Dodaj do ulubionych

dziś pochowałam przyjaciela...

20.08.03, 15:40
Dziabong był rudym królikiem-miniaturką i spędził ze mną troszkę ponad pięć
lat. Był kochanym, łagodnym stworzeniem, nieustannie ruszającym nosem, miał
śliczne, puchate futerko, biały brzuszek i brązowe oczka. Kiedy wracałam z
pracy, zawsze stawał w klatce słupka i opierał się łapkami o drzwiczki
wiedząc, że zaraz go wypuszczę i będzie biegał, póki nie pójdę spać. Wczoraj,
kiedy wróciłam do domu, nie podniósł się na mój widok. Podeszłam do klatki -
wyglądał, jakby spał, miał łepek na przednich łapkach, tylne wyciągnięte,
półprzymknięte oczka. Nie zareagował ani na otwarte drzwiczki, ani na dotyk.
Musiał umrzeć we śnie, zasnąć i więcej się nie obudzić. Nie myślałam, że jego
odejście tak strasznie mnie zasmuci. Płakałam jak dziecko, choć mam prawie 30
lat. Najgorsze przyszło, kiedy musiałam wyjąć go z klatki i schować w worek,
a potem do pudełka po butach. Myślałam, że serce mi pęknie, był taki śliczny,
taki bezbronny... Dziś rano zakopałam go w lasku pod dziką śliwką. Mam
nadzieję, że biega po jakiejś ślicznej łące i jest mu dobrze. Całą noc miałam
wrażenie, że chodzi po pokoju i obgryza pudełko. Strasznie go kochałam. Kiedy
pomyślę o tym, że dziś już nie będzie ocierał mi się o nogi i stawał słupka,
chce mi się płakać. Dlaczego tak nagle odszedł? Wiem, że jak na królika nie
był już młodzieńcem, ale przecież mógł jeszcze żyć... Smutno mi. Strasznie mi
smutno. Nie mogę znaleźć sobie miejsca i boję się wracać do domu, bo jak
zobaczę puste miejsce po klatce, to...
Chciałam tylko podzielić się z kimś moim smutkiem. Mam nadzieję, że nie
będziecie się śmiali jak mój kolega w pracy. To było głupie i okrutne z jego
strony. Stwierdził, że powinnam wyrzucić Dziabonga na śmietnik i byłoby po
kłopocie. Dlaczego niektórzy niczego nie rozumieją?
Obserwuj wątek
    • Gość: Flora Re: dziś pochowałam przyjaciela... IP: 213.25.91.* 20.08.03, 15:54
      nie ma się co dziwić, że jedni przeżywają śmierć zwierzaka, a dla innych to
      tylko wyrzucenie "śmiecia".
      jedni są wrażliwi a inni to gruboskórne istoty, które niewiele czują, chyba, że
      chodzi o grubość portfela. cała reszta dla nich to zbędny balast. Takich ludzi
      staram się ignorować.
    • Gość: gosia Re: dziś pochowałam przyjaciela... IP: *.di.pl / 192.168.0.* 20.08.03, 16:01
      :((( bardzo mi przykro ze Twój króliczek musiał tak szybko odejść... :(
      rozumiem Twój żal doskonale, bo sama jakiś czas temu musiałam pochowac mojego
      kochanego kotka, ktrórego musiałam uśpić, bo miał raka i bardzo cierpiał. :(
      Ja tez strasznie płakałam. teraz mam juz nowego małego kotka i mój żal jest
      mniejszy, bo na niego mogę wylać swoje uczucia, które wcześniej okazywałam
      mojemu poprzedniemu kotkowi. Tobie też to radze. Kup sobie nastepnego krolika.
      Moze nie zaraz, bo teraz nawet pewnie Ci sie to w glowie nie miesci miec
      nowego, bo strata po tamtym boli. Ale za jakis czas kup sobie go. Założe sie,
      ze Twoj poprzedni kroliczek zyczylby sobie tego, zeby jego Pani okazała swoja
      milosc nastepnemu z jego braci. Ale narazie... wyplacz sie porzadnie. Nie dus
      tego w sobie. Kazdy z nas to kiedys przezywal. Strate kochanego zwierzatka.
      Ciesz sie tylko tym, ze odszedl w spokoju, w snie, a teraz lata sobie GDZIES
      TAM U GORY i jest mu tam bardzo dobrze i napewno bardzo mile Cie wspomina.
      Dalas mu kilka wspanialych chwil zycia, to nie twoja wina, ze tak szybko
      odszedl. Jak chcesz to mozesz poczytac sobie moj post, gdzies tam jest pt."Moj
      kotek ma raka!!!" Zobaczysz, ze moje cierpienie po stracie kitusia nie bylo
      wcale mniejsze i Twoje łzy są jak najbardziej normalnym zjawiskiem i nie ma
      sie co przejmowac docinkami ludzi bez serca. Trzymaj sie! Sciskam Cie
      serdecznie!
    • Gość: dorka Re: dziś pochowałam przyjaciela... IP: *.puw.pl 20.08.03, 16:15
      Łzy mi stały w oczach, kiedy czytałam o Twoim króliczku. Bardzo Ci współczuję.
      Gadanie tu nic nie da - jestem z Tobą.


      PS. A głupimi się nie przejmuj, biedni są na swój sposób - wiele pięknego ich
      omija.
    • Gość: lucy Re: dziś pochowałam przyjaciela... IP: *.atm.com.pl 20.08.03, 16:20
      Tak samo jak Ty płakałam w kwietniu po stracie kotka. Wiem, że Ci smutno i że
      nie potrafisz się z tym pogodzić. Ja do dziś mam momenty gdy dopada mnie smutek
      za moim kotkiem, choć mam już nową, fajną kicię. To straszne, że te zwierzątka
      są z nami, bawią się, a potem my ich opiekunowie musimy się z nimi żegnać na
      zawsze. Twój króliczek na pewno był wyjątkowy i jedyny, ale może z czasem
      pomyślisz o nowym? Ja myślałam, że to niemożliwe, ale się odważyłam i
      pokochałam innego kotka. Trzymaj się!!! Popłacz sobie czasem, ale nie dużo.
      Twój króliczek sobie hasa i na pewno jest wesoły (teraz ja się popłakałam).
      Pozdrawiam serdecznie.
      • jewel29 dziękuję Wam wszystkim, dziewczyny 20.08.03, 17:43
        Dziękuję za ciepłe słowa. Nadal mi smutno i jak tylko sobie przypomnę jego
        ruszający się nos, mam łzy w oczach, ale wiem, że kiedyś pojawi się w domu
        następca Dziabonga. Dostałam go na 24. urodziny - miał miesiąc i przypominał
        włochatą kulkę, mieścił mi się w dłoniach złożonych w kołyskę... On zawsze przy
        mnie był. Nigdy nie warczał, nie gryzł, nadstawiał łepek, żeby drapać go między
        uszkami. Miał taki śmieszny ?kołnierz" z jaśniejszej sierści. Był naprawdę
        rozczulający, kiedy się mył. Patrzyłam wtedy na niego jak zaczarowana. Wiecie,
        serce mnie boli, kiedy pomyślę, że po powrocie do domu nie będzie kogo podrapać
        za uszkami. Mam nadzieję, że rzeczywiście gdzieś tam sobie biega, jest mu
        dobrze i miło mnie wspomina. Wybrałam mu takie ładne miejsce na grób - ciche,
        zielone, pod śliwką, która wiosną będzie cała w kwiatach. Kurczę, znowu łzy mi
        płyną...
        Jeszcze raz dzięki
    • Gość: Alcik Re: dziś pochowałam przyjaciela... IP: *.solcon.nl 20.08.03, 19:43
      Wspolczuje Ci i rozumiem Twoja rozpacz.Zwierzak staje sie czlonkiem rodziny i
      jego odejscie bardzo boli.
      A.
    • Gość: xyz Re: dziś pochowałam przyjaciela... IP: *.stacje.agora.pl 20.08.03, 21:08
      Doskonale wiem, jak czują się osoby, które wypowiedzialy się dziś tutaj. Pare
      miesiecy temu musiałam uśpić ukochanego psa, z którym się wychowałam. Jedna z
      osób, chcąc mnie pocieszyc wtedy,powiedziala, ze 16 lat to dluzej niz niejeden
      związek. Bo tyle piesek byl u mnie.
      Nie umiem i nie moge opowiedziec tych ostatnich dni i minut choroby [guz mózgu
      i wywolana tym wtorna padaczka]. Codziennie patrze na zdjecie mojego psa i
      patrze na innych szczesliwych wlascicieli z psami i patrze tez na bezdomne
      zwierzeta i mysle, ze juz nie wezme innego psa. W moim przypadku uwazam,ze nic
      nie jest warte tych ostatnich tygodni choroby, obustronnej meczarni i
      najgorszego,co przychodzi, czyli decyzji.A także tego, co dzieje sie juz po tym
      bezpośrednio. Minute, godzine... Moja najblizsza rodzina, znajomi, choc
      wspólczuli mi zapewne, chyba jednak uwazali,ze przesadzam. Trzymaj sie.
    • Gość: zoja Re: dziś pochowałam przyjaciela... IP: *.sympatico.ca 20.08.03, 21:11
      Strasznie, strasznie Ci wspolczuje... Najtrudniejsze w dzieleniu zycia ze
      zwierzetami jest to ze sa z nami tak krotko... Odejscie kazdego mojego
      zwierzecia przezywalam bardzo ciezko, jednak za nic nie oddalabym wspomnien z
      czasow jakie spedzilismy razem. Nierzadko zwierzeta sa naszymi najblizszymi
      przyjaciolmi, takimi, ktorzy nigdy nas nie zdradzili i nigdy nie stawiali
      warunkow wedle ktorych nas beda kochac. Tak latwo jest sie do nich przywiazac i
      tak cholernie trudno je pozegnac...

      Wspolczuje niejako ludziom, ktorzy nie moga tego zrozumiec, bo najwyrazniej
      nigdy nie mieli okazji badz nie sa w stanie nawiazac tak bliskiego zwiazku z
      nikim. Ich lekcewazace uwagi swiadcza tylko o ich ubostwie emocjonalnym.

      Nie wstydz sie plakac, to na prawde pomaga jesli tego potrzebujesz. Na razie
      wspomnienia bola, ale z czasem beda przywolywac usmiech.

      Trzymaj sie cieplo...
    • Gość: natka Re: dziś pochowałam przyjaciela... IP: *.acn.waw.pl 20.08.03, 21:24
      Przeczytałam..i też popłakałam,razem z Tobą.Wiem co to znaczy.W marcu byłam
      zmuszona uśpić szczurka. Miał nowotwór.Żył krótko.Tylko rok.To było
      straszne.Tak jak Ty wszędzie go słyszałam i widziałam.A najgorszy był widok
      pustej klatki.I wiesz co?Jeszcze w tym samym tygodniu kupiłam 2
      szczury.Pomogło.Co wcale nie znaczy,że o tamtym zapomniałam.Patrząc na nie
      wspominam go ciepło.Myślę,że Twój króliczek na pewno się z nim spotkał i hasają
      razem gdzieś gdzie nie ma takich podłych ludzi jak Twój kolega z
      pracy.Pozdrawiam Cię.Trzymaj się.
    • miriam_73 Re: dziś pochowałam przyjaciela... 20.08.03, 21:52
      Utarta każdego nawet najminejszego przyjaciela boli. Trzymaj się ciepło.
      • marialudwika Re: dziś pochowałam przyjaciela... 20.08.03, 22:31
        Nigdy nie zapomne moich wszystkich psow,ktorych juz nie ma!Byly moimi
        NAJWIERNIEJSZYMI przyjaciolmi,mam ich zdjecia i patrzac na nie wspominam
        chwile,kiedy byly ze mna.Kazdy zwierzak,ktorego mamy i o ktorego sie
        troszczymy jest za to wdzieczny i akceptuje nas takich jakimi naprawde
        jestesmy!Nie musimy przed nim nikogo udawac.Teraz tez mam psy i bez nich nie
        wyobrazam sobie zycia,byloby puste.
        Serdecznie Ciebie pozdrawiam i szczerze rozumiem Twoj zal!
        ml
        • Gość: Kate Re: dziś pochowałam przyjaciela... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.08.03, 00:27
          Bardzo, bardzo Ci współczuję i rozumiem. Mam nadzieję, że słyszałaś o Tęczowym
          Moście-miejscu, do którego idą nasze ukochane zwierzaczki. Bardzo chcę
          wierzyć, że rzeczywiście taki Most istnieje. Sama straciłam już wcześniej
          kilka zwierzaków, w tym też królika. Miał tylko 2 latka. Bardzo chorował i
          niestety pokicał na Tęczowy Most. Mam nadzieję, że kica teraz razem z Twoim
          króliczkiem po pięknych zielonych łąkach, gdzie nie ma bólu ani cierpienia.
          Też bardzo po nim płakałam i nadal płaczę, gdy tylko przypomnę sobie spędzone
          wspólnie chwile, a minęło od jego śmierci już dobre kilka lat. Baaaardzo długo
          trwało zanim zdecydowałam się na drugiego króliczka. Mój strach był i nadal
          jest ogromny, ponieważ wiem, że króliczki są bardzo delikatne i często
          chorują. Teraz biegam do weterynarza z moimi zwierzakami nawet z najmniejszą
          dolegliwością. Z doświadczenia wiem, że lepiej zapobiegać niż leczyć.
          Chociaż już sama nie wiem, co się dzieje z tymi króliczkami. Nie dawno gdzieś
          na forum czytałam o króliczku, który zmarł też z niewiadomych przyczyn.
          Prawdopodobnie na atak serca. Wcześniej nie miał żadnych objawów, a nie miał
          jeszcze nawet roczka. Biedne są te królisie.

          Gdy czytam lub słyszę, że ktoś stracił sojego zwierzaka to zawsze popłaczę
          się, a mam 23 lata. Sama mam trójkę ukochanych zwierzaków (psa, kota i
          królika) i nie wyobrażam sobie bez nich teraz życia. Też mam królika-
          miniaturkę i niedawno skończył 5 lat. Ostatnio nam chorował, ale całe
          szczęście, dobrze się wszystko skończyło i mam nadzieję, że choroba nie wróci.
          Leczenie wymagało zabiegu, a z powodu tego, że króliczki są bardzo delikatne i
          nie zawsze dobrze znoszą narkozę cała drżałam ze strachu, żeby tylko mojemu
          kochanemu malcowi nic się nie stało.
          Wiem, jak bardzo kochane są króliki! Niestety nie wszyscy potrafią to
          zrozumieć i docenić jak wiele jest miłości w tak maleńkim zwierzaczku!

          Pozwól, że Cię zapytam, czy znana jest może przyczyna śmierci Twojego królisia
          lub może chociaż podejrzeważ co mogło być przyczyną tego tragicznego i
          smutnego wydarzenia? 5-letni królik, to z pewnością jeszcze nie stary królik,
          żeby mógł umrzeć poprostu ze starości. 5 lat to może nie młodzieniaszek, ale
          wiek średni.

          Jeszcze raz powiem, baaaaardzo współczuję Tobie i innym, którzy stracili
          swojego najwierniejszego przyjaciela.

          Trzymaj się cieplutko. Jak już ktoś wcześniej napisał, staraj się nie zwracać
          uwagi na ludzi bez uczuć, choć wiem, że nie jest to łatwe. Płakać po stracie
          ukochanego zwierzaka to żaden wstyd!!! TO NORMALNE LUDZKIE UCZUCIE!

          Pozdrawiam Cie serdecznie, a na koniec trochę o Tęczowym Moście:

          ...Tęczowy Most...

          Istnieje most łączący Niebo i Ziemię. Mieni się wieloma
          kolorami-dlatego właśnie zwą go Tęczowym Mostem.
          To kraina łąk, wzgórz i alej ze świeżą, zieloną trawą.

          Kiedy ukochane zwierzątko umiera,
          idzie właśnie tam. Ma mnóstwo jedzenia i wody,
          pogoda jest zawsze piękna i słoneczna.
          Wszystkie zwierzęta, które były chore albo stare,
          odzyskują siłę i wigor, te które były ranne czy okaleczone są
          znowu zdrowe - takie, jakimi je zapamiętaliśmy.

          Zwierzęta są szczęśliwe i zadowolone, ale przeszkadza
          im jedna, mała rzecz; każde z nich tęskni za kimś
          specjalnym i bardzo mu drogim, za kimś kogo zostawiło
          odchodząc.

          Nasi Przyjaciele bawią się i biegają razem, ale
          nadchodzi dzień kiedy jedno z nich nagle zatrzymuje się
          i patrzy w dal. Jego bystre oczy spoglądają uważnie;
          jego ciało zaczyna drżeć. W następnym momencie
          oddziela się od innych zwierząt, pędzi przez zieloną
          trawę, jego nogi niosą go szybciej i szybciej.
          Zauwazył cię :).
          Kiedy nareszcie spotykasz się ze swym Przyjacielem
          rzucacie się sobie w ramiona. Deszcz szczęśliwych
          pocałunków spada ci na twarz; twoje ręce znowu
          głaszczą ukochaną głowę i znowu patrzysz w wierne
          oczy twojego przyjaciela, który na tak długo zniknął z
          twojego życia, ale na zawsze pozostał w sercu. Już
          nigdy nie będziecie osobno.
          ...Razem przechodzicie przez Tęczowy Most...

          Autor nieznany
          • Gość: monia Re: dziś pochowałam przyjaciela... IP: 217.97.138.* 21.08.03, 10:54
            Gość portalu: Kate napisał(a):

            >
            > ...Tęczowy Most...
            >
            > Istnieje most łączący Niebo i Ziemię. Mieni się wieloma
            > kolorami-dlatego właśnie zwą go Tęczowym Mostem.
            > To kraina łąk, wzgórz i alej ze świeżą, zieloną trawą.
            >
            > Kiedy ukochane zwierzątko umiera,
            > idzie właśnie tam. Ma mnóstwo jedzenia i wody,
            > pogoda jest zawsze piękna i słoneczna.
            > Wszystkie zwierzęta, które były chore albo stare,
            > odzyskują siłę i wigor, te które były ranne czy okaleczone są
            > znowu zdrowe - takie, jakimi je zapamiętaliśmy.
            >
            > Zwierzęta są szczęśliwe i zadowolone, ale przeszkadza
            > im jedna, mała rzecz; każde z nich tęskni za kimś
            > specjalnym i bardzo mu drogim, za kimś kogo zostawiło
            > odchodząc.
            >
            > Nasi Przyjaciele bawią się i biegają razem, ale
            > nadchodzi dzień kiedy jedno z nich nagle zatrzymuje się
            > i patrzy w dal. Jego bystre oczy spoglądają uważnie;
            > jego ciało zaczyna drżeć. W następnym momencie
            > oddziela się od innych zwierząt, pędzi przez zieloną
            > trawę, jego nogi niosą go szybciej i szybciej.
            > Zauwazył cię :).
            > Kiedy nareszcie spotykasz się ze swym Przyjacielem
            > rzucacie się sobie w ramiona. Deszcz szczęśliwych
            > pocałunków spada ci na twarz; twoje ręce znowu
            > głaszczą ukochaną głowę i znowu patrzysz w wierne
            > oczy twojego przyjaciela, który na tak długo zniknął z
            > twojego życia, ale na zawsze pozostał w sercu. Już
            > nigdy nie będziecie osobno.
            > ...Razem przechodzicie przez Tęczowy Most...
            >
            > Autor nieznany

            no to teraz ja się popłakałam :-((((
            • Gość: q Re: dziś pochowałam przyjaciela... IP: *.chello.pl 21.08.03, 12:15
              Gość portalu: monia napisał(a):

              > Gość portalu: Kate napisał(a):
              >
              > >
              > > ...Tęczowy Most...
              > >
              > > Istnieje most łączący Niebo i Ziemię. Mieni się wieloma
              > > kolorami-dlatego właśnie zwą go Tęczowym Mostem.
              > > To kraina łąk, wzgórz i alej ze świeżą, zieloną trawą.
              > >
              > > Kiedy ukochane zwierzątko umiera,
              > > idzie właśnie tam. Ma mnóstwo jedzenia i wody,
              > > pogoda jest zawsze piękna i słoneczna.
              > > Wszystkie zwierzęta, które były chore albo stare,
              > > odzyskują siłę i wigor, te które były ranne czy okaleczone są
              > > znowu zdrowe - takie, jakimi je zapamiętaliśmy.
              > >
              > > Zwierzęta są szczęśliwe i zadowolone, ale przeszkadza
              > > im jedna, mała rzecz; każde z nich tęskni za kimś
              > > specjalnym i bardzo mu drogim, za kimś kogo zostawiło
              > > odchodząc.
              > >
              > > Nasi Przyjaciele bawią się i biegają razem, ale
              > > nadchodzi dzień kiedy jedno z nich nagle zatrzymuje się
              > > i patrzy w dal. Jego bystre oczy spoglądają uważnie;
              > > jego ciało zaczyna drżeć. W następnym momencie
              > > oddziela się od innych zwierząt, pędzi przez zieloną
              > > trawę, jego nogi niosą go szybciej i szybciej.
              > > Zauwazył cię :).
              > > Kiedy nareszcie spotykasz się ze swym Przyjacielem
              > > rzucacie się sobie w ramiona. Deszcz szczęśliwych
              > > pocałunków spada ci na twarz; twoje ręce znowu
              > > głaszczą ukochaną głowę i znowu patrzysz w wierne
              > > oczy twojego przyjaciela, który na tak długo zniknął z
              > > twojego życia, ale na zawsze pozostał w sercu. Już
              > > nigdy nie będziecie osobno.
              > > ...Razem przechodzicie przez Tęczowy Most...
              > >
              > > Autor nieznany
              >
              > no to teraz ja się popłakałam :-((((

              i ja też. i mój króliś patrzy teraz na mnie pytającym wzrokiem gotowy do ataku
              na tego "złego" osobnika, który jest odpowiedzialny za moje łzy.
              droga jewel29 nasze najszczersze wyrazy wspólczucia.
    • Gość: kluba1 Re: dziś pochowałam przyjaciela... IP: *.we.client2.attbi.com 21.08.03, 00:34
      Trzymaj sie , jestesmy z toba i rozumiemy twoj bol. Nie zwracaj uwagi na
      glupich ludzi wypowiedzi bo to, co ci powiedzial bylo i glupie i okrutne - w
      koncu zwrocilas sie do niego ze swoim bolem i przynajmniej to powinien
      uszanowac. Pamietaj o radosci ktora ci ten kroliczek sprawial i o tym wszystkim
      dobrym co ty dla niego zrobilas. Masz najwyrazniej duzo do dania zwierzatku
      ktorym sie opiekujesz - pomysl o innym ale nie jako zastepstwo. Dalas
      kroliczkowi temu wszystko co moglas.
      • Gość: piasia Re: dziś pochowałam przyjaciela... IP: diabel:* 21.08.03, 08:57
        Każda z osób na tym forum kiedyś pożegnała jakiegoś przyjaciela.
        Wiele osób o tym pisało.
        I to jest wspaniałe - że własnie tutaj znajdziesz slowa otuchy, współczucie, i
        ciepłe myśli.

        A żebyś jeszcze wiedziała, ile łez popłynęło podczas czytania tych postów,
        hymnów pochwalnych ku czci naszych najwierniejszych przyjaciół... Przy Twoim
        poście o puchatym Dziabągu tez się popłakałam.

        Myślę, że z tych łez jest zbudowany Tęczowy Most. Musi być duży i solidny, bo
        przecież na powitanie każdego z nas wybiegnie nie tylko jego zwierzątko, ale
        całe stado! Jestem pewna, że do mnie w ślad za moim Urwisem przybiegnie też i
        Diana Andy'ego, i Kocica-Dziewica Kluby, i dwa Trolle Mjota, i Cezar Andrzeja,
        i inne zwierzaki, o których czytałam na forum, a z których właścicielami
        przyjaźnię się wirtualnie ale szczerze.

        Poczytaj sobie ten wątek, znajdziesz tu dużo ciepła i dobrych słów.

        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=128&w=6264021&a=6264021&v=2&strona=0

        A durny tekst Twojego kolegi z pracy wyrzuć na śmietnik.
        • Gość: Andy Re: dziś pochowałam przyjaciela... IP: *.acn.pl 22.08.03, 18:56
          Bedzie nas duzo przed "teczowym mostem"...- duzo bedzie tez tych kochanych
          zwierzaczkow po drugiej stronie "teczowego".Mysle sobie, ze na niejedna osobe
          czekac bedzie kilka zwierzakow.Ci ludzie wejda pierwsi, honorowo i czcigodnie...
          Za nimi pojdziemy my wszyscy ktorzy stracilismy przyjaciol naszych ukochanych.
          I po tym spotkaniu juz zostaniemy wszyscy razem, na zawsze, szczesliwi....
          Potraficie to sobie wyobrazic?
          Dopoki jestesmy tutaj, przygarnijmy do serca nastepnego, aby na tym spotkaniu
          bylo nas jak najwiecej......
          Pozdrawiam serdecznie
    • mmajja Re: dziś pochowałam przyjaciela... 21.08.03, 09:19
      jewel29 napisała:

      > Dziabong był rudym królikiem-miniaturką i spędził ze
      mną troszkę ponad pięć
      > lat. Był kochanym, łagodnym stworzeniem, nieustannie
      ruszającym nosem, miał
      > śliczne, puchate futerko, biały brzuszek i brązowe
      oczka. Kiedy wracałam z
      > pracy, zawsze stawał w klatce słupka i opierał się
      łapkami o drzwiczki
      > wiedząc, że zaraz go wypuszczę i będzie biegał, póki
      nie pójdę spać. Wczoraj,
      > kiedy wróciłam do domu, nie podniósł się na mój widok.
      Podeszłam do klatki -
      > wyglądał, jakby spał, miał łepek na przednich łapkach,
      tylne wyciągnięte,
      > półprzymknięte oczka. Nie zareagował ani na otwarte
      drzwiczki, ani na dotyk.
      > Musiał umrzeć we śnie, zasnąć i więcej się nie obudzić.
      Nie myślałam, że jego
      > odejście tak strasznie mnie zasmuci. Płakałam jak
      dziecko, choć mam prawie 30
      > lat. Najgorsze przyszło, kiedy musiałam wyjąć go z
      klatki i schować w worek,
      > a potem do pudełka po butach. Myślałam, że serce mi
      pęknie, był taki śliczny,
      > taki bezbronny... Dziś rano zakopałam go w lasku pod
      dziką śliwką. Mam
      > nadzieję, że biega po jakiejś ślicznej łące i jest mu
      dobrze. Całą noc miałam
      > wrażenie, że chodzi po pokoju i obgryza pudełko.
      Strasznie go kochałam. Kiedy
      > pomyślę o tym, że dziś już nie będzie ocierał mi się o
      nogi i stawał słupka,
      > chce mi się płakać. Dlaczego tak nagle odszedł? Wiem,
      że jak na królika nie
      > był już młodzieńcem, ale przecież mógł jeszcze żyć...
      Smutno mi. Strasznie mi
      > smutno. Nie mogę znaleźć sobie miejsca i boję się
      wracać do domu, bo jak
      > zobaczę puste miejsce po klatce, to...
      > Chciałam tylko podzielić się z kimś moim smutkiem. Mam
      nadzieję, że nie
      > będziecie się śmiali jak mój kolega w pracy. To było
      głupie i okrutne z jego
      > strony. Stwierdził, że powinnam wyrzucić Dziabonga na
      śmietnik i byłoby po
      > kłopocie. Dlaczego niektórzy niczego nie rozumieją?


      Kolega z pracy niestety reprezentuje prostote klapy od
      sedesu i mysle ze warto by mu to przekazac z
      podkresleniem zeby nigdy o tym nie zapominal, zwlaszcza
      gdy umrze mu ktos bliski.

      Bardzo Ci wspolczuje, doskonale rozumiem Twoj smutek, mam
      dwa zwierzaki i zdarza mi sie czasem niechcacy pomyslec
      co bedzie jesli ich kiedys zabraknie. I choc tez jestem
      juz dorosla, to na sama mysl o smierci zwierzostanu mam
      zly w oczach. Bo sa czlonkami mojej rodziny i troszcze
      sie o nich z calego serca, moze czasem bardziej niz o
      reszte - a to dlatego ze zakladam, iz musze byc uwazna,
      gdyz jak cos sie bedzie dzialo to JA musze sie domyslic i
      pomoc.
      Strata przyjaciela boli, bedzie Cie jeszcze dlugo bolala,
      ale pozniej stopniowo bol minie, stanie sie bardziej do
      zniesienia.
      A potem zaswieci slonko i moze poczujesz ze chcesz miec
      znow jakiegos futrzaczka.
      Trzymaj sie.
      Pozdrawiam serdecznie, m.
      • jewel29 Jestescie kochani 21.08.03, 10:11
        Bardzo Wam wszystkim dziękuję za słowa otuchy. Rozmawiałam wczoraj z moim byłym
        chłopakiem, od którego dostałam Dziabonga. Choć się rozstaliśmy, traktuję go
        jak najlepszego przyjaciela, a poza tym - to dzięki niemu Dziabong pojawił się
        w moim życiu i chciałam mu powiedzieć, że odszedł. Długo rozmawialiśmy i
        powiedział, że choć mój smutek i żal są jak najbardziej zrozumiałe i naturalne,
        powinnam być wdzięczna za te 5 lat radości, które króliczek mi dał. To prawda,
        był taką radosną iskierką i rzeczywiście będę myślała o nim w taki sposób. Był
        wspaniałym przyjacielem i takiego będę go pamiętać. Mam na pamiątkę kilkanaście
        zdjęć - najbardziej lubię to, na którym leży wśród kwitnących mleczy na działce
        mojej mamy i ma strasznie zadowolony pyszczek. Może na tym Tęczowym Moście
        znalazł sobie takie właśnie miejsce?
        Już mi troszkę lepiej. Jeszcze raz bardzo Wam wszystkim dziękuję.
        • Gość: Andy Rainbow bridge IP: *.acn.pl 22.08.03, 19:33
          Przypomnialem sobie wlasnie...
          W 1978 roku w Maju, bylem akurat w Pensylwanii...Long weekend i okazja zobaczyc
          cos w Stanach.Pojechalismy z kumplami do Niagara Falls.Tam jest Rainbow Bridge!
          To most ktory laczy USA i Kanade, ponizej nieco American Fall....
          Od tego mostu odbijala "Maid of the Mist" - Taka motorowka ktora podplywala pod
          spadajaca wode z najwiekszego wodospady Niagara.Tyle pamietam, mam gdzies
          slajdy/ ORWO jeszcze/.Ale te wspomnienia wrocily po odczytaniu postu piasi...
          Czy to taki sam most bedzie-nie wiem.Ale mysle ze w naszym tlumie to piasia
          pojdzie jako jedna z pierwszych na spotkanie swoich.Swora na nia poczeka
          naprzeciw, a z nia druga swora wyjdzie razem z tym co odslanial pomnik psa w
          Krakowie....A ja z Diana bede gdzies tam, bedzie Andrzej co dobermana na
          wilanowskie laki prowadzal.Wyjdzie pewnie w garniturze, tak jakby z pracy
          wracal, a jego pies bedzie go wital.Halas straszny...
          Ty bedziesz miala marchew czy co tam temu Dziabongowi dawalas?
          ...Itd.Itp......
          Dopiszcie wszyscy swoje marzenia.- Ja mysle ze to musi byc most o wiele wiekszy
          niz ten Rainbow Bridge o ktorym wspomnialem.On musi pomiescic nas wszystkich,
          nasze zwierzaki i nasze oczekiwania na to spotkanie z nimi!
          To musi byc cos wiekszego niz Golden Gate!
          Napiszcie prosze o swoich marzeniach.....
          Wyjezdzam na Mazury, na urlop o ktorym marzylem od roku ponad...
          Pomysle co napisac mam po powrocie
          Pozdrawiam Was serdecznie, / tymczasem/
        • Gość: Mougli Re: Jestescie kochani IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 24.08.03, 23:18
          Tak mi przykro z powodu Dziabaga, naprawde. Bardzo Ci wspolczuje. Kiedy
          przeczytalam twoj post - plakac mi sie zachcialo - ze nie ma juz malego
          zwierzatka, ktore tyle radosci wnioslo do twojego serca a jednoczesnie
          poczulam cieplo na duszy, ze jest ktos podobny do mnie (również wiekiem), kto
          umie kochac czworonoznych przyjaciol i umie plakac po ich smierci.
          Ja pochowalam juz 3 istotki - kota, dalmatynczyka i biala myszke. Kazda z tych
          smierci zabrala czesc mojego wlasnego serca. Najbardziej przezylam odejscie
          kota - zyla ze mna 13 lat i miala na imie Pusia. Ktos nam podrzucil ja pod
          drzwi, gdy byla malym kociakiem. Bylysmy nierozlaczne. Poczatkowo traktowala
          mnie jak wlasne kocie - lizala przed snem, zaganiala do lozka, pozwalala sie
          wozic w wozku dla lalek a kiedy ktos podnosil na mnie glos - przybiegala i
          zaslaniala mnie patrzac zlowrogo i warczac na mojego "przesladowce". Kiedys,
          podczas przeprowadzki, zginela nam - nie bylo jej pare dni. Szukalismy jej
          wszedzie. Rodzice uznali, ze ktos ja ukradl - bo jakby sie pod ziemie zapadla.
          Ale ja nie potrafilam sie z tym pogodzic - i kazdego dnia wychodzilam na
          balkon i wołałam ja. Czwartego dnia uslyszalam ciche miaukniecie jakby koci
          jęk, wyjrzalam ale nie bylo jej widac. Wszyscy powiedzieli, ze mi sie zdawalo.
          A okazalo sie, ze Pusia lezy pod balkonem - ktos ja kopnal albo uderzyl czyms
          w plecy i uszkodzil jej kregoslup - ale slyszac moje wolanie przywlokla sie i
          polozyla pod wystajaca plyta chodnikowa kolo balkonu. Weterynarz nie dawal
          jej zadnych szans. Miala czesciowy paraliz, nie chodzila, zalatwiala sie pod
          siebie , nie jadla. Lezala tylko i wodzila za mna oczami. Po 3 miesiacach
          udalo sie nam Pusie przywrocic do zdrowia. Weterynarz stwierdzil, ze
          wyzdrowiala na wskutek moich blagan, bo caly czas ja prosilam i zaklinalam
          zeby mnie nie zostawiala. Po tamtym wypadku pozostalo jej tylko zgrubienie na
          kregach i paniczny strach przed ludzmi.
          Z biegiem lat coraz bardziej lagodniala i szukala u mnie wsparcia i opieki.
          Rozumialysmy sie bez slow. Ja wiedzialam, kiedy ona sie dąsała, ona wiedziała
          kiedy ja jestem smutna. Tych szczegolow na pewno bylo duzo wiecej - ale od jej
          smierci minelo juz prawie 10 lat i dluzej musze szukac w pamieci jej spojrzen,
          ruchow, zabaw, zapachu. To byl nowotwór. Walczylismy z nim przez ponad rok.
          Przeszla ciezka operacje ale po 6 miesiacach pojawily sie przerzuty. Kiedy
          weterynarz przyszedl - wiedziala co bedzie sie dzialo - nie uciekala. Polozyla
          sie na stole, trzymalam jej lapke w swojej dloni, mowilam do niej a ona caly
          czas patrzyla mi w oczy nie zwracajac uwagi co z nia robia - jakby chciala
          wykorzystac ostatnie wspolne chwile. I tak lezalysmy patrzac sobie w oczy -
          tylko ze jej zaczely coraz bardziej sie zamykac, az w koncu zamknely sie na
          zawsze. 1,5 minuty trwala ta chwila - bardzo zadko sobie ja przypominam, bo
          strasznie mnie to boli. Choc bardzo dokladnie pamietam te jej zielone oczy
          wpatrzone do ostatniego momentu w moje. I to male schorowane cialko, ktore nie
          mialo juz sily by nosic piekna dusze mojej kociej przyjaciolki.
          Nie umialam i nie umiem zrozumiec i pogodzic sie z jej smiercią - na dnie mego
          serca tli sie nadzieja, ze Pusia jest gdzies bardzo daleko ale spotkamy sie,
          bo to byla przyjazn, ktora nie umiera. Napisalam przyjazn, choc w duszy
          nazywam to uczucie miloscia. Bo przeciez, jak mowia, wiele jest rodzajow
          milosci. Kto powiedzial, ze mozna kochac tylko drugiego czlowieka. Tyle
          zwiazkow miedzyludzkich sie rozpada bez sladu...
          Bardzo dlugo po jej odejsciu umialam z pamieci przywolac jej zapach, dotyk.
          Gdy zamykalam oczy to stawalo sie tak wyraziste , ze zdawalo mi sie ze dzieje
          sie to naprawde. Niestety pamiec zaciera sie, juz nie umiem jej calowac w
          wyobrazni, nie widze jej gdy wchodzi do pokoju, nie wydaje mi sie ze slysze
          jej miaukniecia. Nieśmiertelny czas - najlepszym lekarzem na krwawiace serce.
          Dziabąga bedziesz miała zawsze przy sobie w swoim sercu. I noś go jak
          najdłużej. Ja wierze, ze ci co odeszli żyją nadal - w naszej pamieci. I to, co
          mozemy dla nich jeszcze zrobic na tym świecie - to pamiętać ich jak najdłużej
          i jak najlepiej. Bo jesli o nich zapomnimy - to umrą naprawde i juz nawet nie
          bedzie sensu spotykac sie przy Tęczowym Moście.
          Nie wiem dlaczego świat jest tak skonstruowany, że nasi czworonożni
          przyjaciele w kilka naszych człowieczych lat przeżywają dzieciństwo,
          dojrzałość i starość. Dlaczego musimy na to patrzeć i wytrzymać tyle śmierci.
          Nie wiem, ale jak widzę, że tyle ludzi kochało, kocha i pamięta to zaczynam
          naprawde wierzyć w ten Tęczowy Most.
          Pozdrawiam Cie gorąco
          Mougli

    • Gość: Małgosia Re: dziś pochowałam przyjaciela... IP: w3cache.GBNet:* / 10.1.2.* 22.08.03, 19:27
      Dwukrotnie pochowałam psa. Pierwszy był owczarkiem, nazywał się Rudy, takiego
      koloru była jego sierść, drugą- suczkę miałam tylko rok, zdechła na
      parwowirozę.Znam ten ból:-(
      Teraz mam kundelka- też suczkę- Biankę, ma już 12 lat.Każdego dnia boję się, że
      kiedyś odejdzie.
      Może spróbuj bół ukoić... nowym przyjacielem, pozwoli zapomnieć o poprzedniku
      choć w pewnej mierze. Kup sobie kolejnego króliczka:-)
    • Gość: baśka Re: dziś pochowałam przyjaciela... IP: *.chello.pl 24.08.03, 12:44
      to co napisałaś jest piekne,rozumiem cie bo stracilas przyjaciela a to bardzo
      boli ja rok temu musialam uspic pieska ktorego bardzo kochalismy to byla sunia
      bardzo dlugo chorowala i nie bylo dla niej ratunku,nie chcielismy zeby dluzej
      cierpiala,po jej odejsciu bylo pusto i zle dlatego pomagajac sobie
      postanowilismy juz po miesiacu kupic sunie tej samej rasy-jamniczke-chociaz w
      domu jest jeszcze inny piesek,wierz mi to pomaga ,nigdy nie zapomnimy tamtej
      jedynej bo byla wyjatkowa ale to mala tak inna od swojej poprzedniczki
      pozwolila nam zrozumiec ze zycie toczy sie dalej a ona tak mala i bezbronna
      bardzo nas potrzebuje,nas i naszej milosci,swoja droga podbila calkowicie nasze
      serca i chociaz Smerfetka ktora odeszla byla wzorem cudownego przyjaciela a
      Szira jest strasznie nieposlusznym lobuziakiem to jej obecnosc bardzo nam
      pomogla,dlatego rozumiejac twoj bol z serca radze ci abys kupila drugego
      kroliczka , niezapominajac o tamtym ciesz sie nowym maluszkiem przeciez tamten
      napewno by chcial zebys byla szczesliwa bo cie kochal,on tak jak napisalas
      biega teraz po pieknych lakach i napewno chce zeby inny biedny,siedzacy w
      sklepowej klatce kroliczek mogl cieszyc sie twoja miloscia,wierz mi bedzie lzej
      i tobie i temu nowemu maluchowi a tamtego zachowasz juz nazawsze w sercu-
      pozdrawiam
    • Gość: maMa Re: dziś pochowałam przyjaciela... IP: *.net.autocom.pl 24.08.03, 14:16
      Pochowaliśmy naszego psa w jego "wyjściowej" skórzanej obroży i zawiniętego w
      jego ulubiony koc. Z szacunku.
    • dr.krisk Nie będziemy.. 26.08.03, 01:06
      jewel29 napisała:

      > Chciałam tylko podzielić się z kimś moim smutkiem. Mam nadzieję, że nie
      > będziecie się śmiali jak mój kolega w pracy.

      Nie będziemy, bo z czego się tu śmiać... Pożegnałem już na zawsze kilka
      mieszkających ze mną zwierząt - przyjaciół, i wiem dobrze o czym piszesz.
      Twojemu koledze z pracy powiedz ode mnie, że jest idiotą. I na pewno nikt po
      nim specjalnie rozpaczać nie będzie......
      Pozdrawiam.
      KrisK
      • misiania Re: Nie będziemy.. 26.08.03, 09:20
        gupi ten twój kolega z pracy jest jakiś... ja np. jak jestem u mamusi to zawsze
        zaglądam na hmmm... cmentarzyk. jakieś 4 lata temu, kiedy odszedł jej york,
        pochowali go w ogrodzie, pod tują. następnie położyli tam bardzo duży kamień z
        nalepionymi literami AMIGO (takie literki są do kupienia w sklepach typu dom i
        ogród). kiedy w maju odeszła moja sunia (żyła 17,5 roku) - właśnie tam znalazła
        swoje miejsce, literki NUKA osobiście naklejałam poxipolem. leżą teraz obok
        siebie, Amigo i Nuka, między nimi jeszcze króliczek, na kamieniach powoli
        zadomawia się bluszcz. jakaś taka spokojniejsza jestem, jak tam przysiądę na
        chwilę, wiem, że zwierzaki leżą w ciszy. i w ogóle ważne jest, że wiem, gdzie
        są. ale jak komuś wspominam o cmentarzyku to zazwyczaj wywołuje to zdziwienie.
        też coś - kawałek ogródka, kamień i kilka metalowych liter - a jakbym o
        żelaznym wilku opowiadała. a może to rzeczywiście jest dziwne?
        • dr.krisk Wcale nie jest dziwne... 26.08.03, 10:28
          U mnie w ogrodzie leży mój bokser i sznaucer. Pod dużym głazem. Boksera
          pochowałem bardzo głęboko, w jego koszyku, włożyłem jego ulubione (do później
          starości..) zabawki, przykryłem kocykiem w pieski. A pod kocyk włożyłem słoik z
          kartką. Na kartce jest prośba do tych, którzy kiedyś może wykopią grób, aby
          zostawili go w spokoju....
          Nie sądzę aby było to dziwactwo.
          Przecież to był mój przyjaciel.
          KrisK
          • Gość: leaa Re: Wcale nie jest dziwne... IP: *.localdomain / 192.168.3.* / *.starnet.gliwice.pl 26.08.03, 11:28
            Moją bokserkę straciłam juz prawie rok temu, a nadal ją wspominam z łezką w
            oku, a w moim mieszkanku mam kilka wspólnych zdjęć w ramkach. Niektorzy uwazają
            to za dziwactwo. Po jej stracie wszyscy płakali, nawet mama w pracy, i spotkała
            się z zyczliwością współpracowników.
            Po stracie przyjaciela zawsze tak jest...
            pozdrawiam
    • Gość: emilka Re: dziś pochowałam przyjaciela... IP: 81.210.69.* 30.08.03, 11:05
      dla mnie to nie jest dziwne.pochowała dwa chomiki i psinkę ale bardzo dawno a
      wciąż pamiętam ich dotyk zapach i kolorki.teraz przeraża mnie starość mojego
      psa.kocham go najbardziej na świecie i jeśli chcecie to możecie sie śmiać i nie
      wierzyć...ale tak jest i nikt sie przed niego nie wybije.dosłownie nikt. cała
      rodzina o tym wie i to zaakceptowała.więć rozumiem twój ból po stracie takiego
      przyjaciela jak Dziabong.
    • Gość: Ewelinka Re: dziś pochowałam przyjaciela... IP: *.tarnowskie-gory.sdi.tpnet.pl 11.09.03, 13:57
      Jeśli pozwolisz Jewel29, to chciałabym się podzielić też moim smutkiem.
      Dziś mijają dokładnie 3 tygodnie, jak odeszła moja papużka falista, czyli 2 dni
      później niż Twój Dziabong. Żyła prawie 7 lat. Z mężem przywiązaliśmy się do
      niej, a ona do nas. Nauczyła się mówić, a swoje życie dostosowała do naszego
      rytmu. Kiedy latem wcześnie jest jasno, nie budziła nas krzykiem, tylko czekała
      aż się sami obudzimy. Kiedy wracaliśmy z pracy, od progu witała nas wymawiając
      wyuczone słowa. Rodzice opowiadali, że gdy byliśmy poza domem, papużka
      siedziała cicho. A kiedy nagle zaczęła się ożywiać, to wiedzieli, że za chwile
      wrócimy do domu. Chorowała tylko raz, kiedy nie było nas kilka dni. Wyrywała
      sobie wtedy piórka mimo, że byli z nią moi rodzice, których znała.
      W klatce zamykałam ją bardzo rzadko, tylko podczas mycia okien. Prawie cały
      czas latała po mieszkaniu. 2 miesiące temu nauczyłam ją kolejnego słowa. Uczyła
      się szybko. Lubiła z wysoka przyglądać się nam jak np. gotowaliśmy obiad w
      kuchni. Siedziała wtedy wysoko i razem ze mną powtarzała wyuczone słowa. Kiedy
      chciała być ze mną, przylatywała i siadała mi na ramieniu, kiedy chciała być
      sama – odlatywała w swoje ulubione miejsce i tam siedziała.
      Stopniowo, chwil samotności miała już więcej. Było widać, że loty po mieszkaniu
      były dla niej coraz bardziej męczące. Stawała się bardziej spokojna i mniej
      gadatliwa. Od jakiegoś czasu mniej też jadła. W książce, z której uczyłam się
      jak dbać o papużkę, nie było informacji, jak wygląda starość, a jedynie tekst,
      że żyją ok.7 lat. Zachowanie mojej papużki przypominało zachowanie starszego
      człowieka. Weterynarz to potwierdził. Mimo starzenia się, do końca była
      ruchliwa (no, nie aż tak jak 2 lata wcześniej), wyglądała zdrowo i szalała z
      radości, gdy jadła swoje smakołyki.
      Dokładnie 3 tygodnie temu, wcześnie rano, kątem oka widziałam, jak tradycyjnie,
      cichutko leciała na swoją ulubioną półke. Spałam dalej. Obudził mnie dopiero
      niepokojący szelest z klatki. Papużka była na dnie klatki, weszła do kąta,
      schowała główkę w kącie i cała nienaturalnie, delikatnie drżała. Przerażona
      podbiegłam do niej, zawołałam ją i instynktownie dotknęłam ją, aby przestała
      drżeć. I nagle w jednej chwili, wszystko ustało, ucichło. Tak jakby bała się
      odejść z tego świata i czekała na mnie, aż jej pomogę. Kiedy po czasie (szoku)
      z mężem wyciągaliśmy ją z klatki, wyglądała jakby się uśmiechała. A może tylko
      tak mi się wydawało ...
      Płakałam i szukałam po rożnych stronach internetowych miejsca, w którym
      mogłabym podzielić się swoim smutkiem. Niestety, trafiałam tylko na płatne
      fora. Znalazłam za to straszną dla mnie informacje, że papużki takie żyją
      kilkanaście lat. Znowu poszłam do weterynarza. Tym razem trafiłam na
      specjalistę od papużek, który powiedział mi, że papużki mogą żyć nawet 20 lat!!
      a nasza musiała mieć jakiś nowotwór, ale dopiero sekcja wykazałaby, co
      faktycznie było przyczyną śmierci, bo po objawach, a raczej z braku, nie można
      nic ustalić.
      Od tamtej pory spotykam się ze sprzecznymi informacjami dotyczącymi długości
      życia papużek falistych. Nawet wśród weterynarzy.
      Spotkałam też osobę, która stwierdziła, że trochę przesadzam i upomniała mnie,
      że zwierzęta nie odchodzą a zdychają....
      Mnie natomiast jest bardzo smutno, kiedy przypomni mi się, że już nigdy nie
      zobaczę, jak mały ptaszek cieszy się na mój widok, że już nigdy nie przyleci do
      mnie i nie usiądzie na moim ramieniu, że już nigdy nie wypowie moim głosem
      mojego imienia, że nigdy nie zrobi dla mnie skrzydełek (nasza zabawa), że mógł
      żyć dłużej ...
      Zostały mi tylko wspomnienia, że mały ptaszek potrafi tak mocno, bezgranicznie
      zaufać człowiekowi, przywiązać się do niego i dać tyle radości swoją
      obecnością. Że małe zwierzątko, na swój ptasi sposób potrafi kochać człowieka i
      pokazać to tak, jak jego papuzie serduszko potrafi to okazać.
      P.S. Właśnie dziś znalazłam to forum i cieszę się, że jest miejsce, gdzie mogę
      opisać swój smutek.
      • Gość: Flora Re: dziś pochowałam przyjaciela... IP: 213.25.91.* 11.09.03, 14:20
        Gość portalu: Ewelinka napisał(a):

        >
        >wyglądała jakby się uśmiechała. A może tylko
        > tak mi się wydawało ...


        a może się nie zdawało ? Może faktycznie zobaczyła już ten lepszy świat i się
        uśmiechnęła ?

        > Spotkałam też osobę, która stwierdziła, że trochę przesadzam i upomniała
        mnie,
        > że zwierzęta nie odchodzą a zdychają....


        A niby dlaczego zdychają ?? przecież to też stworzenia Boże. Bóg jak je
        stworzył, to im błogosławił, powiedział że to co stworzył jest dobre. Czy Bóg,
        który jest miłością może gardzić tym, co sam stworzył ?
        Ja myślę, że je stworzył po to, byśmy je kochali choć trochę, tak jak On nas
        kocha.

        Szanujmy zwierzaki, bądźmy dla nich dobrzy, to i Stwórca nami sie będzie czule
        opiekował. (nie oznacza to calkowitego pozbawienia trosk, ale wspomaganie)

        "Błogosławieni miłosierni, albowiem miłosierdzia dostąpią"
      • Gość: Teresa Re: dziś pochowałam przyjaciela... IP: *.solcon.nl 15.09.03, 12:35
        Wspolczuje Ci z powodu odejscia papuzki.Stracilam w ciagu ostatniego roku trzy
        samiczki:Lale,Lile i Cytrynke i samczyka Zorro.Pierwsze 3 umarly z powodu
        nowotworow,dwie byly bardzo mlodziutkie!!!
        Mam woliere a w niej 11 papuzek,niestety nie umieja mowic bo taka wiez jaka
        mialas Ty mozna miec jesli ma sie tylko jedna.Tymniemniej okropnie przezylam
        ich utrate.To sa stworzonka bardzo madre.Gdy wstane rano zaczynaja
        specyficznie "skrzeczec" co oznacza:"kiedy dasz nam swieze ziarenka?",znaja
        mnie z widzenia a gdy ktos obcy sie do nich zblizy uciekaja na swoje "grzadki
        spalne" pod daszkiem!!!
        Niedawno moja najpierwsza papuzka Pitje/znaleziona na trawniku-od niej zaczela
        sie moja "hodowla"/ byla ciezko chora i przeszla operacje w Pogotowiu
        Weterynaryjnym.Na szczescie przezyla i po rekonwalescencji i dopieszczaniu
        odzyla na nowo.
        Papuzki faliste moga zyc dlugo,ale niestety duzo dostaje nowotworow i konczy
        zycie mlodo.Serdecznie Ciebie pozdrawiam
        teresa
    • konya98 Re: dziś pochowałam przyjaciela... 15.09.03, 10:51
      A ja dziś już wiem co czujesz. 2 dni temu odszedl nasz swiniaczek morski
      Leonek - po malym zwierzaczku zostala wielka pustka.
      Leonek zachorowal jakies 2,5 tygodnia temu - zrobilo mu sie jakies zgrubienie
      na pyszczku i nie mogl jesc. Mimo, ze zgrubienie udalo sie wyleczyc i zniknelo,
      nasz ukochany futrzaczek nadal nie jadl. Karmilismy - jego przecierami dla
      niemowlat a siebie nadzieją. Na koncu nie jadl nawet tego.
      Pysiaczek wybral sobie moment na przejscie teczowego mostu w sobote rano -
      kiedy oboje z zoną bylismy przy nim. W piatek wieczorem tez z nim bylo zle ale
      wrocil - nie bylo mnie przy nim i wierze ze chcial odejsc jak bedzie cala
      rodzina. W nocy jeszcze przyszedl (mimo, ze od paru dni nie chodzil, gdyz byl
      slaby i bolaly go lapki)ze swojej poduszeczki pod lozko, tam gdzie spedzal
      wszystkie noce. Moze chcial byc blizej nas, moze chcial spedzic ostatnią noc z
      tymi, ktorzy go tak kochali. Rano spakowal swoj maly wezelek, pomachal czarną
      łapką (tą, której najtrudniej bylo obcinac pazurki) i odszedl na mleczykowa
      łączkę. I została pustka.
      Nadzieja, ze kiedys spotkamy naszego futrzaczka, ktoremu tyle zawdzieczamy,
      pozwala dalej żyć.
      Magda i Maciek (i Leonek, ktory pewnie sie zlosci na naszą rozpacz)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka