciebie lata temu
i polizałam ją po twarzy. Pewnym ruchem wkłuła mi igłę do żyły i poczułam,
jak zimna substancja rozchodzi się po moim ciele. Zasypiając spojrzałam w jej
dobre oczy i szepnęłam cichutko: "Jak mogłeś?" Kobieta rozumiała psi
język. "Tak mi przykro" powiedziała, a potem przytuliła mnie i pośpiesznie
tłumaczyła, że pomoże mi znaleźć się w lepszym miejscu. Nikt tam o mnie nie
zapomni, nie skrzywdzi ani nie porzuci, to miejsce pełne miłości i światła,
inne niż na ziemi.
Zbierając resztki energii leciutko poruszyłam ogonem, próbując wyjaśnić
kobiecie, że to nie do niej były moje ostatnie słowa. To do ciebie, mój
Ukochany Panie, mówiłam. Będę zawsze myśleć o tobie i czekać na ciebie po
tamtej stronie.
Życzę ci, żeby każdy był ci tak wierny jak ja.