jewel29
20.08.03, 15:40
Dziabong był rudym królikiem-miniaturką i spędził ze mną troszkę ponad pięć
lat. Był kochanym, łagodnym stworzeniem, nieustannie ruszającym nosem, miał
śliczne, puchate futerko, biały brzuszek i brązowe oczka. Kiedy wracałam z
pracy, zawsze stawał w klatce słupka i opierał się łapkami o drzwiczki
wiedząc, że zaraz go wypuszczę i będzie biegał, póki nie pójdę spać. Wczoraj,
kiedy wróciłam do domu, nie podniósł się na mój widok. Podeszłam do klatki -
wyglądał, jakby spał, miał łepek na przednich łapkach, tylne wyciągnięte,
półprzymknięte oczka. Nie zareagował ani na otwarte drzwiczki, ani na dotyk.
Musiał umrzeć we śnie, zasnąć i więcej się nie obudzić. Nie myślałam, że jego
odejście tak strasznie mnie zasmuci. Płakałam jak dziecko, choć mam prawie 30
lat. Najgorsze przyszło, kiedy musiałam wyjąć go z klatki i schować w worek,
a potem do pudełka po butach. Myślałam, że serce mi pęknie, był taki śliczny,
taki bezbronny... Dziś rano zakopałam go w lasku pod dziką śliwką. Mam
nadzieję, że biega po jakiejś ślicznej łące i jest mu dobrze. Całą noc miałam
wrażenie, że chodzi po pokoju i obgryza pudełko. Strasznie go kochałam. Kiedy
pomyślę o tym, że dziś już nie będzie ocierał mi się o nogi i stawał słupka,
chce mi się płakać. Dlaczego tak nagle odszedł? Wiem, że jak na królika nie
był już młodzieńcem, ale przecież mógł jeszcze żyć... Smutno mi. Strasznie mi
smutno. Nie mogę znaleźć sobie miejsca i boję się wracać do domu, bo jak
zobaczę puste miejsce po klatce, to...
Chciałam tylko podzielić się z kimś moim smutkiem. Mam nadzieję, że nie
będziecie się śmiali jak mój kolega w pracy. To było głupie i okrutne z jego
strony. Stwierdził, że powinnam wyrzucić Dziabonga na śmietnik i byłoby po
kłopocie. Dlaczego niektórzy niczego nie rozumieją?