Dodaj do ulubionych

Smieszne przygody ze zwierzakiem

IP: *.adsl.proxad.net 30.12.03, 19:12
Wiem, ze takie watki pojawialy sie juz na tym forum, ale tak bardzo lubie -
i pewno nie tylko ja - je czytac :))))
Obserwuj wątek
    • Gość: ewa Re: Smieszne przygody ze zwierzakiem IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 30.12.03, 21:10
      No ale to nie byla calkiem smieszna przygoda. Moj kot, wtedy jeszcze mala
      koteczka ktoregos dnia zginala. Nie pomoglo wolanie, stukanie miseczka, bylam
      pewna ze kocica wyskoczyla przez okno. Po kilku godzinach szukania, rowniez
      wokolu domu, polozylam sie z okropnym bolem glowy na kanapie. I ... uslyszalam
      ciche drapanie. Kocica ewidentnie zaspana, ziewajaca wylazla z pojemnika na
      posciel. No i udala sie prosto do miski!
      ewa
      • Gość: ktoś Re: Smieszne przygody ze zwierzakiem IP: *.zep.com.pl 31.12.03, 11:38
        ojejku, ale się uśmiałem, to niewiarygodnie śmieszna historia, mało nie umarłem
        ze śmiechu. Idź z tym do maratonu uśmiechu, to napewno zgarniesz jakąś nagrodę.
        • Gość: ewa Re: Smieszne przygody ze zwierzakiem IP: 212.87.3.* 31.12.03, 13:43
          Cos z Twoja psychika nie tak, jak cos jest dla Ciebie nudne i cale 'to forum
          jest beznadziejne' to po co sie torturujesz czytajac?
          • Gość: ktoś Re: Smieszne przygody ze zwierzakiem IP: *.zep.com.pl 31.12.03, 14:38
            O co Ci chodzi? Napisałaś baaaardzo zabawną historię i ja tylko napisałem, że
            się bardzo ubawiłem.
            • zofyja Re: Smieszne przygody ze zwierzakiem 01.01.04, 23:06
              Gość portalu: ktoś napisał(a):

              > O co Ci chodzi? Napisałaś baaaardzo zabawną historię i ja tylko napisałem, że
              > się bardzo ubawiłem.

              zauwaz ze ewa ta druga to podszywka.
        • marialudwika Re: Smieszne przygody ze zwierzakiem 31.12.03, 23:31
          "Ktosiu" nie musisz na to forum zagladac i wsadzac swoich trzech groszy.Nie
          lubisz zwierzat-Twoj problem,ale te zlozliwosci zachowaj dla siebie!!!
          ml
    • Gość: zwierzomaniak Re: Smieszne przygody ze zwierzakiem IP: 212.113.164.* 30.12.03, 22:43
      gościnnie byliśmy z moim pieskiem w odrodzie znajomej, ogródek nieduży,
      otoczony murem więc na czworonoga nikt nie zwracał specjalnej uwagi, wyszliśmy
      z założenia ze nie ma specjalnie możliwości narozrabiania. Po jakiejś godzinie
      wołam pieska, i zero reakcji. Latałam wszędzie i szukałam stworzonka i byłam
      coraz bardziej zdziwiona, jak duzy pies |mieszaniec labradora| mógł wyparować
      z ogrodzonego tereniku, wszystkie furtki zamkniete? po jakimś czasie mój
      piesek zaczął wsciekle szczekać, znowu to samo pieska ani śladu, tylko jego
      głos.Co u czorta? obeszłam znowu ogród i okazało się, ze w rogu murek jest
      niższy niż w innych częściach i posiada coś jakby podest. Weszłam na tę część
      i co widzę? z drugiej strony jest również ogród, tyle że opuszczony i to
      również dosłownie, zero bramy, a położony niżej o jakies dobre 3 metry w dół.
      Mój sprytny piesek zeskoczył, cudem się nie połamał przy tej akrobacji, poczym
      obleciał przez nikogo nie niepokojony cały teren i wreszcie domagał się
      uwolnienia. No i tu zaczął się problem, podstawioną drabinę piesio całkiem
      zignorował, wysłałam więc męża po uciekiniera, ale drabinka była dość krótka
      (brakowało jakiś metr do góry), dość mało stabilna i na pewno nie
      przystosowana do akrobacji z wierzgającym histeryzującym włochatym stworem o
      wadze 35 kg.Po kilku nieudanych próbach alpinistycznych mój mąż zaczął
      rozważać pozostawienie potwora na wieki wieków w opuszczonym ogrodzie, ale
      ubłagałam jeszcze jedną próbę i zwierzątko chyba pojęło że należy
      współpracowć, udało się go jakoś podrzucić do odpowiedniego poziomu, tak że
      wypełz na właściwą stronę muru. Uszarpaliśmy się co niemiara, ale przynajmniej
      od tej pory zwierzątko zanim wepchnie się w podobną zasadzkę sprawdza czy da
      się wyleżć. Drabiny boi się jak ognia!!!!!!!!!!
    • Gość: Cattaraugus Miałbym, ale... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 30.12.03, 23:05
      Mam taką opowieść, rzekłbym opowieść kynologiczno-myśliwsko-urologiczną, ale
      obok swojej zabawności zawiera także elementy może nieco obsceniczne, więc poza
      zwyczajnym ludzkim wstydem, jaki towarzyszyłby mi przy opisywaniu tego kuriozum
      pewnie admin sto razy zastanowiłby się, czy to puścić. Bez wdawania się w
      szczegóły ta opowieść nie ma sensu, a szczegóły właśnie mogą się wydać
      kontrowersyjne... :-)
      • j_u Re: Miałbym, ale... 03.01.04, 12:09
        E, nie ma tak. Nie robi sie apetytu czytelnikom, i nie pozostawia bez
        zaspokojenia ;) Teraz juz musisz napisac.
        • Gość: Cattaraugus Napisałem poniżej IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.01.04, 12:11
          j_u napisała:

          > E, nie ma tak. Nie robi sie apetytu czytelnikom, i nie pozostawia bez
          > zaspokojenia ;) Teraz juz musisz napisac.
          -------------------------------------------
          Już napisałem! To jest w poście pt. "Łoś, ja i gończy polski Beryl"

          Pozdrawiam

          C.
    • Gość: hanka Re: Smieszne przygody ze zwierzakiem IP: *.icm.edu.pl / *.icm.edu.pl 31.12.03, 09:23
      Mój bullik (opisywałam go niejednokrotnie na forum przy okazjach gdzie chciałam
      udowodnić jak wiele zalezy od wychowania : spokojny , towarzyski , rozkochany w
      zabawach z małymi pieskami , z dystansem podchodzący do duzych , nieznajomych
      psów ) będąc z nami na działce na Mazurach ( uwielbia tam jezdzić co okazuje po
      przyjeżdzie " tańcem Murzyna " ) toleruje przychodzące z okolic głodne bidaki
      z jednym nawet zaprzyjażniając sie .Pozwala wchodzić im na działkę , bawić się
      Do pewnego czasu nawet dzielił się jedzeniem - dopóki maż nie wyzwał go od
      pierdoł i nie wytłumaczył mu ze to on jest tu panem i nie powinien pozwolić
      wyjadać z miski - widocznie zrozumiał bo teraz łbem zgania z tarasu jakby
      chciał powiedzieć "tego za dużo proszę jeść za bramą " . Pewnego ranka
      wygrzewał się w słońcu na tarasie i zauważyłam ze z zainteresowaniem przygląda
      sie czemuś co spacerkiem z dala przemierza naszą działkę . Kot . Patrzę bullik
      wstał zjeżony , wpatrzony , śledzący kazdy kota krok - myślę szkoda kotka
      będzie go gonił moze nie będzie mógł uciec. Natychmiastowa decyzja - " zobacz
      jaki śliczny , mały piesek - przyszedł się z nami pobawić , zaraz damy mu jeść
      i się pobawimy . Spojrzał na mnie jakby chciał powiedzieć " czy ci się nic nie
      pomyliło " - ale .... jak nie wierzyć swojej ukochanej pani . Patrząc mi w oczy
      pomerdał ogonem i poszedł położyć się z powrotem w słońcu . A moze pomyślał "
      dobra niech ci będzie nie będę ci robił przykrosci " Tak czy tak kot zwęszył
      niebezpieczeństwo i pospiesznie się oddalił .
    • Gość: silia Re: Smieszne przygody ze zwierzakiem IP: *.poznan.cvx.ppp.tpnet.pl 31.12.03, 12:45
      nie wiem czy to jest śmieszna przygoda, ale opiszę. Jakiś czas temu nocowała u
      mnie moja przyjaciółka. Spała na rozłożonej kanapie, na której zwykle śpi mój
      kot. Jak rano wstałyśmy to moja przyjaciółka była blada jak ściana, bo noc
      miała nieprzespaną. Otóż mój kot, oburzony, że ktoś zajmuje jego miejsce,
      najpierw usiadł tuż przed jej twarzą i się w nią wpatrywał. Ta, jak otworzyła
      oczy zobaczyła pysk mojego kota, bardzo blisko swojej twarzy i, jak twierdzi,
      była bliska zawału. To jednak nie koniec. Mój kot uznał, że jej włosy nadają
      się do zabawy i usiadł nad jej głową i zaczął "ugniatać ciasto" pazurkami na
      jej włosach. Każda próba wywalenia go z łóżka kończyła się fiaskiem - kot
      wracał. Ostatecznie, koło 3 nad ranem mój kot zaczął biegać po pokoju co jakiś
      czas odbijając się od Marty. Reasumując - noc pełna wrażeń. Za to mój kot był
      szalenie zadowolony jak następnej nocy miał już całą kanapę dla siebie :)


      ps. Tak, wiem, że mój kot jest strasznie rozpuszczony, ale już tego nie
      zmienię - ma 10 lat i czuje się panem mojego domu :)
    • Gość: ana Re: Smieszne przygody ze zwierzakiem IP: *.bredband.skanova.com 31.12.03, 15:45
      Ktorejs niedzieli zbudzilam sie z dziwnym uczuciem, ze dzieje sie cos
      niezwyklego. Mieszkalismy wtedy w Warszawie na trzecim pietrze
      dziesieciopietrowego wiezowca. Kiedy nieco oprzytomnialam uswiadomilam sobie,
      ze tym co mnie obudzilo bylo...gdakanie kury. Myslalam, ze moze jeszcze nadal
      spie... Jednak nadal slyszalam gdakanie. Otworzylam oczy, rozejrzalam sie
      wokol ze zdumieniem i zobaczylam nasza kotke siedzaca przed zamknietymi
      balkonowymi drzwiami i wpatrujaca sie z wielkim napieciem w ... spacerujaca po
      balkonie i glosno gdaczaca, mala, japonska kurke!!! Przetarlam oczy, ale
      zjawisko nie znikalo. Obudzilam meza, zeby upewnic sie, ze on tez widzi to
      samo co ja i kot.Widzial!Zabralismy kurke i nie bardzo wiedzac skad sie
      wziela i co z nia poczac zanieslismy do najblizszego Warszawy gospodarstwa (
      mieszkalismy na Gorcach, wiec obrzezach miasta).
      Po kilku miesiacach, kiedy jechalam z sasiadka winda zaczelam opowiadac jej o
      zdarzeniu, mowiac: „ Nigdy pani nie zgadnie co znalezlismy kiedys na swoim
      balkonie!”. Ona popatrzyla na mnie z rozbawieniem i powiedziala „ Zgadne! –
      Kure!” Ja oniemialam i wykrzyknelam – „ To byla pani kura??!!” ( ona
      mieszkala pietro wyzej). A ona: „ Nie, ale sasiad z dziesiatego pietra ( w
      tym samym pionie ) opowiadal mi kiedys, ze zginela mu z balkonu kura, ktora
      przywiozl ze wsi!”
      Okazalo sie, ze byla to wyjatkowo dzielna kura - awionautka! Pokonala
      odleglosc z balkonu na dziesiatym pietrze na balkon na trzecim!!! Trzeba bylo
      widziec nasze miny po odkryciu jej w niedzielny poranek i potem moja kiedy
      uslyszalam odpowiedz sasiadki!
      • Gość: kluba1 Re: Smieszne przygody ze zwierzakiem IP: *.we.client2.attbi.com 31.12.03, 21:41
        co za wspaniala historia !!! ja mam tez jedna zwiazana z balkonem. Juz ja
        poprzednio opisalam ale moze nie wszyscy czytali : mialam swinki morskie na
        balkonie. balkon byl obudowany i na poziomie podlogi mial rurke sciekowa
        laczaca sie z rynna na zewnatrz. Pewnego dnia samiec uciekl ze swojego pudla
        i dostal sie do rynny!!! Biegal sobie w tej rynnie wzdluz calego budynku i
        wydawal wrzaski " wee - wee -wee" bardzo wysokim i cienkim glosem . Trwalo to
        kilka godzin - ja bylam zupelnie wykonczona a on biegal i biegal !! Dobrze, ze
        w sasiednim budynku naprawiano dach i pracownicy mieli dlugie drabiny !!Gdy go
        w koncu zlowilismy wcale nie byl zachwycony -gryzl i najwyrazniej chcial
        powrocic do rynny. Akcji przypatrywali sie mieszkancy okolicznych
        budynkow !!! :-)
    • trufelka Re: Smieszne przygody ze zwierzakiem 31.12.03, 22:40
      mysmy mieli jamnika obzartucha, i byl gruby. Pewnego dnia przestal jesc i
      zaczal chudnac na oczach. Za jakis czas wygladal jak szkielet. Weterynarz po
      przeswietlenu zoperowal go. Z brzucha wyjal cala tasme klejaca, ktora zaklejala
      mu zoladek.
      • marialudwika Re: Smieszne przygody ze zwierzakiem 31.12.03, 23:40
        Szukalam jak szalona jednego z psow/moich/ po calym mieszkaniu,dosc duzym-
        kamien w wode..poszlam na dwor myslac,ze moze tam zostal,chodzilam wszedzie
        nic,pytalam sasiadki z innych domow-nie widzialy,w nerwach dzwonilam do meza do
        pracy-nie mogl sie zwolnic.Rozpacz.Po godzinie,czy dwoch by czyms sie zajac
        zaczelam troche uprzatac dom,modlac sie w duchu do sw.Antoniego/patrona rzeczy
        znalezionych/..w pewnym momencie otworzylam szafe by cos schowac a tam spi moj
        Bartus!!!Nigdy w zyciu tak sie nie ucieszylam!!!Dodam,ze nie miewal zwyczaju
        wlazic do szaf!!!Pozdro
        ml
    • Gość: anka1962 Re: Smieszne przygody ze zwierzakiem IP: 80.72.196.* 01.01.04, 19:32
      Nie odmówię sobie przyjemności, żeby opowiedzieć o przygodzie mojego męża z
      naszym kotem, wtedy ok. 5-miesięcznym.
      Leżę w łóżku, przygotowana do spania. Na kołdrze, blisko brzegu lezy kotek.
      Obok łóżka stoi mój mąż i rozbiera się. Koszula, spodnie, bielizna.
      Kotek patrzy w górę, na pewną częśc ciała mojego męża, majtającą
      się nad nim i .....
      z dzikim wrzaskiem rzuca sie na zdobycz, wczepiając się w nią pazurami
      przednich łap!!!!!!

      Nie odważe się napisac, jakich słów użył mój mąż w stosunku do naszego
      ukochanego zwierzaczka.

      pozdrawiam

      anka

      • Gość: ana Re: Smieszne przygody ze zwierzakiem IP: *.bredband.skanova.com 01.01.04, 20:14
        Oj! Biedny maz! Ale historia przednia!!! Usmialismy sie do lez!Coz sie jednak
        dziwic kotu ( ktory polowanie ma przeciez we krwi ) jesli podobna ( choc
        jeszcze w skutkach bardziej dramatyczna) historia zdarzyla sie ponoc pewnemu
        hydraulikowi, ktory przetykajac rure odplywowa pod zlewem w kuchni u pewnej
        pani ( i w zwiazku z tym tkwiac glowa pod zlewem, a tylna czesc ciala
        prezentujac w calej okazlosci z odwrotnej strony), zostal potraktowany przez
        owa frywolna wlascicielke zlewu podobnie jak maz przez kota ( no moze bez
        wbijania pazurkow ;) ), w efekcie czego, przerazony tak mocno wyrznal glowa w
        zlew, ze wyladowal na pogotowiu! Wiem, ze nie jest to historia o zwierzetach (
        choc traktuje o instynktach nieco pierwotnych), ale sila skojarzen czasem jest
        przemozna!
    • Gość: Cattaraugus Łoś, ja i gończy polski "Beryl" IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.01.04, 02:53
      Czy ja wiem, czy to śmieszne, co spróbuję opowiedzieć? Dla mnie śmieszne i na
      pewno dziwaczne. Widzę, że towarzystwo się tu nieco rozkręciło na polu różnych
      intymności i związanych z tym części (ludzkiego) ciała, więc spróbuję
      kulturalnie przekazać coś, co zapowiadałem powyżej.

      Rzecz toczy się w rezerwacie „Łosiowe błota” – jak sama nazwa wskazuje pełnym
      łosi. To doprawdy niezwykłe, ile tych pięknych, a truchlejących ze strachu z
      byle powodu zwierząt można tam napotkać. Wiele razy je tam fotografowałem.

      Bohater opowieści – pies gończy polski o imieniu Beryl. Osobnik nie będący
      specjalnym przyjacielem ludzkości ani innych żywych stworzeń, ale czego
      oczekiwać od dzikarza i od rasy mającej w ogóle opinię dość dzikiej i trudnej w
      prowadzeniu. A zatem był to pies, który na najwęższej nawet i najbardziej
      krętej leśnej ścieżce zawsze ostrzegał mnie na długo przed tym, zanim ktoś lub
      coś pojawiło się na tej ścieżce. Pod tym względem Beryl był niezwykły. Po tym,
      jak uruchamiał się w nim system fuknięć, warknięć, sapnięć, podskoków, stójek i
      bojowych postaw zawsze dobrze wiedziałem, że za kilka minut kogoś lub coś w
      lesie spotkamy. I niezawodnie tak zawsze było. Już nie wspomnę, że raz uratował
      mi skórę i wyprowadził mnie z lasu, gdy się w nim zgubiłem. JA – człowiek,
      który cztery lata uczył się nawigacji i jeszcze rokrocznie zdawał z niej
      egzaminy państwowe :-) Ale to tak na marginesie.

      No więc jesteśmy ja i Beryl w rezerwacie „Łosiowe błota”. Schodzę ze ścieżki,
      bo... nooo... po prostu musiałem za potrzebą. Że tak powiem – realizuję tę
      potrzebę, realizuję, realizuję, Beryl jak zawsze w takich okolicznościach
      wpatrzony w ten szczegół do realizacji potrzeb, ja jak zawsze odpędzający go od
      siebie i okręcający się w trakcie „realizacji” wokół siebie, żeby skuteczniej
      odpędzać Beryla... i tak dalej, i tak dalej. W ramach tego połączonego
      okręcania się, „realizacji” i odganiania od siebie Beryla patrzyłem wszędzie
      tylko nie na to, przed czym tak naprawdę cała ta kabaretowa scena się działa.
      Gdy to dostrzegłem – skóra na mnie ścierpła, a na dodatek jeszcze
      ta „realizacja”. Większego łosia już w życiu nie widziałem, aż musiałem zadrzeć
      głowę. Stał 4-5 metrów ode mnie i od Beryla. Co mnie wtedy przemykało przez
      głowę?!?!?! Co robić?! Co się teraz może wydarzyć, gdy już sobie z łosiem
      spojrzeliśmy w oczy?! Zapinać portki i w nogi?! A może nie zapinać portek i w
      nogi?! Oczywiście wściekłość na Beryla – jak on mógł pierwszy raz w życiu
      zawieść swojego pana tak okrutnie i nie wyczuć łosia 5 m od siebie?!?!?! Na
      mnie gęsia skóra na całym ciele, stoimy wszyscy i każdy patrzy się na to, co go
      najbardziej w tej chwili interesuje, czyli: ja – na łosia; łoś – na mnie;
      Beryl – naaa... no wiecie, na co. Trwało to może 20-30 sekund, aż wreszcie mózg
      zaczął mi chłodno i logicznie pracować i przypomniały mi się różne informacje o
      łosiach, w tym artykuł o łosiu w Kazuniu Polskim pod Warszawą, który umarł na
      zawał serca ze strachu, gdy wszedł do chłopskiej zagrody i nie potrafił już z
      niej wyjść. Umarł ze strachu, gdy służba leśna chciała mu pomóc w wydostaniu
      się z tej zagrody.

      Powoli przypomniałem sobie jakie to łosie są strachliwe i zacząłem się zapinać
      i szykować do spokojnego, powolnego odejścia z miejsca zdarzenia. Beryl do
      samego końca popiskiwał tylko z niecierpliwości, że stoimy i nic się nie
      dzieje. Łoś niczym pomnik – nie drgnął przez cały ten czas ani długo po naszym
      odejściu, bo go z oddali obserwowałem. Może umarł stojąc?:-) No i jak taki
      niezawodny Beryl mógł tak fatalnie zawieść w takim kryzysowym momencie?

      No i kto w to wierzy? Nie wiem, czy sam uwierzyłbym czytając tę opowiastkę. Sam
      mistrz Michał Sumiński lepszej by nie wymyślił. Wszystkim, którzy mimo wszystko
      wierzą – dziękuję za zaufanie i pozdrawiam.

      C.
      • Gość: ana Re: Łoś, ja i gończy polski "Beryl" IP: *.bredband.skanova.com 02.01.04, 15:02
        Wierze i usmialam sie do lez! Zycie pisze jednak najlepsze scenariusze!!
        Pozdrawiam Beryla i jego pana i zycze dalszych udanych bezkrwawych lowow i
        mniej stresujacych spotkan z losiami!
        • Gość: Cattaraugus Dziękuję IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.01.04, 16:23
          Dziękuję za życzenia i wiarę w tę opowieść, niczym z Jasia Fasoli. Rzeczywiście
          tylko życie jest zdolne do zetknięcia ze sobą na taką jedną komediową chwilę
          różnych stworzeń.

          Życzenia mogę niestety przyjąć już tylko ja. Mój najwspanialszy, najukochańszy
          pies Beryl czeka na mnie w jakimś psim czyśćcu. Mojej obecnej towarzyszce
          dalekich leśnych wypraw, labradorce Dorze, mógłby przed nosem przejść mamut, a
          ona i tak by go nie dostrzegła. Również nie wyprowadziłaby mnie z lasu -
          prędzej wpakowałaby nas w najgorsze ostępy, gdzie za 1000 lat budowniczowie
          autostrady znaleźliby nasze szkielety. Dlatego teraz już muszę pilnować
          kompasu, słońca, kokardek na drzewach, jakie sobie zawiązuję, piramidek i
          strzałek z patyczków i tym podobnych gadgetów a la Indiana Jones.

          Życzę wszystkiego najlepszego w Nowym Roku i serdecznie pozdrawiam

          C.
          • Gość: kluba1 do Cattaragus !! IP: *.we.client2.attbi.com 02.01.04, 16:50
            Cudowne !! To Tobie dzieki !! :-))
            • Gość: Andy Re: do Cattaragus !! IP: *.acn.pl 02.01.04, 20:04
              Fajna historyjka, i wierze ze autentyczna.
              Moge odwdzieczyc sie opowiadaniem mojej malzonki, z czasow gdy miala latek kilka
              i mieszkajac z rodzicami kota wscibskiego mieli.
              Kocur ten tak naprzykrzal sie matce rodziny, ze ciagle musiala go czyms
              odpedzac od kuchni, talerzy itp.
              Pewnego razu podczas gotowania pranej poscieli, kot podskoczyl zbyt blisko do
              pani i dostal patykiem w nos.../patyk sluzyl wowczas do mieszania gotowanej w
              kotle poscieli/
              Cios byl tak celny ze pozbawil go zycia./!/Powstal lament i placz dzieci/mojej
              kilkuletniej wowczas malzonki i jej braciszka/Po kilkudziesieciu chyba
              minutach, dzieci zrobily kotu pogrzeb.Za chalupa wykopaly grobek i ze lzami w
              oczach pochowaly zwloki kota.Minely nastepne godziny, i przed kolacja, gdy byly
              dzieciaki umyte i mialy sprawdzona czystosc rak, uslyszaly jakies znajome
              miauczenie przed drzwiami....
              Z czerwonymi jeszcze od lez oczami, pobiegly do drzwi i po otwarciu, ujrzaly
              nie do konca otrzasnietego z ziemi swojego ukochanego mruczka.
              Prawdziwe, choc moze nie calkiem zabawne.....
              Pozdrawiam
          • marialudwika Re: Dziękuję 03.01.04, 00:15
            Pasjonujaca opowiesc!!!Podoba mi sie tez imie Beryl.Chcialabym kiedys zobaczyc
            losia w knieji!!
            Pozdro
            ml
            • Gość: Cattaraugus Beryl - post scriptum IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.01.04, 01:32
              marialudwika napisała:

              > Pasjonujaca opowiesc!!!Podoba mi sie tez imie Beryl. Chcialabym kiedys
              > zobaczyc łosia w knieji!!
              > Pozdro
              > ml

              --------------------------------------------------------

              Dziękuję!

              A dla gończego polskiego imię Beryl jest wprost idealne. Beryl to kamień
              półszlachetny. Powiedzmy, że gończy polski, dopóki już nie zostanie porządnie
              odtworzony, to też pies "półszlachetny" - niby rasowy, ale tylko w Polsce. Na
              akceptację na arenie międzynarodowej musi jeszcze poczekać, choć Niemcy wywożą
              go z Polski ponoć masowo.

              A z tymi łosiami to rzeczywiście niezwykła sprawa. Mieszkam w Warszawie w takim
              specyficznym miejscu, do którego podchodzi pradawna odnoga Puszczy
              Kampinoskiej, choć nominalnie to się teraz na tym odcinku tak nie nazywa. Jest
              w Warszawie taka ulica, Księżycowa, przylegająca do lotniska Bemowo i lasu, po
              której to ulicy normalnie chodzą sarny, łosie, kuny leśne, zające, lisy a w
              ciągu ostatnich 8 lat dwukrotnie spotkałem w tym rejonie dziki. Przez ten las
              przy lotnisku wchodzi się do Parku Leśnego Bemowo, a stamtąd do dwóch
              rezerwatów, w tym m.in. rezerwatu łosi. Przez te rezerwaty wchodzi się już do
              normalnego Kampinosu.

              Ja takich przygód z Berylem miałem na pęczki, ale śmieszne to one już nie były.
              Czasami i pod niektórymi względami uważam się za pechowca i oto w tym jednym,
              jedynym roku, kiedy 4-5 lat temu media ostrzegały, że do Kampinosu sprowadziły
              się wilki - oczywiście stanęliśmy z Berylem oko w oko z wilkiem. Brrrrr! Ale
              jakoś nam się upiekło, choć do walki byłem już naszykowany na całego.

              Serdecznie pozdrawiam

              C.
              • nienormalna Re: Beryl - post scriptum 03.01.04, 02:12
                zazdroszcze ci tak pieknego miejsca zamieszkania - \

                ps przeciez wilki nie atakuja czlowieka!
                • Gość: Cattaraugus Re: Beryl - post scriptum IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.01.04, 03:04
                  nienormalna napisała:

                  > zazdroszcze ci tak pieknego miejsca zamieszkania - \
                  >
                  > ps przeciez wilki nie atakuja czlowieka!
                  ---------------------------------------------------------------
                  Mnie prawdopodobnie rzeczywiście by nie zaatakował. Ale jeśli myślisz, że ten
                  wilk czmychnął to jesteś w błędzie. Odszedł bardzo powoli i po długim namyśle.

                  Tu nie o mnie chodziło, tylko o mojego psa, którego z najwyższym trudem udało
                  mi się przywołać do nogi. Pisząc o szybkich przygotowaniach do walki miałem na
                  myśli obronę psa, choć po 14 walkach, jakie stoczyłem z psami w polskich lasach
                  w obronie swojego psa i siebie - to z pewnością mogę powiedzieć, że gdyby już
                  doszło do starcia, to i tak cała nasza trójka byłaby jednym bitewnym
                  kłębowiskiem.
              • Gość: ana jeszcze do Cattaraugusa IP: *.bredband.skanova.com 03.01.04, 23:21
                O! To okazuje sie, ze bylismy nieomal sasiadami. Ja mieszkalam ( jeszcze przed
                przeprowadzka do Szwecji) na osiedlu Gorce ( a wczesniej na Mlynowie) i niemal
                kazda niedziele ( bez wzgledu na pore roku) spedzalam ( najpierw z rodzicami
                i suka - bokserka , a potem z mezem i dzieciakami) w Puszczy Kampinowskiej na
                wielokilometrowych eskapadach pieszych i rowerowych( ale spotykalismy tylko
                sarny, zajace i raz dzik stanal na sciezce, ktora wedrowalismy). Teraz,
                niestety, nie moge miec psa ( za to mamy wspanialego kocura - Szusze)i teskno
                mi za Puszcza. Dziekuje za zyczenia noworoczne i rowniez zycze wszystkiego
                dobrego w nowym roku!
                • Gość: Cattaraugus Re: jeszcze do Cattaraugusa IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.01.04, 23:40
                  Niesamowite!

                  Dzięki temu internetowi kula ziemska to prostu marny grajdoł.

                  No to już wiesz Droga Ano, że nie zmyślam i nie piszę tu bajek, bo z grubsza
                  orientujesz się, o jakim terenie piszę. W takim razie być może nawet byłaś
                  wielokrotnie w rezerwacie "Łosiowe błota" nawet o tym nie wiedząc, bo to
                  zwyczajnie mało kto wie. To taka wiedza wprawdzie nie dla wybranych, ale na
                  pewno dla miłośników map. Ja jestem z wykształcenia pilotem, więc te mapy to
                  już takie skrzywienie, stąd zawsze wiem, dokąd idę i jak się dany teren nazywa.

                  Poza tym znajomość mapy w polskich warunkach ma tę wielką zaletę, że gdy straż
                  miejska m.st. Warszawy usiłuje mi robić jakieś uwagi na opisywanych tu
                  terenach, że pies bez kagańca i smyczy - to wysyłam ich do diabła i mówię, żeby
                  zobaczyli, iż nie stoją na terenie swojej jurysdykcji i żeby nie szukali
                  ofiary, która im da łapówkę za niewypisanie mandatu.

                  Serdeczne pozdrowienia z Twoich dawnych terenów

                  C.
                  • Gość: ana Re: do Cattaraugus - po raz ostatni na temat P.K. IP: *.bredband.skanova.com 04.01.04, 01:30
                    Owszem,owszem - bylam na tych terenach i nawet kiedys zdarzylo nam sie ( bylo
                    to w czasach, kiedy chodzilam po Puszczy z rodzicami ) tam pobladzic i
                    tylko "szczesciu glupiego" ( a moze troszke mojej intuicyjnej/ instynktownej
                    orientacji w terenie) zawdzieczac chyba nalezy, ze wybrnelismy w koncu na
                    szlak. Oczywiscie najczesciej sprawdzalam na mapie ktoredy wedrujemy i
                    naprawde nie wiem, jak to sie stalo, ze zeszlismy wtedy z oznakowanej trasy.
                    Na szczescie zdarzylo sie to tylko raz.Warto bylo jednak pobladzic, bo po
                    drodze szlismy po prawdziwie dzikich, nieuczeszczanych ostepach. Choc grzasko
                    bylo i niezbyt bezpiecznie. I cale szczescie, ze zaden los nie stanal nam na
                    drodze ( no i, oczywiscie, straznik przyrody! ;)).Przepraszam uczestnikow
                    portalu za te dywagacje na temat Puszczy - to juz ostatni raz ( zlozcie to na
                    karb nostalgii i wybaczcie prosze!).
          • j_u Re: Dziękuję 03.01.04, 12:16
            A, jest juz. Bardzo dobrze:)
    • orvokki Re: Smieszne przygody ze zwierzakiem 03.01.04, 11:54
      Historia a'propos wpatrujących się kotów, opowiedziana mi przez mojego
      nauczyciela z liceum.
      Otóż ówże nauczyciel nie posiadał kota, a jedynie szczekliwego jamnika. Jakież
      więc było jego zdziwienie, gdy pewnej nocy obudził się z nieprzyjemnym
      uczuciem, że ktoś się w niego intensywnie wpatruje. I rzeczywiście: na jego
      piersi siedział czarny kot i wlepiał w niego żółte ślepia. Facet przeżył chwilę
      straszliwego strachu, w trakcie której skłonny był uważać kota za wysłannika
      piekieł, po czym zobaczył uchylony balkon i zajarzył, że ten balkon jest
      połączony z innymi na całej długości bloku.
      Kot po jakimś czasie poszedł sobie dalej, a jamnik zebrał opieprz :o), bo w
      czasie całego zajścia spał snem sprawiedliwego.
      Druga historyjka dotyczyła tegoż samego kota. Jego właścicielka wróciła kiedyś
      do domu i zastała dziko zadowolonego podopiecznego pastwiącego się nad dorodnym
      kawałkiem cielęciny... której na pewno nie było w domu, kiedy wychodziła.
      Oczywiste było, że kocisko znalazło ją u któregoś z sąsiadów i ukradło.
      Właścicielka przez chwilę zastanawiała się nad zwróceniem jej prawowitym
      właścicielom, ale potem wyoraziła sobie, że chodzi z tym kawałkiem mięcha od
      drzwi do drzwi z uprzejmym zapytaniem "czy to Państwu czasem nie zginęło?"...
      Tak więc umyte mięsko usmażyła na patelni i podzieliła się z kotem.
      • trufelka Re: Smieszne przygody ze zwierzakiem 04.01.04, 08:58
        moj owczarek niemiecki bardzo lubi sie bawic pilka. Podszedl do mojego brata i
        probowal go sprowokowac do zabawy. przynosi mu pilke a brat nic.

        Nagle uslyszelismy krzyk rozpaczy brata. Patrzymy a brata zupie (ktora jadl)
        siedzi duza pilka tenisowa, a pies zadowolony macha ogonem i czeka ze mu brat
        ja odrzuci. Brat nie byl pocieszony bo " taka swietna zupa" jak mowil, a my sie
        do tego smialismy, ze ma takiego duzego skwarka w zupie :-))
        • emigrantka Re: Smieszne przygody ze zwierzakiem 07.01.04, 02:06
          LOL

          Kiedys mialam 9 (tak, dziewiec) kotow i wieleeeee smiesznych/tragicznych
          sytuacji..

          Ktoregos wieczoru schodze na dol, moje koty siedza grzecznie wszystkie w jakims
          kolku i na cos patrza.. No wiec ja probuje dojrzec na co? Okazalo sie ze na
          MYSZ. Ktorys przywlokl zywa do domu i puscil, cala reszta rozsiadla sie dookola
          i patrzy jak przerazona mysz biega miedzy nimi. Co chwile jakis ja lapa
          trzepnal jak chciala z tego ich kregu sie wydostac i dalej siedza i patrza...
          Mnie sie myszki zrobilo szkoda wiec zlapalam jakis kubelek i mysle sobie:
          przykryje myszke kubelkiem, odgonie koty, myszke wypuszcze...Ale myszka
          niestety spod kubelka chciala mi uciec i ryczalam pol nocy bo jej prztrzasnelam
          lebek i zabilam. Pocieszalam sie jedynie tym ze smierc jej byla szybsza niz
          jakby ogladanie je znudzilo sie moim kociskom i zdecydowalyby sie nia
          konkretnie zajac......

          Mialam malego psiaka i krolika ktory kupiony jako miniaturka wyrosl na
          wielkiego zwierza z oklaplymi uszami wiecznie tupiacego nogami i gryzacemu
          kable (jak to jest ze krolika prad nie zabije? moj wszystkie kable w domu
          poptzegrywal i nic mu nie bylo LOL). Oba wchodzily i wychodzily z domu przez
          cat-flapke, dobrze im sie razem zylo, krolik gonil obce koty z JEGO ogrodka
          itd. Mieszkalam pod numerem 44 a czesto wracajac do domu mialam w drzwiach
          wiadomosci takiej mniej wiecej tresci:

          Prosze odebrac psa spod numeru 26 a krolika spod 38 - LOL

          Pies maly ale bardzo wysoko skakal przez ploty a krolik.. przekopywal sie do
          sasiadow dolem :-)

          Kiedys odbierajac mojego psa od kolejnego sasiada zobaczylam ze moj i jego pies
          (ktore nie bardzo za soba przepadaly) uwiazane byly do 2 roznych drzew w
          ogrodku sasiada a on sobie siedzial spokojnie na lezaku pomiedzy nimi -
          stwierdzil ze inaczej sie nia dalo ;-)

          Kiedys pies i krolik biegaly sobie jak zwykle po ogrodku, wyszlam po papierosy,
          po 10 minutach wracam - pies w domu z podkulonym ogonem a w ogrodku lezy
          bezwladnie moj bialy klapoluch.. Lece do niego, chce go podniesc o on "zdechl" -
          zadnych ran czy krwi ale krolik "zdechl". Lece do sasiada (wlasciciela 13
          (!!!) bialych Persow i rycze ze mi pies krolika zabil. Sasiad przyszedl,
          popatrzal na krolika, kazal mi isc do domu i wygladac przez okno (pies dalej
          pod stolem w domu). Siedzimy tak z 15 minut, wygladamy przez to okno a tu nagle
          zdechly krolik podnosi leb, rozglada sie dookola, psa nie widzi, podnosi sie na
          4 lapy, otrzasa i zaczyna kicac jakby nic sie nie stalo.... Podobno kroliki
          takie cwaniaki ze potrafia udawac niezywe LOL

          Budzenie sie i znajdowanie obcego kota we wlasnym lozku to byla normalka - ja
          mialam 9 a sasiad przez sciane 13...

          Ostatni nabytek, tchorzofretka - zginela w mieszkaniu. Histeria corki, szukanie
          po calym mieszkanie i strach ze jak ktos wchodzil/wychodzil to ona sie moze
          wymknela... Kilka godzin pozniej scielanie wersalki a tu w srodku zlozonej
          koldry usmiechnieto/zaspany ryjek fretki... Ale nam ulzylo...
          • Gość: Cattaraugus Ale bomba! IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.01.04, 02:33
            Kapitalne!

            A już szczególnie "zdechły królik".

            A mojej obecnej suni labradorce to się chyba przez CV jej rodziców musiał
            przewinąć struś. Jak jest jakaś konfliktowa sytuacja, to ona przyciska głowę do
            ziemi (jakby chciała ją schować w piasek), nos nakrywa łapami, ale pupę
            wystawia wysoko do góry - tak jakby do ukarania tej pupy, a już ona wtedy wie
            najlepiej, że przetrzepanie futerka właśnie by się za coś należało.
    • Gość: Cattaraugus Wszystkiego zawsze pół IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.01.04, 00:44
      Opisany powyżej gończy polski "Beryl" ma oczywiście swoją matkę. Matka owa
      mieszka na wsi i niczym pies rasy Beagle zawsze ma ona do załatwienia swoje
      sprawy w terenie, mimo że nie wiąże się to z obyczajem polskiej wsi spuszczania
      psów na noc. Przeciwnie, suka owa mieszka w takiej osobliwej wsi, co to wiecie -
      klasa średnia wyprowadza się do takich miejsc pod dużymi miastami.

      No więc łobuzica mimo pilnowania zawsze gdzieś czmychnie. Wypad taki trwa od 1
      do 3 dni. Jeśli komuś się wydaje, że suka wraca do domu "jak zbity pies", np.
      brudna, głodna, z uszami po sobie itd. - ten jest w błędzie. Wraca czysta,
      wyspana i kompletnie nie głodna. Zawsze przynosi z takiego wypadu trofeum. Po
      przyjściu z wypadu na swoją posesję najpierw szuka swojego Pana, by u jego stóp
      złożyć dar. Nie ma żadnego poczucia winy, a raczej jest dumna i patrzy w oczy
      swojemu panu szukając akceptacji.

      Co ona przynosi z tych eskapad? Jest to zawsze połowa jakiejś materii
      ożywionej. Pół zająca, pół kreta, pół szczura, pół myszy, pół jakiegoś ptaka
      (lota lub nielota). Chodzą dowcipy, że do tego wszystkiego jeszcze tylko nigdy
      nie przyniosła pół litra.
      • brytan Re: Wszystkiego zawsze pół 07.01.04, 08:39
        z tego postu powyzej wniosek: jestes snob
    • pejsaty Re: Smieszne przygody ze zwierzakiem 21.05.04, 10:51
      moj poprzedni pies byl bardzo madry i cwany. pewnego razu jadlem gofry u siebie
      w pokoju, talerzyk lezal na tapczanie, a pies na podlodze. nagle zadzwonil
      telefon - szybko poszedlem do aparatu, zostawiajac talerz gdzie bylo jeszcze
      sporo gofrow, powiedzmy z dziesiec. gdy wrocilem, talerzyk lezal jak
      poprzednio, pies lezal jak poprzednio... tyle ze gofrow zostalo tylko piec...
      pies bardzo je lubil, ale pomyslal, ze jak zje wszystkie to ja na pewno sie
      zorientuje i na niego nakrzycze, wiec zjadl tyko piec, a pozostalych nawet nie
      tknal... jedynie okruszek przylepiony w kaciku pyska i to ze nie chcial mi sie
      spojrzec w oczy, tylko odwracal wzrok, swiadczyly o tym, ze ma nieczyste
      sumienie. no coz darowlaem mu wine, bo msiac mi sie chcialo, ale wytlumaczylem
      tez, ze wiem, ze mi zjadl gofry i zeby drugi raz nie robil mi podobnych
      numerow... w koncu liczyc do dziesieciu jeszcze umiem. :)
    • k8sz Re: Smieszne przygody ze zwierzakiem 21.05.04, 14:15
      Kiedy moja sunia urodziła szczeniaki, były tak piekne że zdecydowaliśmy się
      jednego zostawić - myśle, że moja sunia do końca życia miała nam za złe, że
      musiała się użerać ze swoim pierdołowatym synem. Kiedy syn miał kilka m-cy,
      moja mama upiekła paczki i 2 pełne tace postawiła w kuchni na kuchence
      mikrofalowej, która stała na blacie kuchennym. Kiedy wróciliśmy do domu, Sonia
      z miną jak zwykle zdegustowaną głupotą własnego syna, wpatrywała sie w
      zamknięte drzwi od kuchni, za którymi słychać było cichutki pisk. Okazało się,
      ze młody, zainteresowany pączkami, wlazł do kuchni, zjadł wszystkie pączki,
      wypił cały garnek oleju, na którym pączki były smażone i jeszcze do tego
      zatrzasnął się w kuchni... (nie muszę chyba dodawać, że miał potem spore
      problemy z żołądkiem)
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka