Dodaj do ulubionych

Kot szczęśliwy. Szczęście... A cóż to takiego?

22.10.03, 20:15
Ja zwierzaki znam jedynie z własnych obserwacji i przemyśleń.
Ot taki przykładzik:
Koń trzymany w pięknej i wygodnej stajni w osobnym czystym boksie nie
eksploatowany ciężką pracą otoczony miłością człowieka, który zapewnia mu
pełen żłób pysznego obroku, opiekę weterynaryjną i codzienną porcję
zorganizowanego ruchu w zadaszonym maneżu.
Czy ten koń jest szczęśliwszy od rumaka puszczonego w stadzie samopas na
rozlewiskach Warty? Konia narażonego na niebezpieczeństwa walk, kontuzji i
przeziębień, lecz mającego wolność, mogącego bez ograniczeń pędzić z rozwianą
grzywą przed siebie wraz z równie wolnymi współbraćmi wśród łanów traw może i
nie tak smacznych i pożywnych jak ten obrok dany przez człowieka.
Powyższy przykład odnieść można również do psa zwierzaka przecie stadnego.

A kot? Kot z natury swej odkrywca zamknięty z woli człowieka w czterech
wygodnych ekskluzywnych ścianach, z woli człowieka pozbawiony możliwości
spotkania pobratymców, bez możliwości prokreacji, bez broni.
Tak bezpieczny, że przez całe swe życie nie spotka żadnego prześladowcy, lecz
ten łowca wspaniały, drapieżnik, nie spotka również ofiary.
Czy pełna micha i sterylne bezpieczne cztery ściany to jest to właśnie, co
tygryski lubią najbardziej?

Czy jest to opieka jeszcze czy już nadopiekuńczość?
Czyż nie jest to uszczęśliwianie na siłę?
Czy zwierzak pozbawiony prawa decydowania o sobie naprawdę nie ma o tym
zielonego pojęcia? Czy możemy tu mieć pewność zupełną?
A jego rozum i tzw. instynkt? A dusza? (choć tu niech wypowiadają się biegli
w piśmie) A jego odczucia i uczucia?
Czy widzieliście kiedykolwiek kota płaczącego prawdziwymi łzami z bezsilnej
złości wściekłości wręcz?
Czy jeśli twierdzicie, że zwierzak jest szczęśliwy to mam prawo rozumieć, że
wiecie co to jest szczęście?
Czy jesteście w stanie zamieścić tu regułkę określającą szczęście?
Czy jesteście pewni, że poznaliście receptę na szczęście?
Ja naprawdę nie kpię, lecz pytam poważnie. Prosząc jednocześnie by nie
podpierać się teorią mniejszego zła (przerabianą dość dokładnie i na wszelkie
możliwe sposoby w dekadzie lat 80-tych). Według mnie dobre zło po prostu nie
istnieje.

Ktoś pewnie się żachnie: dlaczego on na tym forum z tym wyjeżdża? Bo właśnie
tu na tym forum w wielu wypowiedziach (Kot na sznurku, Obcinanie pazurków,
Kastracja etc. etc.) można spotkać wyraźne i naładowane zdecydowaną pewnością
stwierdzenia o szczęściu zwierzaka co prawda, lecz jednak o szczęściu.
Chciałbym poznać podstawy tych sądów, nauczyć się czegoś. Wszak człekowi
wiedzy nigdy dosyć.

Najniższe ukłony!
Prowokujący, lecz i ciekawy M.J.
Obserwuj wątek
    • Gość: m.pw Re: Kot szczęśliwy. Szczęście... A cóż to takiego IP: *.konstancin-jeziorna.sdi.tpnet.pl 22.10.03, 20:30
      Juz chyba Ci proponowałam, ale powtórzę jeszcze raz - przyjdź do kociego Azylu
      i zobacz co potrafia zrobić zwyrodnialcy z puszczonymi luzem, bez opieki
      zwierzakami, które instynkt skłonił do poszukiwań.
      A ile ginie pod kołami pojazdów, a ile z głodu. To niestety jest koszt
      cywilizacji. Nie maja gdzie biegać mustangi, nie moga hasać koty i psy, bo
      ustrzeli mysliwy. Człowiek tez nie może wielu rzeczy robić i nie może iść gdzie
      go oczy ponios, bo moze zywy nie wrócić
      • Gość: kaska Re: Kot szczęśliwy. Szczęście... A cóż to takiego IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.10.03, 20:33
        nie na sile, skoro koty tak bardzo lgna do czlowieka i marza o domowym cieple.
        Wcale im sie nie usmiecha zycie na podworku i walka w smietniku o zarcie ze
        szczurami.
    • wadera2 Re: Kot szczęśliwy. Szczęście... A cóż to takiego 22.10.03, 20:46
      Dla mnie ,jako człowieka, szczęście oznacza możliwość wybory własnej drogi
      życiowej, czyli innymi słowy wolność. Niemniej aby móc cokolwiek wybrać trzeba
      być w pełni świadomym istnienia różnych alternatyw, związanych z nimi
      możliwości i ograniczeń. Obawiam się , że w przypadku zwierzęcia to raczej
      niemożliwe. Jeżeli urodzi się w stajni to zna życie zgotowane mu przez
      człowieka, jeżeli na równinach, to nie wie jak się żyje mając opiekę
      weterynaryjną. Wizja wspaniałego, szczęśliwego,wolnego konia z rozwianą grzywa
      zaliczam raczej do kategorii romantycznych złudzeń - są zapewne momenty lepsze
      i gorsze w życiu takiego zwierzęcia, jak każdego innego.
      Istnieje również inny aspekt tej sprawy. Zwierzęta domowe, takie jak psy nie
      umieją w ogóle żyć na wolności, to dla nich całkowicie obce środowisko.
      Przypominam, że psy to nie udomowione wilki! To całkowicie inny gatunek, jak
      ludzie i szympansy.Takie psy (bezdomne) są zdecydowanie nieszczęśliwe, zawsze.
      Ludzie wyhodowali psy i odpowiedzialność za ich los spoczywa odtąd całkowicie
      na ich barkach. Co do kotów to sytuacja jest tylko troszkę inna, przecież to
      także nie są tygrysy. . Prawdą jest jednak , że koty potrafią żyć obok ludzi,
      korzystając z ich dobroci, ale nie uzależniając sie od niej bezgranicznie.
      Wciąż pozostaje problem wyboru - kot wychowany w piwnicy nie zna innego życia i
      zapewniam cię, że nikt by takiego kota nie zabrał do domu i nie zamknął w
      czterech ścianach - nie wytrzymał by tego ani kot, ani człowiek. Identycznie -
      kot wychowany wśród ludzi zginie w środowisku kotów piwnicznych. Stąd wniosek,
      że dla zwierzęcia najlepszy jest taki model życia w jakim się wychował, o ile
      ma co jeść i zaspokojone podstawowe portrzeby psychiczne jak zabawa i
      towarzystwo - człowieka lub innego zwierzęcia. Moje koty mają i takie i takie -
      są wychowane w mojej czteroosobowej rodzince i są od urodzenia we dwoje, więc
      raczej się nie nudzą.
      Jeżeli masz jeszcze jakieś wątpliwości - zapraszam do rozmowy.
      • orvokki Re: Kot szczęśliwy. Szczęście... A cóż to takiego 22.10.03, 23:24
        Nie wiem, czy w przypadku zwierzęcia można mówić o szczęściu w ludzkim
        rozumieniu...(czyli pewnego stanu duchowego) ale na pewno możemy mówić o
        zadowoleniu, a to u zwierząt dobrze widać. Kot zadowolony, czy
        powiedzmy "szczęsliwy", nie jest agresywny, ma ochotę do zabawy, ma apetyt,
        sierść mu się błyszczy, wąs nastroszony, oko bystre i tak dalej i tak dalej.
        Myślę, że mądrze napisała Wadera2, że zwierzęciu dobrze w takich warunkach do
        jakich przywykło od młodości. I jeszcze jedno: ktoś kiedyś opracował "piramidę
        potrzeb", czyli swoistą hierarchię ich ważności. Najważniejsze, i dla człowieka
        i dla zwierzęcia, jest zaspokojenie takich potrzeb jak jedzenie,
        bezpieczeństwo, potem powiedzmy rozmnażanie się, a na samym szczycie dopiero
        znajdują się potrzeby wyższego rzędu, duchowe. Potrzeby wyższego rzędu odczuwa
        się dopiero po zaspokojeniu potrzeb podstawowych. Stąd kot przymierający głodem
        w piwnicy doceni jednak pełną michę i ciepły kąt. A w ogóle jeśli chodzi o
        zwierzęta, to bardzo polecam książkę "Pi" J. Martela (oops, o ile nie
        przekręciłam nazwiska) - bardzo mi się tam podoba fragment o zwierzętach w zoo,
        bo unika antropomorfizowania zwierząt i dla mnie jest przekonujący bardzo. W
        skrócie: zwierzę ma pewne potrzeby, w naturze, aby je zaspokoić potrzebuje
        dużego rewiru, bo na małym nie jest w stanie na przykład zdobyć odpowiedniej
        ilości pożywienia. To nie zew wolności czy umiłowanie przygody każe zwierzętom
        migrować setki kilometrów - to głód lub pragnienie. W warunkach sztucznych,
        przy odpowiednim pomyślunku człowieka, zwierzę swoje różnorakie potrzeby może
        zaspokoić na o wiele mniejszej przestrzeni, przestrzeni niejako skondensowanej
        (co nie znaczy, że można zamknąć tygrysa w klatce dwa na dwa i będzie
        szczęśliwy).

        A co do szczęścia, nie pokuszę się o definicję, żeby się nie ośmieszać, ale
        chyba jednak jest to stan zależny nie tyle od warunków zewnętrznych, co od
        stanu ducha. Ktoś potrafi być szczęśliwy, chociaż obiektywnie niby wielu rzeczy
        mu brakuje, ktoś inny niby ma wszystko, a szczęśliwy nie jest...
    • Gość: beti Re: Kot szczęśliwy. Szczęście... A cóż to takiego IP: *.su.krakow.pl 23.10.03, 10:08
      A ja myślę, że moja kitusia jest z nami szczęśliwa... Odczuwam to codziennie
      gdy wracam z pracy i gdy od progu się do mnie łasi, przytula i gdy zjemy
      obiadek kicia ładuje mi się na kolanka i mnie grzeje i mruczy. Jest zawsze tam
      gdzie my (ja i mój mąż), my w kuchni ona w kuchni, my w pokoju ona w pokoju i
      nawet gdy się kąpie to siedzi na brzegu wanny i mnie obserwuje. Gdy rano
      dzwoni budzik to po chwili słyszę gdzieś z mieszkania "gruchanie" i kicia już
      pędzi żeby mnie pogonić bo przecież ona już się stęskniła i ktoś musi ją
      popieścić i nakarmić.A gdy w wakacje jeździliśmy na działkę, kituśka zwiedzała
      całe działki, przynosiła mi motyle (jakby nie chciała być darmozjadem) i
      zawsze do nas wracała. Znikała na godzinę i potem przychodziła się połasić
      i "pokazać", że jest i wszystko z nią ok. Kicia urodziła się w bloku i myślę,
      że gdybym chciała ją teraz wypuścić, żeby mogła żyć dziko to raczej by sobie
      nie poradziła... Więc nie wydaje mi się, że robię jej krzywdę a wręcz uważam,
      że jest szczęśliwa bo ma zawsze pełną miskę, ciepło i miłość, za którą każdego
      dnia nam dziękuje. Aha i ma jeszcze wakacyjne wspomnienia, które gdy tylko
      znowu przyjdzie wiosna zamienią się w rzeczywistość i znowu kituśka będzie
      hasać, łąpać motyle i wracać do nas na pełną michę i pieszczotki.
    • Gość: kot Re:Szczęście... IP: *.mech.pw.edu.pl 23.10.03, 12:34
      Witam!
      Karmię koty bezdomne, sterylizuję kotki. Te koty, które mają szanse na adopcje
      biorę do domu, oswajam i oddaję dobrym ludziom.

      Sterylizowałem kiedyś piękną, puszystą kotkę z piwnicy. Próbowałem ją oswoić,
      ale była dzika, drapała pazurami. Nie była z mojego terenu, jej karmicielka
      zażyczyła sobie, żebym ją wypuścił. Wypuściłem ją do tej samej piwnicy, w
      której przed sterylizacją mieszkała, była karmiona i rodziła dzieci. Kotka
      przeniosła się na parking, było lato. Widywałem ją tam, nosiłem jej jedzenie,
      czasem czekała na mnie do późnej nocy.
      Już jej nie ma, została otruta tak jak i inne koty z tego parkingu, widać
      musiały przeszkadzać. Była "szczęśliwa" przez trzy miesiące ...
      Pozdrawiam, Juliusz.
      • piasia Re:Szczęście... 23.10.03, 16:02
        Problem wolności już omówiono. Problem pełnej michy i kontaktu z człowiekiem
        takoż - przecież wszystkie nasze zwierzaki potrzebują naszego głosu, dotyku,
        zapachu, obecności, i pieszczot.

        A ja chcę poruszyć problem rozmnażania.
        Gdy zdecydowałam się na kastrację swego psa, wiele osób rzuciło się na mnie z
        krzykiem, że chcę go unieszczęśliwić. Ale decyzja zapadła - pies jest eunuch.

        I nieważne, że to pies, który - w odróżnieniu od suki - szczeniaków nie rodzi i
        nie karmi, który mógłby sobie "poużywać" bez konsekwencji, jak sądzą niektórzy.

        Sęk w tym, że ja kiedyś miałam psa, w którym aż kipiały hormony. Wyczuwał
        suczkę w rui z odległości pół kilometra (w mieście!!!), piszczał, wył,
        skowyczał, uciekał na spacerach żeby warować pod domem wybranki. Jako
        mieszaniec nie miał szans na rozmnażanie, więc cała jego męska energia szła na
        zmarnowanie. Nikt mi nie wmówi że był szczęśliwy. A takie cyrki zdarzały się
        kilka razy w roku. To było wiele lat temu, kiedy kastracja nie była tak
        rozpowszechniona jak teraz.
        Dlatego jak mój siedmiomiesięczny psiak zaczął wystawać pod drzwiami
        wyjściowymi ze skowytem, a na spacerach głupieć z nosem przy ziemi -
        zdecydowałam, że oszczędzę mu cierpień.
        Teraz ma półtora roku, jest radosnym, zawsze gotowym do figli stworzeniem,
        sprężyną, która wskakuje mi w ramiona, gdy tylko wchodze do domu. Wiem, że jest
        szczęśliwy.
        I wiem, że nie cieszyłby się życiem tak jak teraz, gdyby ciągneło go do suk, a
        nie mógł się wyżyć.
        Ba, są tacy, co podeszliby do sprawy bardzo praktycznie - lata jakaś suka
        luzem - to puszczam psa, żeby sobie poużywał. Co zaku..si to jego. Taka postawa
        oznaczałaby, że nie zasługuję na posiadanie żadnego zwierzęcia. Nawet na
        karalucha w kuchni.

        Wiem, Mjocie, że jak zwykle chcesz nas skłonić do refleksji i dyskusji. A
        przecież sam dobrze wiesz, że Twoje zwierzaki są szczęśliwe! Gdyby bylo
        inaczej, to w ogóle by Ci do głowy nie przyszło zaczynac takiego wątku...

        pozdrawiam
        Pi
    • mjot1 Dzięki... 26.10.03, 07:21
      Dzięki za odzew. Proszę jednak o jeszcze. Jakoś ciągle mi mało...

      Zazdroszczę Wam tej pewności. A może tylko braku wątpliwości?
      Zazdroszczę, bo nic nie jest dla mnie takie proste i jasne. Ja ciągle mam same
      wątpliwości.

      Mpw w zbiorowisku zwierzęcych nieszczęść byłem raz. I już więcej chyba tam się
      nie pojawię. Pewniem za miękki...? Lecz w naszym przepełnionym wartościami
      kraju nieszczęścia dopadną cię wszędzie same. A to zwirz bity, porzucony,
      wyrzucony, przywiązany drutem do drzewa w lesie czy jak ostatnio dziewięć
      szczeniaków w skrzynce wyrzuconych w lesie bo widać „nie poszły” a utrzymywanie
      ich przez tydzień do następnej „giełdy” nie kalkuluje się nijak ekonomicznie. A
      my, co jak co ale liczyć to przecie potrafimy.
      Stosując dowód nie wprost twierdzisz, że skoro jest tyle nieszczęść to musi być
      i szczęście.
      Zgadzam się w zupełności. Ja doskonale wiem, że świat na kontrastach stoi.
      Wiem, że gdyby nie było czerni nie byłoby i bieli. Wiem, że gdyby nie zło nie
      byłoby dobra.

      Wadero piszesz, że zwierzę domowe bez człowieka nie da sobie rady. Piszesz, że
      pies nie potrafi w ogóle żyć na wolności.
      Nie mogę się z tym zgodzić dlatego że w swym marnym życiu miałem okazję widzieć
      trzy zgrane grupy psów zdziczałych. Wspaniale zgraną parę potrafiącą
      terroryzować okoliczną ludność. I dwie prawdziwe watahy złożone z kilku i
      kilkunastu osobników. Mając takie „pseudo” niechybnie doceniłabyś ich
      fantastyczną organizację, to zgranie i hierarchię. One naprawdę potrafią żyć
      bez człowieka!
      Już ich nie ma zostały wszystkie przez tegoż człowieka rozstrzelane.
      Miałem kiedyś pyszczydlaka był to kot dwuśrodowiskowy. Zimową porą mieszkał z
      nami i był normalnym kanapowcem, któremu mysz mogła przejść koło nosa. W
      okresie ciepłym opuszczał nas i mieszkał w lesie. Wraz z ociepleniem dziczał i
      stawał się prawdziwym drapieżnikiem unikającym ludzi i żyjącym tym, co
      upolował. Tak trwało kilka lat aż nieborak trafił na lepszego.
      A miałem też przyjemność obłaskawić dzikiego (zdziczałego) kota. Mieszkał potem
      z nami, choć oczywiście zachował wszyściutkie cechy prawdziwego drapieżcy.
      Ktoś wspomniał o mustangach... Przecie to zwierz zdziczały.
      By nie szukać daleko. Co sądzicie np. o kotach w Bieszczadach po akcji „Wisła”?
      Wniosek:
      Nie mogę się zgodzić z twierdzeniem, że bez nas ludzi zwierze zginie. Dla mnie
      jest to zbytnie ludzkie zadufanie!
      Stawiam wszystko przeciw niczemu, że jeśli zabrakłoby ludzi to natura jedynie
      odetchnęłaby z ulgą i ruszyła do przodu w postępie geometrycznym!
      Czy wy naprawdę jesteście przekonani, że natura jest w stanie popełnić
      samobójstwo?

      Piszecie, że musimy bronić zwierzęta przed ludźmi właśnie.
      Zgoda. Oczywiście, że zgoda! Tylko czy tą obroną ma być eksterminacja?!
      Zaiste przedziwny sposób ochrony: nie dopuścić do narodzin... Cóż za
      przewrotność?! Faktycznie jedynie człowiek mógł wpaść na taki pomysł by dla
      dobra czegoś decydować o tego „czegoś” istnieniu.
      Nie sądzicie, że wszystko powinno się mierzyć jedną miarą? Pytam, więc
      nieśmiało, dlaczego nie pojawia się wniosek o sterylizacji ludzi?
      Założony przez Was sposób „ochrony” zwirzaków prowadzić może jedynie do
      jednego. W miarę gwałtownego przyrostu populacji nas ludzi musi ubywać gatunków
      innych. Matka ziemia nie jest przecie balonem, który można nadmuchać w
      zależności od potrzeb.

      Najniższe ukłony!
      Jak zwykle wątpliwości pełen M.J.
      • piasia Re: Dzięki... 27.10.03, 17:07
        mjot1 napisał:
        > Stawiam wszystko przeciw niczemu, że jeśli zabrakłoby ludzi to natura jedynie
        > odetchnęłaby z ulgą i ruszyła do przodu w postępie geometrycznym!

        Wiem, że kiedy ja zniknę z oczu mojemu psu, to gna za mną co sił w łapach, a
        jak musiałam wyjechac na trzy dni i zostawiłam go u ludzi, których znał, w
        grodzie, który znał, z psami, które znał - to i tak dwa dni przeleżał z nosem
        przy drzwiach, cicho popłakując.
        Może zostawiony sam na dłużej, zupełnie bez ludzi, zdziczałby i trafił do
        jakiejś psiej watahy. Ale cóż z tego, że one są doskonale zorganizowane i dają
        sobie radę? Młodociane bandy tez są doskonale zorganizowane! A każdy taki
        dresiarz, który bez skrupułów "skroi" bogatszego rówieśnika, gdzieś w środku
        tęskni za przytuleniem, i za prezentem na Gwiazdkę....

        > dlaczego nie pojawia się wniosek o sterylizacji ludzi?

        Och, z pewnego forum musiałam uciekać, gdy o tym napomknęłam. Pojawiły się
        wpisy odżegnujące mnie od czci i wiary. A ja myślę, że moglibyśmy wreszcie
        zmienić przedwojenne prawo, które zakazuje pozbawiania zdolności płodzenia.
        Na całym świecie dokonuje się czasowej sterylizacji na życzenie. U nas jest to
        zabronione. U nas cichcem lekarz w wyjątkowych wypadkach zadba o to, by
        kobieta, którą operuje, po operacji nie mogła więcej mieć dzieci. Był o tym
        wstrząsający reportaż kilka lat temu.
        Osobną sprawą jest sterylizacja pedofilów - iluż z nich o to prosi! Ale nie
        wolno, bo przepisy.
        Dawno temu Stanisław Lem napisał powieść "Powrót z gwiazd". Czytałam to dawno,
        ale pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie opis regulacji urodzin. Otóż cała
        ludzkość jest pozbawiona zdolności rozmnażania. Środki antykoncepcyjne są
        rozpuszczone w wodzie pitnej. Gdy jakaś para bardzo chce miec dziecko,l musi
        sie stawić przed specjalną komisją, która po serii bardzo dokładnych testów
        wydaje opinię czy owej parze można pozwolić na urodzenie i wychowanie nowego
        mieszkańca Ziemi.
        Straszna perspektywa? Faszystowskie metody?
        Pewnie tak. Ale jak myślę o noworodkach porzucanych w rowach, o dzieciach
        zamordowanych i schowanych w beczkach z kapustą, o maluchach bitych, glodzonych
        i molestowanych przez własnych rodziców to marzę by taki nadzór nad
        rozmnażaniem kiedyś wszedł w życie.

        A teraz na mnie krzyczcie....
        • wadera2 Re: brawo piasia! 28.10.03, 22:17
          Nie mam zamiaru na ciebie krzyczeć, tylko przeciwnie. W Polsce sterylizacja nie
          może być przeprowadzona nawet na wyraźne zyczenie pacjenta. Moja ginekolog mi
          mówiła, że za to kara dla lekarza jest wyższa i to dużo od kary za aborcję, bo
          to jest uważane za świadome okaleczenie pacjenta. Co to za durne prawo, pytam?
          O tym się w ogóle nie mówi, a przecież o ile mniej tragedii by było gdyby
          kobieta(czy mężczyzna) nie mający warunków na dzieci ani widoków na zmianę
          sytuacji mógł podjąć decyzję o sterylizacji swojej osoby.
          O sterylizacji pedofilów nie mówię, bo sprawa wydaje mi się oczywista. Myślę,
          że też dla wielokrotnych gwałcicieli to byłoby wybawienie ( w sensie potocznym,
          nie religijnym).
          A co do tych band zwierząt, zdziczałych psów, to one nie są niestety naturalną
          grupą jak wilcza wataha tylko po prostu bandą ogłupiałych zwierzaków, które nie
          rozumieją dlaczego ludzie wyrzucili je z domu, a chcą jakoś żyć. W grupie jest
          im łatwiej kraść, napadać zwykle na zwierzęta gospodarskie. TAkie psy są ,
          niestety , bardzo agresywne i na całym świecie zwykle się je zabija. To nie
          jest na pewno szczęśliwe życie na wolności. Przypomina mi to reportaż o
          samotnych , bezdomnych dzieciach w Rosji - one też dają sobie radę. Czy to
          znaczy, że dzieciom dobrze jest na ulicy , bez opieki?
          Życie zawsze stara się przystosować do warunków, ale szczęście daje
          zaspokojenie potrzeb. Te potrzeby mogą być różne - dla jednego to miska zupy,
          dla drugiego wyprawa na Biegun. Ale dla zwierząt domowych to miłość i opieka
          pana. To tylko moje zdanie, ale mam głebokie przekonanie, że tak jest. Ta
          prawda nie dotyczy zwierząt dzikich, nikt nie karze nikomu trzymać w domu rysia
          czy pumy, bo to nie byloby dla nich szczęście, ale dla kota to lepsze niż życie
          w zapchlonej piwnicy w narażeniu na spotkanie ze zwyrodnialcem na dwóch nogach.
          • piasia Brawo Wadera 29.10.03, 16:51
            Stara, mądra Wilczyca. Może szara? z mojej ulubionej książki dzieciństwa?

            pzdr
            • mjot1 Dyskusyja się rozwija... 29.10.03, 20:12
              Ile zwierz ma w sobie ze zwierzęcia? Czy bliżej mu do natury jeszcze czy już do
              człowieka?
              Czy ktoś jest w stanie mi na to odpowiedzieć? Czy czasem nie kierujemy się w
              naszych sądach swym zwykłym przyziemnym samolubstwem?
              Ja mam ciągle wątpliwości. I co gorsza one mi ciągle narastają!
              Zazdroszczę Wam pewności.

              Cieszy również to, że (choć bardzo przecie nieśmiałe, lecz jednak) są głosy
              wątpliwości, co do prawdy jedynie słusznej „w ilości siła” dotyczącej naszego
              szlachetnego gatunku. A przyznać trzeba, że pogląd takowy w naszej społeczności
              nie jest zbyt popularnym. Ba gdyby jeszcze płonęły stosy to...
              A wszak za mego to przecie żywota niejakie Mao przerabiało już ten temat! Ale
              my światli nie będziem wierzyć doświadczeniom jakichś tam ......
              Wiem, że głoszę tu teorie niepopularne, lecz sądzę, że najwyższy czas by zacząć
              myśleć, dokąd zmierzamy? Prokreacja nie jest jedynym celem człowieka istoty
              ponoć rozumnej.
              Najwyższy czas zacząć korzystać z daru niezwykłego jakim obdarzyła nas
              Opatrzność, daru jakim jest rozum. Nie wolno nam tym darem gardzić! Bo to jest
              delikatnie ujmując niegrzeczne.

              Najniższe ukłony!
              Drążący nadal M.J.
            • Gość: wadera2 Re: Brawo Wadera IP: 213.25.22.* 29.10.03, 22:20
              Dzięki za miłe słowa. MAm nadzieję, że nie jestem aż taka stara :-)), ale szara
              to i owszem.
              Cieszę się, że na tym forum znalazłam bratnie dusze i zrozumienie, ostatnio
              byłam troche "potłuczona" na innym formu i miałam zamiar przestać się
              wypowiadać, bo strasznie nie lubię pyskówek. No to forum weszłam żeby poszukać
              jakiegoś ciekawego miejsca do pogadania o zwierzakach dla mojej córki (bo
              wpisując w wyszukiwarkę "kociaki" otwarło jej się coś bardzo ludzkiego ...), a
              tymczasem widzę, że spotkałam tu sporo bardzo fajnych ludzi z którymi jest o
              czym pogadać.Pozdrawiam!
              • macpor Szczęście ;) 30.10.03, 05:36
                Piasia nie napisała jednak jak się skończył "Powrót z gwiazd". Poza jednym
                wszyscy "goście z przeszłości" powrócili z powrotem do gwiazd. Nie potrafili
                żyć w tym szczęśliwym świecie ;). Książka bardzo fajna i polecam przeczytać -
                polecam również "Eden" Lema.

                W pełni się zgadzam, że ograniczenie rozrodczości ludzi pomogło by rozwiązać
                wiele spraw. Myśle że jest nas już ciut za dużo na kuli ziemskiej. Żal mi
                ściska jak widze sąsiadujący z moim domem park-las wycinany przez rozrastające
                się miasto, na cmentarz, na nowe drogi... Chciałbym tylko wiedzieć jak to
                zrobić, żeby nikogo nie skrzywdzić...

                A co do zwierzęcego szczęści - mój pies jest wilczurem, krzyżówką 3/4 owczarka
                alzackiego i 1/4 brodacza. Wyrosło dosyć potężne bydle z sporym futrem i silną
                potrzebą dominacji i opieki. Początkowo mieszkał w domu ale z czasem rósł i
                dobitniej zaczął udowadniać, że coś mu się niepodoba. Aż w końcu skończyło się
                to atakiem na mnie, takim że omało co nie straciłem palca u ręki. Groził mu za
                to wyrok śmierci- agresywnego psa nie można trzymać. Jednak ani weterynarze się
                do tego nie spieszyli ani moi rodzice. Pies mieszka teraz przy budzie na
                dworze. Jest cały czas na łańcuchu, a na spacery wychodzi tylko w kagańcu.
                Puszczam go ze smyczy jedynie jak wiem że nikomu w okolicy nie zagrozi. Czy
                jest teraz szczęśliwy? Żyje - miał wyrok śmierci a skończyło się na dożywociu.
                Nasza wina bo go nie wytresowaliśmy odpowiednio? Do pewnego stopnia tak. Ale
                jak obserwuję okoliczne psy - a jest ich tu mnóstwo, jest z nich najbardziej
                karny. Przychodzi zawsze do nogi na polecenie w przeciwieństwie do tych
                szkolonych przez treserów - nawet indywidualnych. Jeszcze jedna sprawa - jego
                futro - jego szaleństwo w domu wynikło z temperatury i hałasu. W domu było
                dwadzieścia kilka stopni a ja wierciłem wiertarką udarową. W budzie ma teraz
                nareszcie własny kąt do którego nikt mu się nie wtrąca i chłodek którego
                potrzebuje. Przy wyższych temp on ledwo żyje. Tylko tęskni za nami. Cóż żeby
                był w pełni szczęśliwy - musiał by mieszkać w domu w którym by było tylko 10C.
                Nie możemy być jednocześnie w pełni zadowoleni my i on. Nie moge poświęcać
                całych dni na zabawy i spacery z nim.
                Powazny problem mamy za to z ludźmi, którzy chcą na siłę uszczęśliwiać naszego
                psa - on taki biedny bo siedzi na łańcuchu, on taki biedny bo śpi w budzie, on
                taki biedny bo musi nosić kaganiec. I jak tu takim tłumaczyć, że w budzie mu
                lepiej niż w domu, a kaganiec i łańcuch to elementy bezpieczeństwa dzięki
                którym może życ. Co oni tam wiedzą o jego szczęściu.
                • piasia Do przedmówców 30.10.03, 15:43
                  Do Wadery:
                  Napisałam stara, bo gdzieś w jakiejś książce znalazłam taką definicję wadery -
                  stara, doświadczona wilczyca. A Szara Wilczyca to moja ukochana książka z
                  dawnych lat.

                  Do Mjota:
                  Tak się filozofie zastanawiasz czy nasze zwierzaki są szczęśliwe czy nie, a
                  przecie gdy napotkasz w swym lesie psa przywiązanego do drzewa przez
                  jakiegoś .... to nie filozofujesz, tylko odczepiasz, prowadzisz do własnego
                  domu, przygarniasz, odkarmiasz i opiekujesz się jak potrafisz. A może on byłby
                  szczęśliwszy, gdyby go po prostu dobić, bo by nie tęsknił za poprzednim
                  właścicielem.... sam widzisz co za brednie wypisuję! Ot, do czego prowadzą
                  zbytnie wątpliwości ;)

                  Do Macpora:
                  To jest właśnie przykład zdrowego rozsądku i kompromisu. Niejeden za ugryzienie
                  zarąbał by własnego psa siekierą, bez szukania okoliczności łagodzących.

                  Oj, żeby tak ludzie rzeczywiście zaczęli używać rozumu.... Mówi się że myślenie
                  nie boli. A gdyby tak NIEmyślenie zaczęło boleć?
                  • mjot1 A ja dalej swoje... 01.11.03, 10:04
                    Piasiu tak właśnie czynię, gdy spotkam nieszczęście. Jest to normalny ludzki
                    odruch.
                    Daleko mi jednak w tego typu poczynaniach do „osiągnięć” Mojej Zdecydowanie
                    Lepszej Połowy. Ona ma chyba jakiś dodatkowy zmysł, którym potrafi wyczuć i
                    wyszukać nieszczęścia w miejscach wszelakich.
                    Tu jednak uwaga. W „niesieniu pomocy” nie mam najmniejszych wątpliwości, gdy
                    nieszczęście spowodowane jest przez człowieka, lecz mjotają mną one, gdy
                    nieszczęście wynika z przyczyn naturalnych. Bo czy mamy prawo wtykać swe
                    paluchy wszędzie?
                    Czy ludzki odruch to odruch naturalny?
                    Czy „ludzki” odruch jest taki jak wilczy, zajęczy czy jaszczurczy?
                    Czy ratując sikorkę ze szpon krogulca mam prawo do dumy czy raczej ...?
                    Więc oczywiście wszyscy macie rację. Tylko czy ta nasza ludzka racja jest
                    prawdziwa?

                    Co do przypadku opisanego przez Macpora.
                    Mam pewne ale... Ten łańcuch! Nie można inaczej?
                    Jestem wyznawcą zasady: „inteligencja psa jest wprost proporcjonalna do
                    długości łańcucha”.
                    Widziałem już przytroczonego w ów haniebny sposób dalmatyńczyka, widziałem
                    nawet przykutego Pana Doga!, widziałem też jamnika!
                    Nie wnikając w powody tak strasznej kary widok jest porażający!
                    Oczywiście z pozycji: ja z woli Bożej istota rozumna, człowiek, władca, pan
                    życia i śmierci; wszystkie chwyty są dozwolone i jedynie słuszne. Lecz czy mają
                    one certyfikat nieomylności?
                    Zawsze – powtarzam: zawsze! istnieją alternatywy! Czyż nie da się tego łańcucha
                    zastąpić np. kojcem?

                    A tak swoją drogą każdy zwierz jest inny.
                    Jeśli mieliśmy w swym życiu do czynienia z kilkoma zwierzakami tego samego
                    gatunku, tej samej rasy to bez trudu fakt ów można zauważyć. I nie chodzi mi o
                    maść. Każdy ma inny charakterek, inną „psyche”. Jak wśród ludzi jeden jest
                    uległy inny ma cechy przywódcze, itd.
                    Po co piszę takie oczywistości?
                    Bo z uporem maniaka twierdzę, że nic nie jest takie proste!
                    Czy sposobem na ten świat ma być eliminacja osobników innych gatunków o cechach
                    przywódczych?
                    To cóż wówczas zostanie?

                    Najniższe ukłony!
                    Już kończący chyba to smędzenie M.J.
                    • wadera2 Re: A ja dalej swoje... 04.11.03, 20:50
                      Do piasi: wiem o co chodziło z tą szarą waderą, prawdę mówiąc nieskromnie
                      nadałam sobie taki nick pod wpływem tej właśnie lektury. A że stara, to też
                      fajnie, jeżeli jest jednocześnie mądra, bo głupi i stary to już prawdziwy
                      horror :-)))
                      Do mjota: rozumiem chyba co chcesz powiedzieć pisząc o krogulcu. Kiedyś
                      oglądałam film przyrodniczy, w którym mały zwierzak, będący od urodzenia
                      bohaterem filmu wpadł do rzeki i sie utopił, a operatorzy filomwali to nie
                      próbując pomagać . Potem był komentarz, że wiele osobników tego gatunku(chyba
                      to był miś)ginie w młodości w taki sposób. Nie mogłam się z tym pogodzić. Nie
                      wiem czy słusznie, słowo daję, nie mówię, że jestem wszechwiedząca. Ale jestem
                      pewna, że próbowałabym chociaż rzucić deskę temu zwierzakowi, choć to byłoby
                      wbrew naturze.
                      Więc może najpierw zastanówmy sie co jest dobrem, a co złem w naszym, ludzkim
                      świecie. A potem postępujmy zgodnie z własnym przekonaniem o słuszności, bo
                      pojęcie tego co "naturalne" jest wyłącznie wytworem naszego umysłu, który też
                      nie jest tak do końca "naturalny". Co ty na to? Może tak będzie prościej?
                      Pozdrawiam!
                      • piasia Re: A ja dalej swoje... 05.11.03, 18:11
                        wadera2 napisała:
                        > Kiedyś
                        > oglądałam film przyrodniczy, w którym mały zwierzak, będący od urodzenia
                        > bohaterem filmu wpadł do rzeki i sie utopił, a operatorzy filomwali to nie
                        > próbując pomagać . Potem był komentarz, że wiele osobników tego gatunku(chyba
                        > to był miś)ginie w młodości w taki sposób. Nie mogłam się z tym pogodzić. Nie
                        > wiem czy słusznie, słowo daję, nie mówię, że jestem wszechwiedząca. Ale
                        >jestem pewna, że próbowałabym chociaż rzucić deskę temu zwierzakowi, choć to
                        > byłoby wbrew naturze.

                        Straszne!
                        Mój kumpel budyysta mowi, że każda rzecz, jaka nas w życiu spotyka, dzieje się
                        po coś. I że nie ma przypadków - w każdej sytuacji mamy coś do zrobienia. Czy i
                        jak to zrobimy - zależy oczywiście od nas.
                        Myślę, że fakt, iż to zwierzątko wpadło do wody akurat w momencie gdy obok był
                        ktoś, kto MÓGŁ mu pomóc - to był właśnie taki egzamin dla owej ekipy. Egzamin z
                        człowieczeństwa. Zawalili go totalnie "żeby nie ingerować". A może właśnie
                        dlatego się tam wtedy znaleźli, żeby zaingerować!
                        A jeżeli taki mały miś płynie z prądem rzeki, już prawie utopiony, i trafi na
                        dmuchaną łódkę, która uciekla jakiemuś dziecku, i na tej łódce ocali życie?
                        Albo jakiś drwal zetnie drzewo, które spadnie wprost na rzekę i stanie na
                        drodze spływu nieszczęsnego misia, dając mu szansę na ocalenie? To nie jest
                        ingerencja?
                        Nie ma przypadków. Są pytania stawiane nam przez Naturę i Przeznaczenie. A my
                        odpowiadamy jak umiemy...



                        • mjot1 No a czemuż by się nie poprzekomarzać? 06.11.03, 14:11
                          Biedny mały miś ginie na naszych oczach a my nie uczyniliśmy nic by mu pomóc.
                          Okropne? Oczywiście, że tak! Normalnym odruchem jest pomocy udzielić.
                          Tak to wygląda, jeśli widzimy ten jeden jedyny kadr z topiącym się
                          niedźwiadkiem.
                          Ale są i inne obrazy...
                          Oto widzimy zamordowane karibu! Prześliczne Bogu ducha winne zwierzę rozdarte
                          na strzępy... Ależ ono nie jest jedyne!
                          Tam nieopodal widzimy kilkanaście jelonków ze skręconymi karkami i
                          rozszarpanymi brzuszkami, w tym kilka z nich niedawno narodzone.
                          Tam niemalże pokotem leżą króliki chyba a może zajączki? Można je liczyć w
                          setki. Widzimy też tysiące różnistych gryzoni wszystko ociekające krwią!
                          O a tu niezliczone ławice łososi! Wszystkie odzierane ze skóry i filetowane
                          żywcem! Żywcem też wydarto z nich korale nabrzmiałej ikry i smugi śnieżnego
                          mleczu. Dlaczego? Czyż przestępstwem jest odwieczny instynkt prokreacji?
                          Instynkt, który nakazał im wpłynąć do tej rzeki by ten jeden jedyny raz w ich
                          życiu dokonać godów. I dlaczego nie dane im było spełnienie? Dlaczego zginęły
                          tak potworną śmiercią?

                          Pytam Was więc Wadero i Piasiu:
                          Dlaczego nienawidzicie karibu?
                          Dlaczego tak nieprzychylnym okiem spoglądacie na zajączki i gryzonie?
                          Jaką okropność uczyniły Wam łososie, że na tak okrutną śmierć je skazałyście?
                          Gdyby te obrazy pokazano Wam jednocześnie, jaki wydałybyście wyrok w sprawie
                          niedźwiadka?
                          Zabiłybyście tego malusieńkiego misia czy te tysiące innych istot?

                          Oczywiście to, co tu wypisuję „psu na budę się zda”!
                          Przecież te jelonki, gryzonie ryby itd. gdyby nie zostały uśmiercone same
                          uśmierciłyby niezliczone ilości innych istot!
                          Czy plankton, czy owady, czy w końcu rośliny nie mają prawa istnieć?
                          Czy roślina nie ma żadnych uczuć? Czy jest ktoś, kto mi udowodni, że jeśli
                          drzewo nie umie uciekać, nie potrafi krzyknąć ratunku to znaczy, że nie cierpi?
                          Czy ratując sikorkę ze szpon skazując tym samym na śmierć głodową krogulca
                          czynię dobrze?
                          Czy ratując niedźwiadka skazując tym samym na straszną śmierć tysiące innych
                          istnień czynię dobrze?
                          Czy wtykając swój palec gdziekolwiek jestem w stanie uczynić cokolwiek dobrego?
                          Czy jestem w stanie choćby w przybliżeniu przewidzieć konsekwencje tego swego
                          palucha?

                          A... Na dziś wystarczy.

                          Najniższe ukłony!
                          Przekomarzający się a niepokorny M.J.
                          • piasia Re: No a czemuż by się nie poprzekomarzać? 06.11.03, 19:45
                            Demagogia!!!!!! ;)

                            Idylla maleńka taka
                            wróbel połyka robaka
                            wróbla kot dusi niecnota
                            pies chętnie pożera kota
                            pda wilk z lubością rozdziera
                            wilka zadławia pantera
                            panterę lew rwie na ćwierci
                            lwa - człowiek, a sam po śmierci
                            staje się łupem robaka
                            idylla maleńka taka...

                            Cytat: "Martwię się o tygrysa. Truskawki mu wybitnie nie służą. W ogóle jego
                            zęby wskazują na to, że powinien żywić się czymś zupełnie innym!"
                            To fragment "Pamietników Adama i Ewy" Marka Twaina.

                            Mjocie, cóż zrobić? Kogo skazać na śmierć, a kogo zratować? Nie wiem!
                            Wiem, że kiedy stado szpaków napadło na mój ogród, wypłaszając z gniazdka trzy
                            maleńkie pokrzewki, to chodziłam na czworakach po zaroślach, szukając maluchów,
                            a wraz ze mną mój pies, który w końcu odnalazł całą trójkę. I żadnemu krzywdy
                            nie zrobił. Można to ujać w ten sposb - gdy jestem w pobliżu jakiejś tragedii w
                            pzyrodzie, staram się zapobiec.
                            A mszyce rozgniecione, a chwasty wyrwane, a przędziorki wytrute, a komar zabity
                            w trakcie uczty, a mucha złapana i zaniesiona tygryskowi....

                            Błagam, nie mjotaj moim sumieniem....
                            pozdrawiam serdecznie
                • danam Do Macpora 06.11.03, 17:41
                  Po utracie naszych ukochanych psiaków, które zawsze były z nami w domu,
                  przyszło nam przygarnąć ponad 4-letniego psa, którego jakiś „miłośnik” zwany
                  nieopatrznie człowiekiem wyrzucił nocą z samochodu.
                  Mieszaniec owczarka niemieckiego z dobermanem. Pies wystraszony, zabiedzony,
                  więc natychmiast wylądował w domu. Zostałam oczywiście 5 razy ugryziona i to
                  wcale nie delikatnie (jakież było widać zdziwienie w jego oczach, ze nie
                  krzyczałam i nie zbiłam, to spojrzenie, to niewiarygodne ile w oczach psa można
                  wyczytać?). Ba nawet warczał na moją męska połowę.
                  Niestety, trzeba było go wyprowadzić z domu na podwórko. Teren ogrodzony, buda
                  duża i ocieplona, dodatkowo umieszczona w stodole (nasza stodoła, to według
                  ustawodawców podatkowych luksus, bo stoi i nie przynosi zysków haha). Długo
                  rozpaczałam, że psu tam źle, że marznie, moknie itd. Zaprzyjaźniony weterynarz
                  i moja męska połowa, stwierdzili jednogłośnie, że powinnam myśleć po psiemu, a
                  nie po ludzku. Zaczęłam bacznie obserwować psinę! Na pewno na polu jest mu
                  lepiej. Nie ziaje, biega po całym obejściu bez ograniczeń (nie mamy grządek,
                  rabatek itp.). Futro ma owczarkowate, czyli długą piękną czarną sierść i tylko
                  pyszczydło i postawa dają znać o tej niefortunnej przygodzie miłosnej jego
                  rodziców. Pod oknem pokoju zrobiłam mu „ganeczek”, gdzie chowa się tylko jak
                  jest ulewa, bo jak pada drobny deszcz, to leży pod jałowcem, albo na piasku pod
                  płotem (lubi wodę). Nie jest wiązany. Obrożę nosi tylko w 2 przypadkach. Kiedy
                  idzie ze mną na smyczy, to zakładam kolczatkę i w sezonie kleszczowym, tj. od
                  kwietnia do połowy października obrożę przeciwkleszczową. Oczywiście po
                  kawałeczku obroży dostają też koty.

                  Napisałam ten post, bo rozumiem Cię. Wiem, że „wyprowadzenie” psa z domu do
                  budy, to nie łatwe, jeśli kocha się zwierzaka. Musisz jedynie zlikwidować ten
                  nieszczęsny łańcuch!
                  Piszesz, że pies na spacerze jest posłuszny (mój niestety wcale poza
                  ogrodzeniem nie słucha, ale niech tam, ma dożywocie i już). Pomyśl jak on.
                  Wyjście z Panem na spacer, bycie przy nim, to uczta dla psiaka i on w ten
                  sposób dziękuje Ci, że zabrałeś go z uwięzi, że jesteś z nim na wyciągnięcie
                  ręki.

                  Serdecznie pozdrawiam!
                  Daj mu wolność!
                  Danuta.
                  • macpor Do danam, a i do mjota 07.11.03, 11:52
                    Łańcuch- brzmi to okropnie - ale niestety według mnie konieczne. Pies ma budę
                    taką, że jak ją zamawialiśmy to sprzedawcy szczęka opadła i musiał ją ekstra
                    sprowadzać. Ocieplana dwuprzedziałowa, z ganeczkiem pod dachem żeby mógł sobie
                    świat oglądać. A dlaczego łańcuch? Kojca tej wielkości jaką łańcuch mu daje
                    swobody mu nie zbuduję - wyszło by coś wielkości połowy mojego domu. Ani
                    pieniędzy, ani możliwości nie mam na coś takiego. Nie widze też powodu dla,
                    którego siedzenie za "kratkami" miało by być lepsze od siedzenia "na łańcuchu".
                    Puścić go wolno zeby szalał po ogrodzie nie mogę - zniszczył by wszystko,
                    spokojnie potrafił by się wydostać za ogrodzenie a i nie gwarantowało by to
                    naszego bezpieczeństwa. Niestety jest napobudliwy - jak na spacerze nie pozwolę
                    mu obszczekać konkurenta próbuje się rzucić na mnie (hehe w kagańcu może sobie
                    najwyżej napyskować), a chwile po tym przybiera postawe podporządkowaną i
                    przeprasza za zachowanie. To nie jest tak, że nie wie kto jest alfą.

                    Danam zazdroszczę wielkości twojej posesji - przy czymś takim pewnie
                    zafundowlibyśmy mu wybieg po którym by mógł sobie swobodnie szaleć nie
                    zagrażając nikomu, ale cóż mamy to co mamy i my i on musimy się z tym pogodzić.

                    Co do posłuszeństwa - powiedziałbym inaczej. On nie jest posłuszny - on jest
                    cholernie inteligentny jak na psa i ma bardzo rozwinięte poczucie
                    odpowiedzialności za stado. Wie, że jak go przywołuję to zawsze ma to jakiś
                    powód.
    • Gość: Kocur Re: Kot szczęśliwy. Szczęście... A cóż to takiego IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 04.11.03, 21:38
      Kot szczęśliwy to kot po walerianie!!!
      MMMMMMMMIIIIIIIIaaaaaaaaaaaałłłłłłłłłłłł!!!!!!!!!!!!!!!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka